"Pisowscy prokuratorzy" złapali właśnie Petera Vogla*. Sukces ten odtrąbiła Julia Pitera. W czasach gdy ocena medialnych przechwałek ze zwycięstw rządu nad światem przestępczym zależy od tego, jaka partia ów rząd tworzy, niesłychane znaczenie odgrywa język, a ściślej rzecz ujmując sofistyka.
Argumentum ad pisorum, polega na spacyfikowaniu niewygodnych postaci poprzez uwikłanie ich w politykę. Mieliśmy już licznych "pisowskich dziennikarzy", by wspomnieć znane powszechnie ze swej uległości i wazeliniarstwa łajzy w postaci Wildsteina czy Ziemkiewicza, mamy i "pisowskich prokuratorów". Ten ostatni termin na określenie śledczych awansowanych tudzież utrzymanych na stanowiskach przez Ziobrę, wprowadziła niezawodna Gazeta Wyborcza, która, na czym jak na czym, ale na błyskawicznym ściganiu przestępstw zna się wybitnie, co udowodniła negocjując miesiącami z Rywinem łapówkę i aż do fiaska owych negocjacji sprawę utajniając. Oczywiście dla prokuratora, któremu przylepiona jest łatka partyjnego nie pozostaje nic innego jak zmienić zawód, bo już do końca życia roznosił będzie wokół siebie polityczny smrodek. Smrodek, który puszczał w eter Ziobro na konferencjach prasowych poświęcanych zatrzymaniu tego lub owego gagatka. Tych złych konferencjach - przypomnę Państwu, gdyby ktoś jeszcze nie zdążył załapać, że po 21 października ubiegłego roku nastał czas konferencji dobrych.
I nagle okazuje się, że ci "pisowscy prokuratorzy" nie tylko uprawiają politykę, ale też ścigają przestępców. Ba, ścigają z doskonałym skutkiem nie byle kogo bo samego "kasjera lewicy", który jest jak znalazł dla partii rządzącej. Tak się bowiem przypadkowo składa, że postkomuniści zaczynają być malutkim, ale kluczowym języczkiem u wagi w sprawach dla miłościwie nam panujących istotnych lub wręcz fundamentalnych. Pierwsza to odzyskanie służb, które się były tak rozpierzchły (vide likwidacja WSI), że ich recydywa wymagać będzie ingerencji ustawowej. A jak wiadomo, ustawa podlega prezydenckiemu wetu, do którego uwalenia komuchy potrzebne są jak powietrze. Jeszcze ciekawiej jest ze skokiem na media. Tutaj bowiem tzw. lewica dosyć otwarcie prezentuje swoje wątpliwości - języczek nie może przechylić szali na żadną ze stron, zwłaszcza że zarówno PiS jak i PO kuszą - co tu dużo mówić - rozsądnymi argumentami. No i jest nadal zagrożenie prezydenckiego weta do ustawy ratyfikującej traktat lizboński, które samo się nie obali, co jest okolicznością tym bardziej naglącą, że zagranica tupie mocno nóżkami swych przedstawicieli w osobach Springera i Agory.
I w sytuacji, gdy tak bardzo niepewne wydaje się współdziałanie lewicy we wszystkich tych dziełach, w ręce Platfusów wpada jej kasjer, świadek jej przewin i grzechów, o czym przekonuje zawodowy kłamca prezio krzycząc z przestrachem w przekrwionych oczach "Bzdura!". Nie ma bowiem - jak mówi stara ludowa mądrość - bardziej wrażliwego miejsca, w którym mężowie stanu umieściliby swój honor aniżeli okolice kroku, czyli... kieszeń pełna lewej kasy. A zatem Platfusy trzymają komuchów za Vogla, czyli Ptaszka, w przededniu kluczowych dla ich rządu decyzji, o których powodzeniu zdecyduje głos komuszy. Czyż to nie sytuacja komfortowa? Zwłaszcza, że tego Ptaszka dostarczają Platformie "pisowscy prokuratorzy".
Czy zatem od dziś można już nazywać ich "prokuratorami platfusowymi"?
__________________________________
*) niem. ptak



Komentarze
Pokaż komentarze (8)