Być może trudno to sobie teraz wyobrazić, ale w historii III RP był taki czas, gdy najgorliwszymi z lustratorów byli dzisiejsi przeciwnicy lustracji, zaś weryfikatorzy służb specjalnych nie musieli przyjmować medialnych i politycznych ciosów w podbrzusze, lecz cieszyli się dyskrecjonalną ochroną władz i opinii publicznej.
Operacja odzyskiwania służb specjalnych przez komunistyczny aparat wchodzi w decydującą fazę. Platforma, a raczej ci, którzy Platformie w tym zakresie wydają polecenia, postanowiła sparaliżować działania ostatniego przyczółku wroga, na który nie ma jeszcze wpływu: Komisji Weryfikacyjnej WSI.
Wczoraj do dyspozycji prezydenta oddał się przewodniczący komisji weryfikacyjnej Jan Olszewski. Uzasadnieniem dla jego decyzji był fakt, że nowe kierownictwo służb wojskowych oraz resortu obrony ubezskuteczniło całkowicie działania komisji, przez co niemożliwe jest ukończenie przez nią wyznaczonej misji w terminie. Od kilku miesięcy, mimo wielokrotnych monitów Olszewskiego, komisja nie może uzyskać akceptacji bezpieczeństwa szczelności systemów komputerowych niezbędnych do jej pracy. Certyfikat ten wydaje ministerstwo obrony. Nowe kierownictwo Służby Kontrwywiadu Wojskowego odwołało dwóch swoich funkcjonariuszy pracujących przy stertach akt byłej WSI, wstawiając w zamian swoich ludzi nie posiadających ani kompetencji ani też zaufania przewodniczącego komisji. Prace nad weryfikacją WSI stanęły w miejscu.
Z takiego stanu rzeczy otwarcie raduje się dzisiejsza Gazeta Wyborcza wskazując, na liczne "uchybienia" w toku weryfikacji takie jak wyciek informacji, sprzedaż aneksu do raportu z likwidacji WSI, proponowanie biznesmenom wykreślenia ich nazwisk z raportu, na co oczywiście żadnych dowodów nie przytacza. Ta sama gazeta kilka miesięcy temu, w równie kategorycznym tonie przekonywała, że na czarnym rynku ktoś sprzedaje raport z likwidacji WSI. Jak dotąd, raportu nie udało się nikomu kupić, co nie przeszkadza mediom twierdzić, że i aneks można w tym trybie nabyć. Przy okazji Wyborcza jak zwykle kilkakrotnie w jednym tekście kłamie. Na przykład, gdy pisze że "Olszewski nie chciał dopuścić funkcjonariuszy SKW do wywiezionych akt". Otóż Olszewski, nie tylko dopuścił funkcjonariuszy do tych akt i polegał na ich pracy, ale wręcz domagał się ich oddelegowania, gdy poseł Graś, jako ich nowy - w międzyczasie odwołany z "przyczyn osobistych" - zwierzchnik, tę delegację im cofnął. Na takich oto podstawach Wyborcza dopinguje Platformę do "sprawdzania członków komisji" i odbierania im dostępu do tajnych dokumentów.
Podczas gdy weryfikatorzy są podejrzewani o korupcję i łamanie klauzuli tajności, do łask w służbach (i mediach) wracają takie tuzy polskiego wywiadu jak pan Barcikowski, kierujący ABW za Millera, czy Dukaczewski, oficjalnie przez wywiad brytyjski MI6 uznany za sowieckiego agenta.
