menda menda
72
BLOG

Wolność słowa. Nastroje schyłkowe.

menda menda Polityka Obserwuj notkę 19

Faktyczny stan wolności słowa w Polsce obnażyły wydarzenia roku 2005. Wówczas zarówno wybory parlamentarne jak i prezydenckie wygrało  stronnictwo, które nie miało za sobą żadnego liczącego się medium. A zatem poglądy większości obywateli Polski nie były w ogóle reprezentowane w sferze publicznej. Walec medialny, o jakim pisze w dzisiejszej Rzeczpospolitej Piotr Semka, stłamsił wolność słowa poprzez ograniczenie pluralizmu w mediach. Wszystko wskazuje na to, że dziś ten sam walec powraca.

Rok 2005 pokazał, że brak wolności słowa nie musi oznaczać poważych skutków w sferze politycznej. Demokracja obroniła się przed mediokracją, czego dowodem była porażka tej drugiej w wyborach politycznych. Ale przykładem na to, jak dużego uszczerbku może doznać ład demokratyczny z powodu rozdźwięku między poglądami społeczeństwa a celami politycznymi mediów, był rok 2000. Wówczas zbliżyliśmy się do niebezpiecznej granicy, za którą demokracja jest już tylko iluzją, a decyzje o losach zbiorowości odbywają się tak naprawdę poza świadomością wyborców. Był to rok wyborów prezydenckich, w których na drugą kadencję, z wynikiem 54 procent głosów i z miażdżącą, kilkudziesięcioprocentową przewagą nad konkurentami wygrał Aleksander Kwaśniewski. Pezetpeerowski aparatczyk bez jakichkolwiek kwalifikacji moralnych i merytorycznych do kierowania państwem, drobny cwaniaczek i kłamczuszek o podejrzanych powiązaniach. Media tak rozbujały atmosferę uwielbienia dla niego, że niektóre przedwyborcze sondaże dawały mu 80% poparcia. Jednocześnie skutecznie skompromitowano jedynego jego kontrkandydata (Krzaklewskiego) i aby rozbić głosy prawicy ułatwiając zwycięstwo Kwaśniewskiemu w pierwszej turze, wystawiono i wypromowano drugiego "prawicowego" kandydata, Andrzeja Olechowskiego. W dwa lata później analogiczny scenariusz zrealizowano przed wyborami parlamentarnymi, gdzie wynik komunistów niemal dał im samodzielne rządy.

Atmosfera medialna tamtych, nieodległych przecież czasów, powraca teraz. Oto w najnowszym sondażu dla Gazety Wyborczej, Platforma Obywatelska, na którą media przeniosły sympatię ulokowaną wcześniej w postkomunistach, ma 55% poparcia. Dzieje się to w sytuacji, w której nie wszystkie przecież media są zaangażowane w promowanie PO. Zarówno TVP jak i Rzeczpospolita stanowią wyjątki, choć nie w tym sensie, że są ośrodkami propisowskimi, ale w takim znaczeniu, że nie są antypisowskie, co w przypadku pozostałych mediów stało się normą, wyznaczającą wręcz zasady etyki zawodowej. A jak będzie wyglądał pluralizm mediów gdy i te redakcje zostaną "odzyskane"?

Urbański próbuje ratować posadę, podlizując się Platformie. Od dnia wyborów TVP skręciła wyraźnie w stronę tej partii, czego symbolem jest choćby zaproszenie do redakcji Tomasza Lisa. Ruchy w TVP, wielokrotnie zresztą opisywane i komentowane, to typowe rozpaczliwe próby ratowania resztek autonomii. Próby skazane na porażkę w obliczu projektu ustawy medialnej, która podda media publiczne pod bezpośredni nadzór ministra skarbu oraz w obliczu formułowanych expresis verbis nacisków lobby medialnego, któremu Platforma zawdzięcza swoje rządy. Kilka tygodni temu Jacek Żakowski w TOK FM mówił jeszcze tonem koncyliacyjnym, że ma nadzieję, iż nowy rząd pomoże im "uporządkować media publiczne", dziś już zniecierpliwiona Agnieszka Kublik wydaje Tuskowi polecenie: "Platforma Obywatelska powinna jak najszybciej wyzwolić media publiczne spod władzy żołnierzy PiS". Widząc więc parcie na zmiany w mediach, rozpaczliwe ruchy prezesa TVP, który daje Lisowi, czyli dziennikarzowi i tak mającemu nieograniczony i permanentny dostęp do wszystkich mediów w Polsce, możliwość prowadzenia propagandowej działalności w kolejnym, ocierają się o groteskę.

Inaczej zachowuje się Rzeczpospolita, której dzienniakarze także czują pismo nosem. Tam jednak przeważają nastroje schyłkowe, a redakcja pogodziła się z tym, że to już koniec. Świadczą o tym artykuły: piątkowy tekst Piotra Lisickiego pt. Albo miłość albo cud, wczorajszy felieton Rafała Ziemkiewicza na drugiej stronie pt. Zagłuszacze oraz dzisiejszy Piotra Semki pt. Medialny walec Platformy. Wszystkie one są bardzo krytyczne wobec nowej władzy, a pisane - co istotne - przez trzech najbardziej wpływowych ludzi w redakcji, z pozycji mocno defensywnych. Polegają na próbach ugryzienia w łydkę nowego pana, który właśnie wchodzi na strzeżony przez nas teren. Zwłaszcza artykuł redaktora naczelcego "Rz"  jest bardzo sugestywny, napisany jakby bez precyzyjnego merytorycznego pretekstu a więc z czystej frustracji i poczucia porażki. Wynika z niego przesłanie: skoro już i tak jesteśmy na wylocie to dołóżmy im raz jeszcze, jak najmocniej. Ironiczne, momentami wręcz jadowite opinie na temat "miłości", "cudów", łez, które "napływają premierowi do oczu", to na pewno nie jest normalny styl Lisickiego, filozofa i subtelnego intelektualisty stroniącego od personalnych sporów. Piotr Semka pisze zaś o "walcu medialnym"  Platformy. Myślę, że ten tytuł ma podwójny sens. Walec bowiem zbliża się nieuchronnie do jego redakcji.

Czy zrównując z ziemią ostatnią konserwatywną gazetę w Polsce, zmiecie także wolność słowa? Na pewno szykowane zmiany w mediach zlikwidują pluralizm. Pięć milionów obywateli, które w zeszłych wyborach zagłosowało na PiS, zostanie po raz kolejny pozbawione swojej gazety, swojego radia i telewizji. Taki stan chyba nie ma zbyt wiele wspólnego z wolnością słowa.

menda
O mnie menda

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (19)

Inne tematy w dziale Polityka