Co się stało Pawłowi Śpiewakowi, że złośliwie szczypie Michnika? Jak to się dzieje, że intelektualista, który swój medialny byt zawdzięcza Gazecie Wyborczej, postanawia skalać własne gniazdo? Poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie należy zacząć na początku lat dziewięćdziesiątych. Warto sięgnąć pamięcią tak daleko, by odkryć ten sam modus operandi salonu w stosunku do innych postaci życia publicznego.
Kilkanaście lat temu profesor Śpiewak znany był główne z tego, że na łamach Gazety Wyborczej, a dzięki niej, także w innych mediach, gromił polski antysemityzm, ksenofobię i nacjonalizm. Ponieważ głównie zajmował się tym, to jego kariera nabierała rozpędu, a sam profesor uwierzył w siebie i swoją suwerenność, bo wykroczył poza wyznaczony mu rewir i jął wypowiadać się na tematy stricte polityczne, ba, postanowił samemu zabawić się w politykę. A miało to miejsce, gdy wybuchła afera Rywina, na okoliczność której Śpiewak podkradł Rafałowi Matyi postulat tworzenia IV RP. Po tym zaskakującym manifeście, płynącym wszak z samego jądra salonu, jego obecność na łamach Wyborczej była coraz rzadsza. Ale najgorsze miało dopiero nastąpić, bo oto Śpiewak złamał dyscyplinę partyjną zarządzoną w salonie i ośmielił się przypuścić, że negocjacje Michnika z SLD oraz jego mataczenie przed komisją śledczą, nie były etycznymi Himalajami, do których Pan Redaktor Michnik Adam wszystkich nas przyzwyczaił i od czasu do czasu naszą wiedzę na ich temat odświeżał udzielając wywiadów swojej własnej gazecie.
Tego było stanowczo za wiele. Obecność Śpiewaka w Wyborczej stopniała do minimum, zaczęto w niego uderzać metodycznie mocniej, a czynili to na zmianę Pacewicz, Żakowski i inni. Ten pierwszy na przykład tak się podpalił, że w tym zapale dopuścił się hipokryzji do kwadratu. Mianowicie w tekście z połowy października 2005 r. zarzucił Śpiewakowi hipokryzję polegającą na tym, że ten drugi oburzał się na dziadka z Wehrmachtu, zaś milczał jak grób gdy wyciągano zbrodniczą przeszłość ojca Cimoszewicza. Hipokryzja Pacewicza była do kwadratu, gdyż sama Wyborcza lubowała się w tym czasie w wyciąganiu antysemicko - nacjonalistycznych korzeni rodzinie Giertychów. No, ale nie o hipokryzji Wyborczej ma być mowa. Hunwejbini Michnika zostali najwyraźniej "zadaniowani" wówczas na Śpiewaka, swojego niedawnego druha w walce z nacjonalizmem, bo Śpiewak nie był ani pierwszoplanową ani nawet drugoplanową postacią kampanii Tuska, któraby oburzała się na zagrywkę z Wehrmachtem. Dlaczego więc wyrok padł na Śpiewaka? Odpowiedź leży w koncepcji IV RP, której zwolennikiem się okazał, a którą - gdy została medialnie poszatkowana - uprzejmie zwrócił Matyi. Zresztą z tego wszystkiego odechciało mu się nie tylko IV RP, ale polityki w ogóle, o czym świadczy rezygnacja z kariery parlamentarnej.
Śpiewak przyjmował te ciosy z godnością, bliski'm nawet uznania, że ze swoistym uznaniem swego zawinienia, bo się zbyt zajadle nie odgryzał. Bardzo koncyliacyjnie prosił ("poddawał pod rozwagę") Gazetę Wyborczą o jak najłagodniejszy wymiar kary (np. artykuł "Pacewiczowi pod rozwagę" z 18 października 2005 r.), a nawet sam się karze poddał rezygnując z polityki. No ale wtedy nie było jeszcze... Axla Springera.
Dziś siedząc wygodnie na platformie stałego publicysty springerowych przekaziorów, w ramach rewanżu za te ciosy, pokazuje swojemu niedawnemu patronowi środkowy palec. Śpiewak durniem nie jest, więc doskonale wie, że jego relacja z okoliczności nieobecności Michnika na uroczystości upamiętniającej Marzec 68', czyni tego ostatniego w oczach publiczności - mówiąc delikatnie - mało wiarygodnym, a z jego sprzymierzeńców i czytelników robi idiotów, zadając kłam medialnej relacji. Ale, jak wspomniałem, teraz odwaga jest tańsza, gdyż poręcza za nią nie byle kto, bo Axel Springer, pod którego parasol można się skryć w razie skazania na banicję w salonie z Czerskiej.
Ale nie wszyscy wygnańcy mieli tyle szczęścia co Śpiewak. Oto bowiem Stanisław Remuszko - niezły fachowiec od mediów, po kłótni z Michnikiem co do politycznych ambicji tego ostatniego opuścił Wyborczą przerywając świetnie zapowiadającą się karierę. Kto dziś wie cokolwiek o Remuszce? Został skazany wyrokiem salonu na zapomnienie, do końca życia już nie zaistnieje. Jeszcze ciekawiej wyglądał kazus dziennikarza Wyborczej Romana Graczyka, który nie wytrzymał antylustracyjnej hipokryzji gazety i na kolegium redakcyjnym ośmielił się wyrazić zdanie odmienne od obowiązującego wyrokiem Pana Redaktora. Co zrobiła gazeta, tak słynąca z upodobania do pluralizmu poglądów? Wykopała odszczepieńca na zbity pysk. Dziś po Graczyku, który zdążył napisać prolustracyjną książkę i kilka demaskatorskich artykułów, słuch zaginął, podobno robi coś anonimowo w swoim Krakowie odbywając karę banicji salonowej.
Jednakże nie wszystkich zdrajców Wyborcza potępia. Jeśli ktoś zdradza wroga - jest przyjmowany z całym dobrodziejstwem inwentarza, nawet z "antysemickim" i "nacjonalistycznym" bagażem. Czy taki Piotr Wierzbicki z początków lat 90-tych, gdy pisał "Traktat o gnidach" (nie mylić z mendami) miałby szansę na salonową karierę? Ależ skąd. Okopał się w oszołomskiej Gazecie Polskiej i tam składał grosz do grosza. Ale z wiekiem człowiek dojrzewa, zaczyna myśleć bardziej pragmatycznie, więc Wierzbicki wraz z panią Isakiewicz postanowili zrobić z Gazety Polskiej tygodniową wersję Wyborczej, za co zostali przez nie rozumiejącą tej wolty w lewo redakcję, wyrzuceni. Nie minęło kilka tygodni, a oboje stali się stałymi publicystami Wyborczej i teraz mogą już mówić o sobie, że są autorytety pełną gębą. Tak Wyborcza wynagradza zdradę dokonaną na organizmie wroga. Czyż to nie zachęcające?



Komentarze
Pokaż komentarze (24)