Jak donosi Wprost, w kancelarii premiera RP, przez kilka lat działał prawdopodobnie niemiecki szpieg. Fotografował i nagrywał szyby wentylacyjne, zbrojownię, wyjścia ewakuacyjne i przewody komputerowe. Oczywiście informacja ta nie zmąci pastelowego obrazu stosunków międzynarodowych jaki kreślony jest przez media i rządzącą nami koalicję PO-PSL-LiD, bo i po co? Wszak Polacy i Niemcy są przyjaciółmi a przyjaciele nie mają między sobą żadnych tajemnic!
Lata 2005-2007 to czarna dziura kloaczna w stosunkach polsko - niemieckich. Kaczory wykopały ją bo są nieufne i nie doceniają otwartych ramion w których chciał nas utulić najpierw Gerhard Schroeder, a później Anielica Merkel. Strategiczny sojusznik przeczekał ten paskudny okres kładący się cieniem na naszej przyjaźni i teraz już może z nowym lepszy rządem w Warszawie kontynuować miłosne igraszki. Taki mniej więcej obraz stosunków dyplomatycznych z Niemcami nakreśliły nam autorytety i Platforma Obywatelska. Obraz, uprzejmie, bez większych zniekształceń kolportowany przez wszystkie media.
A tu taki klops! Okazuje się bowiem, że, jakkolwiek nasi przyjaciele z Berlina pałają do nas bezinteresowną i altruistyczną miłością, postanowili sobie na wszelki wypadek sfilmować polskie strategiczne gmachy oraz ich przewody wentylacyjne. Dlaczego więc jeszcze żaden autorytet od przyjaźni polsko-niemieckiej w rodzaju pana Bartoszewskiego, uporczywie nazywanego profesorem, nie wyskoczył na pasku TVN24, i nie wytłumaczył ludowi, że po cóż tyle zachodu i tajnych podchodów, skoro wystarczyło poprosić, a wszystkie informacje przyjaciel - przyjacielowi by udostępnił. Między przyjaciółmi nie ma bowiem żadnych tajemnic. Na tym polega istota tego uczucia.
Idea przyjaźni kontrolowanej ma w Polsce bogatą tradycję. Zupełnie niedawno członkowie polskiego parlamentu, w tym także późniejsi "opozycjoniści", przysięgali na "przyjaźń polsko - radziecką". Uczucie to w imieniu zauroczonego sowietami narodu wyrażali jego prominentni przedstawiciele, całując z języczkiem kolejnych sekretarzy KPZR. Wydawało się więc, że przyjaźń ta, tak głęboka jak głęboko sięgały języki prominentów, nie wymaga utrwalania niejawnymi metodami. Niestety, nasz wschodni przyjaciel postanowił swe uczucia oprawić w ramę wywiadowczą, więc zainstalował u nas rzesze agentów tak przeogromne i sięgające tak daleko, że gdy przyjaźń owa w drugiej połowie lat 80-tych stała pod znakiem zapytania, sam Michnik Adam pofatygował się w sobie tylko znanym celu na Kreml oraz złożył kilka kurtuazyjnych wizyt w radzieckiej ambasadzie. Później już poszło jak z płatka: kontrolowana przyjaźń zamieniła się w kontrolowaną rewolucję, zaś okupacja polityczna zamieniła się na gospodarczą w tym segmencie w którym zrujnowany przyjaciel mógł coś nam jeszcze zaoferować: tj. energetycznym, o czym świadczą choćby osoba Ałganowa, którego nikt ponoć nie znał, oraz firmy J&S czy Gazprom, z którymi ponoć nikt nie handlował.
Ale wracając do przyjaźni polsko-niemieckiej, na którą z kolei co i rusz przysięgają nasze aktualne władze, to nie ulega najmniejszej wątpliwości, że nasz zachodni partner oprzyrządował swoje uczucie w pluskwy i minikamerki w celach analogicznych. Gdyby się bowiem - nie daj Boże - okazało, że uczucie wygasa, tj. gdy do władzy dojdą nieprzyjaźnie nastawieni narodowi frustraci, którzy postanowią nas szantażować swoimi interesami, to trzeba mieć instrumenty by przyjaźń przetrzymała ten kryzys. Jak widać na przykładzie ostatnich wyborów, przyjaźń "wszystko przetrzyma". A że uczuciu trzeba pomagać, to chyba wszyscy wiemy, prawda?



Komentarze
Pokaż komentarze (21)