1. Dziś dość krótko ale - mam nadzieję - treściwie. Rzecz dotyczy pojęcia kompromisu oraz, w ogólności, problemu neutralności światopoglądowej, czy też raczej: pewnego sposobu współżycia w jednym społeczeństwie ludzi o różnych sposobach myślenia.
2. W najprostszym (ale i chyba z drugiej strony najczęstszym) przypadku spotykają się ludzie, którzy na daną kwestię światopoglądową mogą wykazać jedną z trzech reakcji - jestem za, jestem przeciw, jest mi to obojętne. Czasem w ogóle jedna z odpowiedzi nie ma racji bytu i ścierają się osoby prezentujące tylko postawę zdecydowaną i obojętną. Wariantem postawy obojętnej może być postawa prywatyzacyjna - uzależnienie decyzji od partykularnej postawy zainteresowanego. Można mnożyć przykłady takich konfliktów światopoglądowych w społeczeństwie. Na przykład problem wyrażania poglądów religijnych, a z bardziej aktualnych: problem nauczania religii w szkołach, należą do opisanej kategorii. Inne przykłady to kwestia aborcji, czy eutanazji.
3. Skupmy się na razie na tym ostatnim przykładzie. Ścierają się tutaj najczęściej dwie postawy: moralizująca, która opiera się na przyjęciu pewnego zestawu norm zewnętrznych (które zwolennicy uważają za obowiązujące powszechnie), oraz prywatyzująca: pozostawiająca kwestię wyboru osobie zainteresowanej. Ta druga postawa należy do kategorii obojętnej bowiem na ogół prezentowana jest przez ludzi, którzy nie mają żadnego bezpośredniego interesu w danej kwestii. NA tym przykładzie widać, że rodzaj podejmowanej decyzji zależy od przyjęcia jakichś przekonań światopoglądowych lub nie.
4. A o czym właściwie chciałbym napisać? Ano o moim zdaniem błędnym rozumieniu postawy kompromisu światopoglądowego. Częste rozumowanie wygląda następująco:
skoro masz jakieś normy moralne (których ja nie mam) to je sobie stosuj, ale ja nie będę. Natomiast powszechnie niech normy nie będą ustalana, bowiem niektórzy mają ich szerszy, a niektórzy węższy zakres.
Jest to zasada, którą nazywam zasadą najmniejszego mianownika. Jeżeli spotyka się w jednym miejscu grupa osób o dużej i rozbudowanej etyce, pełnej rozmaitych założeń i przekonań, oraz grupa ludzi pozostająca na problemy (załóżmy dla obu grup nie bezpośrednio istotne) obojętna - to jest: mająca stosunkowo mało ustalonych przekonań, zwykliśmy uznawać, że grupa mająca mniej przekonań jest bardziej neutralna. Innymi słowy: zwykliśmy intuicyjnie uznawać, żę lepiej jest w przestrzeni publicznej nie ustanawiać jakichś norm, bowiem narzucenie jakiejś normy komuś, kto jej nie ma, jest złe, podczas gdy prywatne przekonanie nie jest naruszane przez brak powszechnej akceptacji.
5. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda dość racjonalnie. Rzeczywiście ludzie na ogół intuicyjnie twierdzą, że narzucanie komuś normy, której on nie ma jest niedopuszczalne lub przynajmniej powinno się tego unikać, jeśli można. Jeśli nie trzeba narzucać ludziom norm zachowań to sie tego robić nie powinno. Tak jest sprawiedliwie - ten, kto nie chce normy nie musi jej stosować, a ten, kto chce i tak może...
6. Pojawiają sie jednak problemy: co, jeśli nie stosowanie jakiejś normy jest uznane za rażące? Przykład: poszanowanie obiektów kultu lu tego typu idei... Ci, którzy uważają, że nie wolno używać wizerunku bóstw jakichś religii nie są na ogół zmuszani do takiej działalności... ale co z tymi, którzy nie czują się normą związani? Czy wolno im używać wizerunku bóstw dowolnej religii w dowolny sposób???
7. Jeśli zastosowalibyśmy konsekwentnie zasadę najmniejszego wspólnego mianownika, uzyskalibyśmy wniosek, że sprawiedliwa jest sytuacja, w której norma szacunku dla wizerunku bóstwa NIE JEST narzucona. Tzn. przestrzega ten, kto chce... Tyle, że z logicznego punktu widzenia, oznacza to, że tej normy... nie ma w ogóle! Wybranie opcji obojętnej, czy też prywatyzacyjnej, prowadzi de facto do zaniku sensu normy jako takiej. Tabu nie może istnieć jeśli jest dowolne! Czy to oznacza, że tego typu postawy społeczne są niedopuszczalne?
8. Jak zwykle pełna konsekwencja w stosowaniu jakiejś zasady prowadzi do katastrofy... przyjrzyjmy się dokładniej: najmniejszy mianownik to de facto zestaw tych przekonań, które nie sa wszystkim członkom społeczeństwa obojętne. Ale zawsze znajdzie sie ktoś, komu jakaś norma będzie obojętna! Kryterium ilości zwolenników nie pomaga... Bo ile to jest wystarczająco dużo? Czy w kraju, w którym jest więcej wierzących niż ateistów można żądać od ateistów okazywania szacunku wizerunkom bóstw? Czy jeśli liczba wyznawców jakiejś religii spadnie poniżej 50% to to już wystarczy do zlikwidowania takiej normy społecznej?
9. W samej idei najmniejszego wspólnego mianownika kryje się pułapka. Zasada ta z góry bowiem faworyzuje tych, którzy mają mniej ustalonych norm społecznych. De facto zasada ta promuje ludzi obojętnych na zachowania innych ludzi - z obojętności czyni cnotę. Mamy więc ukryte w zasadzie wartościującej założenie, że mniej znaczy lepiej. Ale idąc tym tropem moglibyśmy dojść do wniosku, że skoro im mniej tym lepiej, to najlepiej w ogóle! Społeczeństwo, które pozostaje całkowicie obojętne na charakter zachowań swoich obywateli byłoby idealne - byłoby to społeczeństwo całkowicie neutralne światopoglądowo.
10. Czy tego typu obojętność jest równoznaczna z tolerancją? Śmiem wątpić...
11. Zwrócę też uwagę na jeszcze jeden istotny aspekt całej sprawy: najkorzystniejsze rozwiązania znowuż dotyczą paradoksu więźnia. Najkorzystniej bowiem pozostawać w stanie obojętności wtedy, gdy wszyscy inni mają możliwie dużo różnych norm i przekonań. Tym samym najwygodniej jest głosić potrzebę wolności przestrzeni publicznej od narzucanych norm, ale samemu narzucać je innym. Kiedy wchodzę w dyskusje na temat tolerancji i neutralności światopoglądowej, to mam wrażenie, że tak naprawdę rzecz sprowadza sie do tego, żeby nie tyle zobojętnić pewne normy społeczne, ale raczej narzucić swoje. Jak zwykle lepiej jest być tym, który narzuca, niż tym, któremu coś narzucają...
12. I taki to jest kompromis



Komentarze
Pokaż komentarze (8)