Okres przedświąteczny jest pracowity dla obu stron religijnej barykady. Podczas gdy chrześcijanie malują pisanki, chodzą do kościoła ze święconką i kupują całymi zgrzewkami colę, wojujący ateiści medialni w rytm piosenki Johna Lennona "Imagine", kontemplują ofiary śmiertelne wywołane przez kościół katolicki a także boleją nad hipokryzją jego przedstawicieli.
Jak powszechnie wiadomo, ateizm tudzież agnostyzyzm (między którymi, wbrew pozorom nie ma takiej przepastnej różnicy) były oficjalnymi religiami państwowymi w reżimach totalitarnych. Ateizm instytucjonalny wpajano Polakom przez pięćdziesiąt lat realnego socjalizmu. Różnica między wiarą religijną a ateizmem instytucjonalnym zasadzała się między innymi na tym, że ten drugi posługiwał się nie mistycznym poznaniem, a środkami stricte politycznymi, jak umiłowana przez socjalistów dialektyka.
Nie ma sensu rozwodzić się nad metodami jakimi totalitaryzmy hodowały dla własnych potrzeb religijność społeczeństw, bo zrobili już to wiele lat temu ludzie znacznie od nas mądrzejsi, jak choćby Hannah Arendt (szczególnie polecam książkę "Korzenie totalitaryzmu"). Problemem wartym analizy "tu i teraz" jest to, że ten ateizm instytucjonalny, dialektyczny ciągle żyje w sercach niektórych Polaków, co więcej, jest przekazywany drogą płciową i odtwarza się w następnym pokoleniu, którego przedstawiciele nazywają siebie bądź to "agnostykami", bądź to "upartymi centrolewicowcami". Wczorajszy dzień dał kolejny dowód na to, że ten ich agnostycyzm ma z gnozą tyle wspólnego co "demokracja ludowa" z demokracją. Czyli nic, a ściślej rzecz ujmując: służy dialektycznemu tworzeniu maski dla zwykłej walki klas. Pod pozorem pseudofilizowicznej nomenklatury (ateizm, agnostycyzm, demokracja ludowa, pokój itp.) dokonywała się (i dokonuje nadal) operacja niszczenia tkanki społecznej we wszystkich jej wymiarach, także religijnym (vide sekularyzacja).
Otóż, w dniu wczorajszym tj. w Niedzielę Palmową, jedynym eksponowanym w polskich mediach "newsem" z obchodów tego święta w Watykanie, był ten, że Benedykt XVI nie zaapelował o przestrzeganie praw człowieka w Tybecie. Pod artykułem na stronie głównej portalu Gazety Wyborczej pojawiło się kilkadziesiąt komentarzy antyklerykałów zatroskanych losem Tybetańczyków o tym, że Benedykt XVI sprzedał Tybet, i innych równie doniośle wołających o odrobinę empatii dla cierpień azjatów. Informacja ta jest tylko cząstką całej kampanii prowadzonej przez medialne centrum ateizmu instytucjonalnego z ul. Czerskiej, a zapoczątkowanej kilka tygodni temu oskarżaniem kościoła o pedofilię.
Na wieść o watykańskiej znieczulicy zapłonęły serca ateistów, które, niesione współczuciem dla prześladowanych Tybetańczyków, rozlały po chłonnej powierzchni internetu kolejne cysterny antyklerykalnego szamba. Ten spontaniczny odruch serca kazał im potępić kościół w tempie błyskawicznym, wręcz galopującym, zaledwie kilkadziesiąt minut po pojawieniu się wyżej opisanej informacji w serwisach prasowych. I może nawet uwierzyłbym w autentyczność tego zrywu ateistycznego sumienia, gdyby nie jego zastanawiająca selektywność.
Otóż należy spytać te gorejące serduszka, gdzie były gdy kolejni przywódcy nie jakiegoś tam odległego Watykanu, ale Polski lizali końcówkę pleców Wladimirowi Putinowi, człowiekowi odpowiedzialnemu za regularny, liczony już w setkach tysięcy ofiar holokaust narodu czeczeńskiego? Ano siedzieli cicho. Bo milczący nad łamaniem praw człowieka w Tybecie papież zasługuje na krytykę zaś wymieniający kurtuazyjne uściski ze sprawcą morderstw politycznych i eksterminacji całych społeczności Tusk czy Kwaśniewski, nie zasłużyli, ani ze strony centrali ateistycznej na Czerskiej, ani ze strony jej wyznawców nawet na słowo komentarza. A to wszystko mimo faktu, że Stolica Apostolska nie raz już zajmowała stanowisko w kwestii Tybetu, w odróżnieniu od polskich władz, które nad Czeczenią wymownie przez lata milczały, aż do czasu gdy kilka słów prawdy na ten temat wygarnął Putinowi Kaczyński, po latach rządów polityków, którym słowa "prawa człowieka" i "demokracja" nie schodziły z ust. A zatem wrażliwość na ludzkie cierpienie nie w każdym przypadku każe tym ateistom tak samo mocno reagować. Tybetańczycy zasłużyli na ochronę, Czeczeńcy już nie.
Sumienia niektórych ateistów są więc selektywne, a selektywność owa jest zdeterminowana - a jakże! - poglądami politycznymi. I tutaj wracamy do clue problemu: nasze "lewicowe" gorejące serduszka, które na codzień wycierają se gębę prawami człowieka i demokracją, to tzw. ateiści instytucjonalni, polityczni i dialektyczni. Dokładnie tacy sami jacy wyhodowani byli w realnym socjaliźmie, który dla uzasadniania swojego relatywizmu i (nie)sprawiedliwości społecznej posługiwał się dialektycznymi sztuczkami. Dla dzisiejszych posowieckich (mentalnie i często również metrykalnie) ateistów tą dialektyką jest pseudofilozoficzna atrapa "ateizmu" i "agnostycyzmu", która służy tylko po to by skrywać jedyny postulat jaki im przyświeca, tj. postulat walki klasowej realizujący się w okładaniu kościoła.



Komentarze
Pokaż komentarze (33)