"Czy Jarosław Kaczyński jest tylko cynicznym hipokrytą, załganym do szpiku kości, który podszywa się pod tradycję Solidarności (...) czy to jest przestępca, który godził się i brał udział w wykorzystywaniu policji, służb specjalnych do walki z mediami i opozycją"
W ten oto subtelny sposób Stefan Niesiołowski, dnia 25 sierpnia 2007 roku komentował aferę Kaczmarka. Komentować ją mógł, albowiem jego kolega partyjny, poseł Graś a także posłowie Miodowicz, Zemke i Szmajdziński wychodząc z tajnych obrad komisji ds. służb specjalnych, która przesłuchiwała Janusza Kaczmarka oraz innych świadków afery, opowiadali kwieciście o treści tych przesłuchań. Poseł Niesiołowski mógł wówczas wypluć z siebie kolejne hektolitry żółci także dlatego, że z zamkniętego posiedzenia Sejmu, w czasie którego marszałek Dorn odczytywał stenogram z zeznań złożonych przed komisją, doszło do kontrolowanych przecieków, spisanych później pieczołowicie i opublikowanych przez dzienniakarzy. Posłowie PO brylowali wówczas w mediach niemal wymachując przed kamerami stenogramami z tajnych posiedzeń, a Gazeta Wyborcza publikowała całe przedruki z tych stenogramów, wplatając je w teksty polemiczne (np. "Tajemnice państwa PiS" autorstwa Kublik, Wrońskiego i Czuchnowskiego z 24 sierpnia 2007 r.). Wówczas nikt nie miał żadnych wątpliwości co do prawidłowości takich działań.
Ale okoliczności się zmieniają...
Z piątkowych tajnych obrad sejmu, w czasie których minister Ćwiąkalski miał przedstawić kolejne dowody kaczystowskich zbrodni, politycy przed kamerami nie upublicznili nic. Świadczy to niewątpliwie o tym, iż nie tylko nie ma żadnych dowodów, ale i o tym, że to, co Ćwiąkalski przedstawił nie stanowi nawet pozoru poszlaki. Politykowi, aby złamać tajemnicę, wystarczy bowiem jeno pozór poszlaki, o czym świadczyły wydarzenia z końca sierpnia 2007 roku, gdy Janusz Kaczmarek służył jako pałka do okładania Ziobry i Kaczyńskiego.
Mimo, że posłowie wykazywali jakby mniejszą aktywność w przekazywaniu mediom tajnych informacji, do treści piątkowego posiedzenia Sejmu dotarli dziennikarze Rzeczpospolitej. I ci sami politycy, którzy jeszcze kilka miesięcy temu żywili się utajnionymi stenogramami, dziś wykazują skrajne oburzenie połączone z niesłychaną dbałością o przestrzeganie sejmowych procedur:
"Rzeczpospolita powinna być ukarana finansowo za ujawnienie tajnych stenogramów (...) kara powinna być na tyle duża, aby zniechęcić pozostałe media do podobnych działań" - Stefan Niesiołowski
"Mamy do czynienia ze skandalem. Jaskrawym i bezczelnym złamaniem prawa" - Konstanty Miodowicz
"Można mówić o podwójnym nadużyciu. Po pierwsze nagraniem przez kogoś na sali sejmowej posiedzenia utajnionego, a po drugie nadaniem mu w sposób nieuprawniony charakteru stenogramu" - Bronisław Komorowski
Komentarz do tych cytatów wydaje się zbędny. Pozwolę sobie tylko na taką konstatację, że hipokryzja polityków w tym przypadku nie wynika li tylko z porównania ich wypowiedzi z sierpnia 2007 i lutego 2008 r., ale z faktu, że gdyby Ćwiąkalski przedstawił rzeczywiście coś konkretnego, lub - jak wspomniałem - mającego pozór konkretu, to niewątpliwie nikt by się na ujawnienie tajnych stenogramów nie oburzał. Z informacji Rzeczpospolitej wynika zaś niezbicie, że relacja Ćwiąkalskiego w sensie dowodowym jest bardziej niż śmieszna. I dlatego swoją śmieszność posłowie Platformy chcą ukrywać przy pomocy kar nakładanych na dziennikarzy dostarczających czytelnikom dowodów tej śmieszności. Proszę sobie wyobrazić, co by było gdyby w sierpniu 2007 r. Kaczyński zaproponował karanie Gazety Wyborczej za ujawnianie tajnych stenogramów. Rozdzieraniu szat w obronie wolności mediów nie byłoby końca!



Komentarze
Pokaż komentarze (51)