Ale Gazeta Wyborcza, która tak bardzo dba o to, by weryfikatorzy służb specjalnych byli krystalicznie czyści, że aż wymyśla na ich temat samoobalające się zarzuty, nie zawsze miała taki stosunek do komisji sięgających po tajne akta. Otóż w 1990 r. funkcjonowała tzw. Komisja Michnika, która przez 76 dni miała praktycznie nieograniczony dostęp do archiwów bezpieki. Jednemu z członków tej komisji, Jarzemu Holzerowi, jak trzej pozostali bagatelizującemu jej rolę, wyrwało się coś takiego: "po spotkaniu komisji byliśmy zbiorowo lub indywidualnie oprowadzani po archiwum, tłumaczono nam, gdzie są jakiego rodzaju i z jakiego okresu akta, mogliśmy sięgnąć po teczki spraw, żeby się zorientować, jak były prowadzone." Z działań owej komisji powstała zaledwie lakoniczna notatka podpisana przez jej członków, sprowadzająca się do tego, że w archiwach występują liczne braki. Szkoda, że nikt tych pierwszych lustratorów III RP nie zapytał, czy trzeba było aż dwóch i pół miesiąca buszowania w aktach by stwierdzić jeno, że są one niekompletne, co już wówczas było wiedzą niemal powszechną. Znacznie ciekawsze jest jednak to, co po działaniach komisji nie pozostało. Otóż nie sporządzono żadnego raportu informującego, których teczek każdy z tych samozwańczych weryfikatorów zażądał, jak długo te teczki przetrzymywał, czy zwrócił je w stanie kompletnym i w jakim zakresie kopiował lub notował ich zawartość. Te wszystkie informacje, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z materiałami ściśle tajnymi są niezbędne, co wynika (i wynikało wówczas) z procedur obowiązujących w ABW. A mimo to, ani wtedy, ani nigdy później Gazeta Wyborcza nie kwestionowała tej wywiadowczej samowolki. Pomijam już fakt ewidentnego ominięcia przepisów prawa (jeśli nie jego złamania) polegający na tym, że żaden z czterech "weryfikatorów" nie był uprawniony z mocy ustawy do przeglądania tych akt, więc minister edukacji Samsonowicz na osobistą prośbę kumpla Michnika - Kozłowskiego, przyjmując fikcję prawną i korzystając ze swojej kompetencji, wystawił imiennie cztery pozwolenia dla Michnika, Holzera (agenta SB), Ajnekiela i Krolla do buszowania w archiwach. Gazeta Wyborcza, rozpaczliwie broniąc tej komisji jeszcze w 2005 r. utrzymywała, ewidentnie kłamiąc, że komisja ta została powołana oficjalną drogą przez Sejm RP.
Gdy zaś weźmiemy pod uwagę zagadnienie "kontrolowanych przecieków", to - jak donosił ongiś Tygodnik Solidarność - dosłownie w ciągu kilku godzin od zakończenia prac komisji Michnika, ten ostatni zaczął rozpowiadać o rzekomej agenturalnej działalności Dariusza Fikusa. Takie to były wówczas czasy: dzisiejsi zagorzali wrogowie lustracji, byli najgorliwszymi z lustratorów, a komisje weryfikacyjne działały wbrew wszelkim przepisom prawa i nakazom przyzwoitości w bezpiecznej otulinie medialnej. Dziś wszystko się zmieniło: weryfikowanie służb specjalnych wymaga nadludzkiej odporności psychicznej na wyssane z palca zarzuty, zaś lustrowanie i nurzanie się w tajnych aktach grozi jednoznacznie złą opinią. Ale tak jak lustracja lustracji nierówna, tak i komisje bawiące się w lustrowanie i weryfikowanie działalności służb nie zasługują na równe traktowanie. Wszystko zależy od tego kto jest lustratorem lub weryfikatorem, i jaki cel przyświeca jego działalności. Podczas gdy jedynym ujawnionym skutkiem komisji Michnika było powstanie antylustracyjnego frontu oraz umacnianie się bezpieki w strukturach państwa, skutkiem działania komisji Olszewskiego miało być owej bezpieki wyeliminowanie. Jest to różnica - przyznajmy to sobie szczerze - niebagatelna.



Komentarze
Pokaż komentarze (16)