Szalenie wzrusza mnie ten patetyczny ton połajanek i gróźb kierowanych przeciwko Kaczorowi, który postanowił dopieścić swój radiomaryjny elektorat i nadąć się na modłę obrońcy suwerenności narodowej. Zarzuca się mu bowiem, że próbuje "handlować Polską", "okłamywać Polaków" i wykorzystywać "antyeuropejskie i antyniemieckie fobie". Za tą maską podniosłych haseł i oskarżeń kryje się bowiem prymitywna gra partyjna i taktyka unikania demokratycznego dyskursu.
Te trąby jerychońskie z Gazety Wyborczej, TVN-u i Platformy Obywatelskiej, w które zadęła po raz kolejny zagranica oczekująca rychłego i bezkonfliktowego przeprowadzenia swojego pomysłu o nazwie Państwo Europa, zarzucając Kaczorom "grę traktatem" same tym traktatem pogrywają, w sposób - śmiem przypuścić - znacznie bardziej niebezpieczny niż Kaczor. O ile bowiem ten ostatni chce przekonać część swoich mniej rozgarniętych, a narodowo nastawionych wyborców, że jest Ordonem stojącym na reducie polskiej niepodległości, a zatem przyświeca mu cel głównie propagandowy, to trąby jerychońskie pogrywają sobie wartością znacznie poważniejszą niż public relations, to jest - przepraszam za podniosły ton - suwerennością kraju i samostanowieniem jego mieszkańców.
W jednej z tych pustych debat politycznych, których słuchanie urąga inteligencji przeciętnego obywatela, poseł Niesiołowski - w ramach retorycznego pytania do "pana posła Ryszarda Kalisza" - stwierdził, że "nie będziemy ulegać szantażyście Kaczyńskiemu". Swoją drogą, warto zauważyć tę różnicę w określaniu przez Niesiołowskiego Kalisza i Kaczora, co pokazuje jak długą i wyboistą drogę przeszedł pan Niesiołowski w swojej ewolucji politycznej. Ale wracając do rem-u, to w słowach tych odbija się wszechobecny, kategoryczny i nie znoszący nie tylko sprzeciwu ale polemiki w ogóle, ton jedynie słusznej wizji Polskiej obecności w Unii Europejskiej, i wizji Unii jako takiej. Zarówno media, jak i koalicja wprowadzająca nas do nowego państwa europejskiego (PO-PSL-LiD) nie tyle zamknęły arbitralnie co nawet nie dopuściły do otwarcia dyskusji publicznej na ten temat. A przecież, gdy wczytać się choćby pobieżnie w zapisy traktatu lizbońskiego, to ma on w praktyce znacznie większe znaczenie niż sam fakt akcesji z Unią, gdyż proklamuje zrzeczenie się pewnych sfer suwerenności przez niepodległe państwo i przekazanie ich organizacji międzynarodowej, w której to państwo ma (a na pewno wkrótce będzie miało) głos znikomy.
Cokolwiek by nie mówić o postawie Kaczorów w ostatnich dniach (że poniewczasie, że hipokrycka itd.), to jest to próba wywołania dyskusji nad tą kwestią. Media nie tylko przemilczają i hamują merytoryczny spór wokół filozofii jaka przyświeca pomysłowi dalszej integracji, co wręcz poganiają Tuska by zmusił prezydenta do ratyfikacji traktatu jak najszybciej. Niesłychanie symptomatyczny jest przedwczorajszy tekst Mirosława Czecha, polityka UW oddelegowanego do pracy na odcinku dziennikarskim w Wyborczej, który z bacikiem stoi nad Platformą i groźnie tupie trzewiczkiem:
"Im dłużej będą trwały dywagacje na temat sposobu ratyfikacji traktatu lizbońskiego, tym lepiej dla PiS. Dlatego PO powinna twardo dążyć do jak najszybszego przyjęcia traktatu przez Sejm."
Proszę zwrócić uwagę, że panu Czechowi przeszkadzają przedłużające się "dywagacje" nad tym traktatem, co w sposób oczywisty, dla umiejących czytać między wierszami i znających publicystykę Wyborczej, oznacza chęć uniknięcia dyskusji na ten temat za wszelką cenę. Co więcej, tak samo jak Kaczor podnosi raban głównie dla swych partyjnych celów, tak i salon chce unikać dyskusji z powodów stricte partyjnych, czego w swej buńczuczności nawet nie ukrywa ("...tym lepiej dla PiS") Już sam tytuł tego tekstu, napisany w formie zdania rozkazującego "Traktat przyjąć przed świętami", jest raczej komendą wydawaną przez oficera swojemu szeregowemu niż próbą argumentacji. Oczywiście tym oficerem nie jest pan Czech, tylko ten kto go sprostytuował i nakazał kolportować swoje rozkazy. Zresztą premier Tusku doskonale te rozkazy wykonuje, bo przecież już zapowiedział, że Kaczorom "nie odpuści tego", a tym czymś jest próba wydobycia na wierzch pytania o zasadność pewnych uregulowań traktatowych. Ta sama gazeta, tuż (dosłownie kilka godzin) po orędziu prezydenta stanowiącym merytoryczny głos w tej tłumionej za wszelką cenę dyskusji, pokazała, że mówienie o ewentualnych zagrożeniach płynących z traktatu lizbońskiego nie popłaca, prezentując najnowsze sondaże i tytułując je "59 procent Polaków źle ocenia prezydenta". Chciał - to ma.
Padają tu i ówdzie głosy, że traktat lizboński jest tylko kosmetycznie zmienioną konstytucją europejską, odrzuconą przez narody: francuski i holenderski. Jest to zarzut fundamentalny, tj. stawiający zarówno dyrektoriat europejski jak i nasze władze w pozycji antydemokratycznych oszustów, którzy widząc niechęć społeczeństw do dalszej integracji, postanowiły ominąć ich wolę i bez przeprowadzania referendów tej integracji i tak dokonać. Abstrahuję od tego, czy jest to zarzut słuszny czy nie. Chodzi mi o to czy ktokolwiek w Polsce przeprowadził publiczną debatę na jego temat, choćby taką jak miała miejsce w 2004 r. przed referendum akcesyjnym? Czy ten zarzut nie wymaga publicznej debaty? A gdzieżby! Wszak "dywagacje" są zbędne, a w dodatku korzystne dla PiS.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)