Jedną z najbardziej znanych technik operacyjnych służb specjalnych jest metoda "dobry policjant, zły policjant", określana nieco nonszalancko "the carrot and stick approach" czyli metodą kija i marchewki. Cechą szczególną tej techniki jest nadwątlenie (zwane też potocznie "praniem mózgu") psychicznej ale i moralnej kondycji osoby będącej obiektem oddziaływania w celu uzyskania od niej oczekiwanej postawy.
Jeśli już mowa o technikach operacyjnych służb, to któż nie zna się na nich lepiej od funkcjonariuszy KGB - wywiadu, który zwerbował największą liczbę tajnych i zupełnie jawnych agentów oraz przeprowadził po mistrzowsku niezliczoną ilość operacji wywiadowczych na terenie całego świata? Tak się przypadkowo złożyło, że prezydentem Rosji, kraju do którego z wizytą "dyplomatyczną" pojechał premier Donald, jest właśnie agent KGB.
Rolę złego policjanta doskonale odgrywali przyboczni Putina, którzy co i rusz, jeden zza drugiego, niczym matrioszki wyskakiwali ze swoimi kijami. Na kilka dni przed wylotem premiera Donalda, ni z tego ni z owego, Dymitrij Rogozin, przypomniał mu o tym, jak dla Polski skończyło się podskakiwanie mocarzom w roku 1939. Słowa te padły z ust nie byle kogo, bo ambasadora Rosji przy NATO, organizacji która notabene powstała po to by wydarzenia roku 1939 się nie powtórzyły. Kiedy premier Donald, pełen pokory - pomny buńczuczności swoich poprzedników sprzed siedemdziesięciu lat, udawał się na pokład samolotu, nagle gruchnęła wieść o tym, że Rosja wyceluje w Polskę rakiety nuklearne. W roli złego policjanta wystąpił tym razem Konstantin Kosaczow, główna matrioszka od spraw zagranicznych w rosyjskiej Dumie. Czy wyobrażacie sobie co musiał czuć premier Donald wsiadając do samolotu? Ale ponieważ zapowiedział "nowe otwarcie" w polityce zagranicznej, więc zacisnął zęby, odmówił "Pod Twoją obronę...", zrobił minę męża stanu i aby z godnością znieść kolejne szykany stanął prawie z podniesionym czołem, oko w oko z największą matrioszką, samym Putinem...
I wtedy doznał szoku: Putin ni z tego ni z owego zaczął sobie kpić z Kaczorów. Czyli użył języka, w którym Tusk komunikuje się ze swoim elektoratem, zrobił to, co Donaldowi wychodzi najlepiej, to co Tusk opanował do perfekcji, dzięki czemu został premierem i z czym się całym sobą utożsamia. Putin leje miód na skołatane nuklearnym szantażem serce Donalda, chwali go za "otwartość", którą Donald obiecał milionom Polaków, a przez ułamek sekundy - co zauważyli eksperci od spraw zagranicznych - na policzku prezydenta drga jeden mięsień. Być może tam, na Kremlu taka fizjologiczna fintifluszka niewiele znaczyła, ale tutaj w Polsce dokonał się niemal cud: eksperci TVN 24 oglądali ten tik w zwolnionym tempie, a Gazeta Wyborcza ma zlecić Wisławie Szymborskiej napisanie wiersza na ten temat. Już jest nawet tytuł: "Putin".
A zatem prezydent Rosji został dobrym policjantem, siurpryzując nie tylko swojego rozmówcę, ale cały kraj, w imieniu którego rozmówca występował. Cóż musiało się dziać w głowie biednego Donalda! Jakiż to tygiel sprzecznych emocji i komunikatów! Nie dziwi więc, że zdezorientowany premier nie miał głowy do myślenia o naruszeniach protokołu dyplomatycznego takich jak fakt, że jechał z misją "dyplomatyczną" do państwa, w którym trwa kampania wyborcza oraz okoliczność, że gospodarzem jego wizyty był nie prezydent, a premier Rosji, który w tym kraju nie znaczy nic. Ale primo, premier Donald szybko się uczy, więc doskonale wie, że zbliżające się wybory w Rosji polegają li tylko na wymianie przez KGB swoich matrioszek, secundo nierówność stron między Polską a Rosją, objawiająca między innymi tym, że polskiego urzędnika najwyższego szczebla podejmuje rosyjski urzędnik szczebla niższego, ma tradycję ponad trzechsetletnią. A jak powszechnie wiadomo, tradycję trzeba podtrzymywać, nie bacząc na jakieś dyplomatyczne protokoły czy oszołomskie zasady.
Premier Donald, skołowany bezlitośnie, ze wszystkiego co chciał Rosji "wygarnąć" zdołał wymamrotać jedynie, że "Rosja powinna sama załatwić sobie swoje problemy" czy coś w tym guście, co nie za bardzo wiadomo na jaki temat było. Eksperci twierdzą, że to a propos Katynia, ale przecie Katyń to nie jest problem rosyjski, prawda? W pozostałych kwestiach, jak bezpieczeństwo energetyczne i tarcza antyrakietowa, zgodnie z planem "dobrego policjanta", in merito nie ustalono nic, bo i co można ustalić ze zdezorientowanym Polaczkiem. Jednym słowem zostało po staremu, to jest po myśli KGB, które zdobyło kolejnego "swojego człowieka w Warszawie". I jak tu nie wierzyć w skuteczność rosyjskich technik operacyjnych?
Do Polski premier Donald wrócił z problemem, jak wytłumaczyć swojemu elektoratowi, a przede wszystkim najcenniejszemu jego składnikowi - wykształciuchom, że poza festiwalem piosenki radzieckiej w Zielonej Górze, nie ustalił nic. Jak tu na przykład wytłumaczyć, głowią się eksperci, kuriozum, które obrazuje taka oto paralela:
właściciel domu chce zamontować sobie system alarmowy i zamiast iść z tym bezpośrednio do firmy ochroniarskiej, musi pytać o zgodę sąsiada zza miedzy, z tego powodu, że sąsiad ów od dawna regularnie grabi właściciela domu i założenie alarmu na grabionej przez siebie posesji "zagraża jego bezpieczeństwu".
Wreszcie, rodzi się dylemat, jak tu wytłumaczyć skonsternowanemu elektoratowi, dla którego wszak ta wizyta wyłącznie się odbyła, fakt, że zaczęło się od gróźb powtórki z 1939 roku oraz wycelowania w nas głowic nuklearnych, a skończyło na festiwalu piosenki radzieckiej? I tutaj przychodzi z pomocą dowcip, który, mimo że ma już bardzo długą brodę, to - jak widać - nie traci na aktualności:
Telewizja radziecka kręci film o dobroci Stalina.
Do Stalina podchodzi dziecko:
- Wujek! Daj cukierka!
Stalin:
- Spier.....!
W tym momencie kamera najeżdża na wielką planszę z napisem:
A MÓGŁ ZABIĆ!!!



Komentarze
Pokaż komentarze (8)