menda menda
61
BLOG

Internauci

menda menda Polityka Obserwuj notkę 41
Można być hydraulikiem, prawnikiem, nauczycielem, dziennikarzem czy listonoszem i używać internetu w celach zawodowych lub hobbystycznych, ale definiowanie siebie jako internauty to zupełna aberracja i świadczy o tym, że tzw. internauta ma kompleks, którego źródło leży w realu.
 
Niesłychanie rozbawiła mnie umiejętnie podsycana przez media sieciowe reakcja tzw. internautów na słowa Jarosława Kaczyńskiego o tym, że en bloc są oni grupą podatną na manipulacje, bezideową, oddającą się pornografii i prymitywnym rozrywkom. Kaczor wywodzi z tego taki wniosek, że idea e-votingu może nie służyć demokracji, ale wypaczać jej sens, polegający na świadomym wyborze przez demos swoich przedstawicieli w poczuciu odpowiedzialności za wspólnotę w jakiej wyborca żyje. Oczywiście, gdy media podały tę, wyciągniętą notabene z kontekstu, wypowiedź, portale internetowe zalały się, jak zwykle hektolitrami kompostu tylko lekko zrecyclingowanego przy pomocy programów komputerowych usuwających automatycznie komentarze zawierające wulgaryzmy. Oczywiście internauci, chcąc po raz kolejny pokazać że nie lubią Kaczora, w swej przenikliwości potwierdzili częściowo tezy o swoim prymitywizmie i podatności na manipulacje.
 
Z taką samą gracją internauci zadają kłam również innym stereotypom na swój temat, jak choćby tym, że interesuje ich głównie pornografia. Gdy przejrzymy bowiem rankingi najczęściej wpisywanych słów w wyszukiwarkach internetowych, pierwsze słowo nie związane z seksem jest blisko drugiej dziesiątki i brzmi "Doda". Zaraz po nim jest "Mandaryna". Tutaj zatrzymajmy się na moment, bo to zjawisko doskonale ukazuje różnicę między internautą zdefiniowanym a osobą korzystającą z internetu. Otóż ten pierwszy traktuje sieć jako surogat rzeczywistości, ten drugi zaś jako jej uzupełnienie. Dlatego w pornografii lubują się internauci - pozostali mają pornografię w swojej realnej sypialni dzięki swym żonom, dziewczynom i kochankom. I teraz wyobraźmy sobie takiego kolesia z wypiekami na twarzy oglądającego ślizgające się po sobie ciała, któremu nagle wyskakuje pop-up z listą nazwisk polityków do wybrania. Czy to jest ta demokracja, o którą nam wszystkim chodzi?
 
Wróćmy na chwilę do kwestii manipulacji. Artykuły w internecie są dalece bardziej tendencyjne i perfidne niż w gazetach papierowych. Chyba każdy, kto w miarę uważnie śledzi sieć spotkał się z sytuacją gdy po kliknięciu na tytuł tekstu, pojawił nam się artykuł w rzeczywistości przeczący treści tytułu, a pod artykułem setki zajadłych i prymitywnych komentarzy utrzymanych w duchu nakreślonym w tytule. Weźmy przykład durnych sond internetowych, w których umiejętność odpowiedniego formułowania pytań oraz opcji odpowiedzi pozwala na uzyskanie dowolnych rezultatów. Dobry spec od manipulacji zbiorową wyobraźnią jest w stanie osiągnąć rezultat w postaci zielonego nieba i niebieskiej z natury trawy.
 
Internet w przeważającej większości jest ściekiem. I jeszcze długo taki pozostanie. Klikam właśnie pierwszy lepszy artykuł na Onecie: "Kolejna gafa prezydenta Kaczyńskiego". Rozeszło się o to, że podczas wizyty Ala Gora, ten drugi zajął pulpit przeznaczony dla prezydenta, zaś prezydent stanął na jego miejscu, co sprawiło, że mikrofon sięgał mu na wysokość oczu. Czy to jest temat na czołówkę największego portalu w 40 milionowym kraju? I czy to jest wydarzenie, które uczciwy dziennikarz może tak zatytułować? No ale nie o perfidii walterowców miała być mowa. Pierwszy komentarz osoby o nicku "SIUSIAK" brzmi: "NA WYSOKOŚCI OKA MA TAKŻE ROZPOREK ROMKA GIERTYCHA". Internauta korzystający - a jakże! - z e-demokracji.
 
Nie dziwi więc fakt, że osoby współtworzące ten ściek oburzyły się, że ktoś je nazwał po imieniu, że powziął wątpliwość co do tego, iż panująca powszechnie mediokracja, która i tak wypacza zasady demokracji, nie zamieni tej ostatniej w atrapę. To dokładnie tak jak z tymi wykształciuchami, którzy, gdy zostali wywołani do tablicy przez Ludwika Dorna, niezwłocznie stawili się do niej podnosząc raban wszechogarniający.
 
W tym kontekście nie powinna dziwić też postawa niektórych domorosłych "publicystów", jak na przykład pan Kubacki Azrael, którzy nie mogą posiąść się z oburzenia, że ktoś uderzył w sieciową rzeczywistość. Taki Pan Kubacki Azrael postanowił zamiast strażakiem tudzież cieślą, zostać publicystą internetowym. Poświęcił na to konto swoje nazwisko, swój wizerunek, nagrywając się na kamerce internetowej i puszczając to na blogu, a nawet członków swojej rodziny. Przeniósł kilka ton realu do wirtualnej rzeczywistości, myśląc że nada mu to powagi. Myślał też, że publicystyka to pracowite i ambitne układanie literek w sylaby, sylab w wyrazy a wyrazów w zdania, a ponieważ Bozia poskąpiła mu akurat w tej dziedzinie talentu, to żyje on ze świadomością bycia "publicystą internetowym". Siermiężne "analizy" w stylu: "inteligent to ktoś kto żyje w dużym mieście lub za granicą", albo "Kaczyński przegrał bo popełnił wiele błędów" (cytuję z pamięci), to według niego publicystyka. Nic dodać, nic ująć: samookreślony internauta tworzący protezę rzeczywistości przy pomocy myszki i klawiatury.
 
Demokracja ma więc stać się częścią tej protezy przy pomocy instrumentu zwanego e-votingiem. Eksperymenty tego rodzaju dokonywane na zachodzie dawały nierzadko opłakane rezultaty: na przykład jakiś kandydat otrzymywał więcej głosów niż liczba ludności jego okręgu wyborczego. Ale ten aspekt pomijam, jako drugorzędny choć na pewno nie bagatelny. Podstawowym aspektem jest otoczenie w jakim ta demokracja ma się realizować i kolosalny wpływ tego otoczenia na jej stan. Wpływ ten nie kończy się na ekranie komputerów, tylko w głowach tzw. internautów. Lokale wyborcze nie są z jakichś powodów umieszczane w burdelach czy maglach, a nad każdą urną nie wisi ani dżojstik ani wibrator, tylko orzeł w koronie.

menda
O mnie menda

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (41)

Inne tematy w dziale Polityka