Na początku wszystko było poukładane jak należy. Rolę lewicy miał odgrywać SLD, zaś centroprawicy - Unia Wolności. Ponieważ ta ostatnia uważała się za główną autorkę projektu III RP, większą nawet od Czesława Kiszczaka, to kontestowanie tego ustroju było możliwe jedynie z pozycji "lewicowych". I tak powstał matriks.
Z biegiem lat matriks obrastał w kolejne warstwy, wykwitał kolejnymi buforami w postaci nieformalnych nakazów, zakazów, koncesji i tabu, których nagięcie i przekroczenie skazywało sprawcę na różne formy banicji. Matriks wykształcił własny system obronny, działający nienagannie: krytykować III RP mogła Trybuna ("20 tysięcy ludzi zamarzło w ciągu roku"), NIE, a gruszki na wierzbie mógł obiecywać Miller. Gdy jednak tego samego próbowali Macierewicz lub Kaczyński, czekał ich bądź to elektryczny młotek i kilkanaście dziur w kołach samochodu, bądź to opinia pedofila (w najlepszym razie pedała), bądź to rola dyżurnego oszołoma. Nad wszystkim, rzecz jasna, czuwały służby, które w momentach krytycznych, brały sprawy w swoje ręce. I nawet nie mam tu na myśli podręcznikowego przykładu grupy Lesiaka, ale choćby kryzys związany z aferą Orlenu, kiedy to błyskawiczne a wyssane z palca oskarżenie przez ABW (pozdrawiamy pana Barcikowskiego, przywróconego właśnie do łask przez Premieru Tusku) asystenta przewodniczącego komisji śledczej o szpiegostwo na rzecz KGB zapewne niejednemu śledczemu dało wiele do myślenia. Tak samo jak okoliczność, że tenże przewodniczący Gruszka, po wypiciu filiżanki herbaty, wziął, upadł i już się był nie podniósł do dnia dzisiejszego.
Układ doskonale chronił się przed agresją z zewnątrz, nie potrafił jednak obronić się przed sobą samym, czego przykładem była afera Rywina. W tym czasie już dokonywała się klęska "prawicy", szarganej co i rusz kolejnymi lustracyjnymi listami, groźbą "spadających aureoli" i przygniecionej ciężarem własnego ego. Gdy, poza fasadą demokratyzmu, runęła także fasada politycznego podziału na "lewicę" i "prawicę", oba skrzydła tej fasady, najzupełniej słusznie przeświadczone, że działają w tym samym zespole, postanowiły ratować się poprzez formalne zjednoczenie, które ukazało prawdziwe intencje obu stron, określone jeszcze na długo przed Okrągłym Stołem, podczas słynnej rozmowy Jacka Kuronia z oficerem SB, Lesiakiem, odpowiedzialnym później za ochronę matriksu.
Dziś ten formalny sojusz się rozpada. I można by pomyśleć, że jest to tylko standardowe przegrupowanie szeregów w matriksie, w ramach odkrywania kolejnych plansz tej samej fasady, gdyby nie fakt, że lud, mimo "pałowania świadomości" (cyt. z pewnego męża stanu III RP), zaczął odróżniać prawicę od prawicy fasadowej, a o lewicy postkomunistycznej wypowiedział się dosyć dobitnie w kolejnych już wyborach. Ta fasada jest więc prawdopodobnie nie do odbudowania. Planszę trzyma już kto inny: udaje "prawicę" wymachując silikonowym penisem i wykonując każde polecenie płynące z zewnątrz, dzięki czemu popiera go zagranica; paraliżuje lustrację, dekomunizację i zapowiada wzmacnianie oligarchii pozostawiając jej setki miliardów rocznie jako szaber na zgliszczach TVP, dzięki czemu zyskuje poparcie bezpieczniackich mediów, na których szpaltach i ekranach prężą się plansze nowej fasady. Czyżby więc SLD i Partia Demokratyczna były już niepotrzebne?
Nic bardziej mylnego. Wkrótce bowiem i ten matriks się wytrze i zużyje, a może i nawet doczeka się swojego Rywina. A wtedy musi czekać już ktoś, kto przejmie rząd dusz. Przegrupowana "lewica" będzie się do tego nadawać idealnie. Musi tylko wymienić kilka twarzy i odkurzyć socjalne broszurki z 1993 roku.



Komentarze
Pokaż komentarze (22)