"Zaproponowane przez rząd zmiany w ustawie medialnej ożywiły debatę o mediach publicznych.", cieszy się Onet. Niewątpliwie debata o mediach publicznych przez ostatnie dwa lata była martwa, o czym świadczą epitety takie jak "zamach na wolne media", "zamach na demokrację", "telewizja reżimowa", "funkcjonariusze polityczni PiS-u", którzy "uczestniczą w nagonkach", używane powszechnie i bezkrytycznie dla określenia sytuacji w tych mediach za rządów PiS.
Dziś jednak żaden zamach się nie odbywa, o czym świadczy szalenie pragmatyczny ton publicystów lewicowych oraz dworskich, a najczęściej ich wymowne milczenie. Od czasu do czasu można tylko usłyszeć, że przecież wszystkie ekipy, a zwłaszcza ostatnia, zawłaszczały media, więc odczepcie się od Tuska. Skoro bowiem liberalne media nie podniosły larum nad projektem całkowicie bezprecedensowej ustawy, która podda media publiczne pod bezpośredni wpływ polityków, to pozostaje się tylko cieszyć, albowiem wychodzi na to, że nie dość, iż ustawa nie ma zasadniczych wad to jeszcze "ożywia nam debatę publiczną". A debata publiczna - jak powszechnie wiadomo - to papierek lakmusowy stanu wolności słowa. Jeśli więc jest "ożywiona" to chyba dobrze, prawda? Przy czym należy dodać, że to ożywienie nastąpiło jedynie wśród polityków PiSu, którzy bronią swojego stanu posiadania, no i "reżimowych dziennikarzy", którzy w odróżnieniu od miłujących wolność słowa Żakowskich, Wołków i Olejników, interesują się jeno własnymi ciepłymi posadkami, które otrzymali w zamian za polityczną prostytucję. Burzą się więc ludzie tak znani z uległości jak Wildstein czy Ziemkiewicz, którzy nie raz już przecież udowodnili, że za stanowiska są w stanie napisać i zrobić wszystko.
No, ale poza partyjnymi parytetami i zawłaszczaniem mediów jest jeszcze jeden aspekt, który naszym lewicowo - liberalnym geniuszom retoryki umyka. Owóż jest to zagadnienie wolności słowa, która to wolność realizuje się w dzisiejszych czasach głównie przez pluralizm światopoglądowy w środkach masowego przekazu. A zatem jest to wartość całkowicie niezależna od tego, kto na danym medium trzyma łapę - decyduje bowiem treść przekazu a nie struktura właścicielska. Und da hier ist ein hund begrabben! Bo, ci sami ludzie, którzy, gdy Jarosław Kaczyński dwa lata temu powiedział, że "w Polsce nie ma pełnej wolności słowa", podnieśli przeraźliwy krzyk w obronie demokracji przed zamachowcem cytowane słowa wypowiadającym, dziś, gdy słuchają posłanki Iwony Śledzińskiej Katarasińskiej, jedynie wzruszają ramionami. A ci mniej bystrzy, jak lewicowi internauci, widząc podniesiony przez swoich mentorów szlaban, mówią to, co mentorom nie wypada, a mianowicie, że z jakiego to niby powodu Tusk miałby okazać się frajerem i nie przejąć mediów, tak jak to robili wszyscy przed nim.
Problem polega także na tym, że w sferze ideologicznej i politycznej Tusk żadnego zamachu na media robić nie musi. Większość z nich i tak jest mu - delikatnie mówiąc - przychylna. Przy czym wyraźnie widać, że to on jest ich zakładnikiem, a nie odwrotnie, w związku z czym o tej przychylności nie decyduje. W każdej bowiem chwili, gdy tylko w szeregach jeszcze większych niż Tusk obrońców wolności słowa (czyli SLD) nastąpi oczekiwane przegrupowanie oddziałów, wówczas Tusk może boleśnie odczuć gdzie kończą się jego plecy, a zaczynają nogi. I dlatego potrzeba mu mediów na własność, by móc się przed tym nagłym zwrotem akcji obronić.
No ale póki co, wszystkie media w Polsce mają poglądy identyczne zarówno z partią rządzącą jak i między sobą. Administracyjne przyłączenie do tego grona również TVP, Polskiego Radia oraz Rzeczpospolitej, które już się w zasadzie odbywa (vide zmiany w zarządzie wydawnictwa Rzepy oraz zwolnienie Raczyńskiej z TVP 1) to ten element, który wpłynie na wolność słowa. Czyli wartość szczególnie przez lewicę hołubioną. Otóż, jeśli TVP i Rzeczpospolita wrócą do swojej linii sprzed 2005 roku, to wszystkie cokolwiek znaczące ośrodki medialne w Polsce będą miały poglądy identyczne, ergo co najmniej pięć milionów obywateli o poglądach konserwatywnych, którzy w ostatnich wyborach opowiedzieli się za ideą IV RP, zostanie pozbawionych swojej reprezentacji w sferze publicznej. Lewica liberalna, mimo że tak strasznie wyczulona na problem reprezentacji różnych opcji w tej sferze, jakoś nie drze szat z powodu realizacji tego zagrożenia.
Niestety, dla naszych lewicowych publicystów, papier przyjmuje i zapamiętuje wszystko, więc ich tęsknota za przywróceniem stanu poprzedniego jest aż nadto widoczna. Paweł Stasiński:
"Rzeczpospolita" Dariusza Fikusa, Macieja Łukasiewicza i Grzegorza Gaudena broniła się przed tym zagrożeniem. Redaktorów naczelnych nie wyznaczał żaden rząd, oni zaś nie naginali linii ..."
A teraz jeszcze coś o TVP. Teresa Bogucka (GW):
"Jeszcze nigdy nie było takich dysproporcji ", "nigdy za wolnej Polski telewizja publiczna nie została zaprzęgnięta do promocji jednej partii tak wyraźnie i bezwzględnie"
Oczywiście ani Teresa Bogucka ani Paweł Stasiński, ani dziesiątki innych publicystów, którzy utyskiwali w ten sposób nad "naginaniem linii" przez Rzeczpospolitą i nad stanem upartyjnienia TVP nawet większym niż za Miazka i Kwiatkowskiego (sic!), nie ciągną swoich rozważań konsekwentnie do końca, czyli do konkluzji, jakie te media będą gdy przestaną "naginać linię". Odpowiedź jest oczywista: będą takie same jak wszystkie inne. Tak wygląda pluralizm i wolność mediów według liberałów - wolność i różnorodność miłujących, jedynie słusznych poglądów nie cierpiących, mniejszości wspierających, demokrację wielbiących.



Komentarze
Pokaż komentarze (15)