Ale w sprawach swoich kolegów politycznych - owszem. Oto bowiem sędzia Barbara Piwnik została "wylosowana" do orzekania w sprawie przestępstw jakich miał się dopuszczać Jan Widacki, poseł partii, w której rządzie zasiadała.
Na sędzię Piwnik ślepy los trafia w momentach dla układu przełomowych, o co żalu mieć do niej nie możemy, wszak ona ma tutaj - jak widać - niewiele do powiedzenia. Decyduje ślepy los. Wszyscy pamiętamy ten przedziwny zbieg okoliczności, gdy nieznana nikomu prawniczka, przyjęła od Leszka Millera propozycję objęcia resortu sprawiedliwości w postkomunistycznym rządzie. A przecież w SLD wybitnych jurystów, do tego doświadczonych na stolcu ministra sprawiedliwości nigdy nie brakowało, by wspomnieć TW Care... znaczy Cimoszewicza tudzież TW Pry... znaczy Jaskiernię. Pech chciał, że wówczas rzeczona sędzia orzekała w sprawie afery FOZZ, w którą zamieszani byli "ludzie lewicy" oraz inni gangsterzy, zaś objęcie funkcji w rządzie wiązało się z przerwaniem pracy w charakterze sędziego. I jakież zdumienie wszystkich ogarnęło, gdy się okazało, że dzięki temu afera FOZZ się przedawni! Niestety nadgorliwością wykazał się niejaki sędzia Kryże i, naginając nieco procedury obsady sędziowskiej, doprowadził proces do jako takiego końca, polegającego na ukaraniu figurantów. Oczywiście Kryże musiał później odpokutować swoje, albowiem raz-dwa wyciągnięto mu (oraz jego ojcu) peerelowski rodowód.
No ale miało być o łacińskiej paremii: nemo iudex in causa sua. Przypadki sędzi Piwnik są jeno fragmentem szerszej prawidłowości, która charakteryzuje postępowanie ekspozytur tego lub owego gangu przestępczego, zwanych żartobliwie elitami społecznymi. Oto bowiem, mając w głębokim poważaniu powyższą zasadę, grupa trzymająca władzę, wysłała do komisji śledczej ds. afery Rywina swojego pełnomocnika w postaci posłanki Błochowiak. Nie wiem czy posłanka Błochowiak wówczas zdawała sobie sprawę z roli w jakiej została obsadzona, tym niemniej wywiązała się z niej perfekcyjnie: ośmieszyła komisję, a jej "korytarze pionowe" trafiły, zamiast tez raportu Ziobry, na pierwsze strony gazet. Co ciekawe, jej rolę zrozumieli co bystrzejsi świadkowie zeznający przed komisją. Taki na przykład Adam Michnik doskonale odnalazł się w dialogach o "kolorowych skarpetkach", które - według posłanki - noszą ponoć "pedały". A zatem przedstawiciel grupy trzymającej władzę tropił tę grupę w ramach komisji śledczej. Czyż to nie genialne?! Szkoda tylko, że do najnowszej komisji, tym razem do zbadania okoliczności śmierci Barbary Blidy, SLD nie desygnowało "śląskiej Alexis". Ale za to są Ryszard Kalisz i ...Jan Widacki, więc oni już odpowiednio orzekną o winie i karze w tej sprawie.
Iudex, iudexem, ale władzę sądzenia dają sobie, zwłaszcza od roku 2005 również rodzime media. Ot, przykład pierwszy z brzegu. Gdy Gazeta Polska nierozważnie napisała, że dyrektor programowy TVN-u Milan Subotić to agent WSI, czyli pośrednio bądź nie-, sowiecka wtyczka, walterownia orzekła wszem i wobec, że Subotić agentem nie był. Ciekawe czy agent Milan sam pisał w imieniu ITI to oświadczenie, czy pomógł mu Morozowski z Sekielskim? Co więcej, szefostwo koncernu wykazało się wówczas wyjątkową nadgorliwością, bo się publicznie zlustrowało. Oczywiście, ani Wejchert, ani Walter agentami nie byli, a ponieważ fortunę i nazwisko (a nie funkcję w służbach) dziedziczy się po ojcu, to ród pozostał nieskalany. Podobnie wesołe oświadczenia, dementi, i tyrady publikował Polsat, gdy agentem okazał się Zygmunt Solorz, ten jednak nie nakazał swoim dzieciom publicznie się lustrować.
No a Gazeta Wyborcza? Wiele lat temu przestało być tajemnicą Poliszynela, że agent "Ketman" był prawą ręką Michnika w sprawach lustracyjnych, że żaden tekst na temat lustracji i agentów nie mógł trafić do druku, zanim nie przeszedł przez ręce Maleszki. A zatem znów mamy do czynienia z orzekaniem we własnej sprawie. Ba, nie tylko orzekaniem, co apriorycznym uniewinnianiem, wszak zdanie Wyborczej na temat lustracji jest powszechnie znane: jedynym dopuszczalnym na jej łamach poglądem w tej kwestii jest bezwarunkowa ochrona kapusiów. Gazeta iudex in causa sua! Ktoś powie: każdy ma prawo bronić się przed oskarżeniami. Pewnie że tak. Tyle tylko, że do odbiorców ta obrona dociera w formie powszechnie obowiązującego orzeczenia. Skąd bowiem przeciętny Kowalski ma czerpać wiedzę o świecie jeśli nie z mediów Waltera, Wejcherta, Suboticia, Solorza i Maleszki? Walterownia nigdy nie tknie Solorzowni, bo obie ekspozytury dobrze wiedzą ile mają do stracenia w bratobójczej walce. Za to z lubością używają sobie na mediach niebezpieczniackich.
Wyższą szkołę jazdy zaprezentował gen. Dukaczewski, który parę lat temu postanowił, że pomoże dziennikarzom w opisywaniu działalności służb, którymi kierował. Owóż Małgorzata Subotić (była żona Milana) pisała ongiś artykuł na temat nieprawidłowości działania WSI. I wtem, ni z tego ni z owego, zadzwonił do niej generał Dukaczewski, że on zupełnie przez przypadek... zna treść nie opublikowanego artykułu i że zaprasza panią Subotić na pogadankę uświadamiającą. Cóż za zbieg okoliczności!: do żony agenta WSI dzwoni szef WSI by podyskutować o nieznanym nikomu, a przygotowywanym przez nią artykule prasowym...
Czy Małgorzaty Subotić nie dopadł przypadkiem ten sam ślepy los, który wyrwał sędzię Piwnik z orzekania o aferze FOZZ a potem nakazał sądzić Widackiego?



Komentarze
Pokaż komentarze (33)