Ponieważ w czasach Peryklesa i Cycerona nie było Worda, ani nawet - o zgrozo! - Windowsa i internetu, to ówcześni retorzy zmuszani byli do wyjątkowej dyscypliny retorycznej i dbałości o każde wypowiadane, czy pisane słowo.
Brak możliwości "edytowania" własnych wypowiedzi, ich wymazywania, układania w rozmaitych kontekstach, dementowania nie tylko determinował większą rozwagę stylistyczną, ale przede wszystkim wymagał od mówców wyjątkowej spójności argumentacyjnej, oszczędności dobieranych środków w relacji z poruszaną materią, umiejętności wydobycia esencji przy pomocy małej ilości słów, elastycznej pamięci, refleksu i szerokich horyzontów.
Później wynaleziono druk, a następnie radio, telewizję i internet. Sprawiło to, że dziś retorem może zostać każdy, nawet chłopiec na posyłki, biegający - z braku innych talentów - po sejmowych korytarzach z mikrofonem, absolwentka szkół rolniczych znana z tego, że pogryzie w kostki każdego na kogo dostanie zlecenie albo wysyłany na drugi koniec świata w celu odczytywania na głos artykułów prasowych "korespondent zagraniczny", czyli przeciętniak, który po powrocie z tego wygnania staje się zrazu "amerykanistą", "europeistą" czy innym -istą, a w każdym razie publicystą, czyli współczesnym retorem. Pojawili się Lis, Morozowski, Sekielski, Olejnik i cała reszta. Ostatnie ogniwa we wstecznej rewolucji retorycznej.
Uporczywie nazywany przez media
"publicystą" Tomasz Lis, miał dziś swój pierwszy program w telewizji publicznej. Wytrzymałem piętnaście minut. Głupkowate pytania do Andrzeja Wajdy o nieprzystawalności polskiego społeczeństwa do elity oraz tezy o "niektórych gazetach", przed widokiem których należy wybitnego reżysera chronić utwierdziły mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z człowiekiem, od którego nawet ja, głupia menda niewiele się dowiem. Jeszcze bardziej trywialny dialog miał miejsce między
"publicystą" Lisem a byłym premierem Marcinkiewiczem, o tym dlaczego ten ostatni wystawił nowemu rządowi "czwórkę z plusem". Rozmowa nieuchronnie zbliżała do rytualnego przypierdzielenia w Jarosława Kaczyńskiego, więc po pytaniu
"Czy nie uważa pan, że odbywa się kuriozalno-abstrakcyjna teatrologizacja polityki" oraz odpowiedzi
"Tabloidyzacja", dałem sobie siana, bo i dalszy przebieg tej - ekhem -publicystyki doskonale przewidziałem. Zresztą, po tym jak Lis opublikował na antenie TOK FM swój najsłynniejszy
tekst publicystyczny, polegający na prostackim przedrzeźnianiu Joanny Lichockiej, ze strony tego "felietonisty" nic mnie nie jest w stanie zaskoczyć.
W dzisiejszym Dzienniku, swój tekst opublikował niejaki Grzegorz Miecugow. I znów mamy do czynienia z nieznośny terminem "publicysta", który z zagadkowych dla mnie powodów wstawiony nad każdym gniotem przelanym na papier nobilituje tego dziennikarza, który dał się poznać z umiejętnego czytania wiadomości z promptera w telewizji Miazka, prowadzenia Big Brothera oraz programu Szkło kontaktowe. Pierwsze zdanie "felietonu" Miecugowa:
"Pomysł PiS na bycie w opozycji, co wyraźnie pokazała sobotnia konwencja tej partii, polega tylko na strzelaniu na oślep w rząd. Zdaniem byłego premiera Jarosława Kaczyńskiego wszystko, co robi gabinet Tuska, wszystkie jego pomysły są złe"
Przenikliwość, śmiałość i odwaga a la Dziennik. Resztę można sobie darować - jest równie rewolucyjna.
Kolejnymi amatorami polemik, którzy nie wytrzymaliby argumentacyjnego sporu z przeciętnym blogerem politycznym, nie wspominając o tych topowych, są panowie Sekielski i Morozowski. W swoim programie, prezentują na przykład "gadżety IV RP" i zapraszają kolejnych gości by debatować nad symbolem fartuszka szkolnego, czy silikonowego penisa. Obaj panowie jako publicyści pełną gębą udzielają się w mediach springerowskich (stała rubryka w Newsweeku i felietony w Dzienniku). Morozowski katuje felietonami w stylu:
"Niewątpliwym sukcesem medialnym był biały szczyt. Wielogodzinne spotkanie lekarzy i pielęgniarek z minister zdrowia, premierem i szefową prezydenckiej kancelarii nie przyniosły żadnych merytorycznych rozstrzygnięć. Rząd pokazał jednak, że problemy służby zdrowia leżą mu na sercu, że ma cierpliwość, by wysłuchać żalów środowisk medycznych."
Słabość intelektualna polskich publicystów objawia się wtedy, gdy próbują oni nieudolnie wybić się ponad przeciętność i beznadziejność, której przykłady zacytowałem powyżej. Oto kolejny publicysta z bożej łaski, Jacek Żakowski wsławił się ciekawą definicją inteligenta. Inteligent według niego to taki ktoś kto "wysiaduje jajo rozumności" . Zaiste, metafora godna publicystyki III RP!
Przykłady skrajnego eskapizmu, zachowawczości i miałkości polskich nowych "publicystów" można mnożyć w nieskończoność. Ci "felietoniści" nie wytrzymują porównania ze swoimi poprzednikami i nie będą w stanie wytrzymać także zetknięcia z historią, która zapamiętuje tylko rzeczy istotne. Która z wymienionych przeze mnie osób przejdzie do annałów publicystyki dzięki błyskotliwym bon-motom, ciętemu pióru, odwadze retorycznej, ważnym tekstom poruszającym wyobraźnie czytelników i stanowiącym istotne elementy w sporach ideologicznych? Polskie media na własne życzenie (bo promują miernoty) cierpią na brak następców Jerzego Putramenta, Konrada Ujejskiego, Stanisława Cata-Mackiewicza, Tadeusza Boya- Żeleńskiego, Antoniego Słonimskiego, Stefana Kisielewskiego. Mieliśmy w swojej historii mnóstwo świetnych szermierzy słowa o przeróżnych poglądach, a z tej tradycji zrodził się gniot w postaci sztubaka, przedrzeźniającego koleżankę po fachu...
Komentarze
Pokaż komentarze (5)