Z uśmiechem na ustach przyjąłem słowa Gábora Vony, szefa węgierskiego Ruchu na rzecz Lepszych Węgier. Na wczorajszym, pierwszym w 2013 roku zjeździe Jobbiku padła dość ciekawa deklaracja.
"Musimy stworzyć Polsko-Węgiersko-Chorwacki sojusz! Z północy na południe, od morza do morza, jedną oś Wschodnioeuropejską"
Dość szybko informacja trafiła do narodowych portali i fanpage`ów w Polsce. Co z tego wyniknęło? W skrócie ujmą to słowa - euforia. Czyli wszystko pięknie i wspaniale? Skądże. Zaraz po "zalajkowaniu" szerokie grono "ekspertów" zwanych również użytkownikami rozpętało "dyskusję" na kształt przyszłego sojuszu. Jeden użytkownik przypomina, że Polaków łączą bliskie relację z Serbią, która w delikatny sposób mówiąc nie pała miłością do Chorwacji. Inny ostrzega, że może to zaszkodzić relacją z Rumunią, której zachodnie tereny są etnicznie węgierskie. Jeszcze ktoś inny wspomina o biednej i małej Słowacji, która w planach Vony dziwnym trafem nie znalazła miejsca. Pomimo różnicy opinii wszystkich łączyło jedno - hurraoptymizm w realizacji tego celu. Wiadome jest, że słów zwykłych ludzi, którzy nie są decydentami, podobnie jak w obecnej chwili Ruch Narodowy, nie można brać dosłownie, ale można głębiej zastanowić sie nad sensem słów Węgra i ich możliwością realizacji. W obecnych czasach, gdy prawdę powiedziawszy samodzielnie działające państwa (szczególnie małe kraje wschodniej Europy) nie mają zbyt wielkiego glosu i siły przebicia regionalne sojusze są niezbędne. Nie chodzi mi broń Boże o Unię Europejską, która jest wypaczeniem wszelakich zasad równości między krajami, lecz o coś, co w dwudziestoleciu międzywojennym lansowano jako "Międzymorze". W tamtym czasie to niewypaliło, z wielu względów. Dzisiaj może być jeszcze ciężej, ze względu na konflikty lokalne, które przybrały na silę (min. te o których była mowa kilka wersów wcześniej). Czy jednak to całkowicie blokuje możliwość powstania czegoś przynajmniej na wzór sojuszu?
Punktem wyjścia może okazać się Grupa Wyszehradzka. Organizacja czterech państw (początkowo oczywiście trzech) powstała celem wspólnej polityki integracyjnej z Europą, zwalczania pozostałości po systemie, budowanie demokracji i niegenerowanie wyżej wspomnianych już konflików. Idea może wydawać się piękna. Grupa kilku państw, dla wspólnego dobra łączy się w grupę. Jednak piękność, w dużej mierze dzięki UE zbrzydła, bo na tle tego potwornego giganta prezentuje się raczej miernie. Powodem może być właśnie ta "małość" Grupy. 4 państwa, na tle 27 (plus kilka kandydujących) to bardzo mało. Dodatkowo te 4 państwa wchodzą w skład tego molocha. A co, gdyby państwa Europy Wschodniej we własnym, niemałym gronie zdecydowały się na współpracę bez zgniłych wzorców z Anglii, Francji czy Niemiec?
Nasz kraj na zachodzie "przejechał się wiele razy". Mimo to uparcie do niego dążymy. Przypomina to sytuację, gdy jakieś dziecko chce się przypodobać starszym kolegą, dostaje od nich "po pysku", ale nadal chce z nimi przystawać. Naszej tzw. "elity" chyba nic nie nauczyły przypadku rozbiorów, powstań, Września 39 czy Jałty. Mimo, że za każdym razem zachód wypinął na nas swe szanowne cztery litery, my nadal chcemy do nich. A gdyby tak zmienić orientację nie na zachód, nie na wschód, lecz na południe? Czy to nie Czesi i Litwini wspomagali nas w walce z Krzyżakami? Czy to nie z Serbii przybyli ludzie, dzięki którym zaczęła tworzyć się nasza wspaniała Husaria? Czy to nie Węgrzy przez Rumunię wysyłali nam broń w 1920 roku? Czy to nie w 2 wyżej wymienionych krajach nasi żołnierze nie znaleźli pomocy, gdy musieli wycofywać się przed hitlerowskim i sowieckim agresorem? Czy to o czymś nie świadczy? Ile jeszcze świat musi nam udowadniać, że dla zachodu i wschodu Polska nic nie znaczy?
Argumenty, że Polska, Węgry, Chorwacja, Serbia, Czechy to małe i nic nie znaczące kraje są wręcz absurdalne. Owszem, pojedyńczo ciężko mówić o potędze, ale razem? Czy zjednoczona, lecz nie sfederalizowana Wschodnia Europa nie ma będzie miała znaczenia? Oczywiście, że będzie. Silny głos sojuszniczych państw może mieć ogromne znaczenie. To właśnie zachód próbuje nam wszystkim wmówić, że to nie ma sensu. Im nie jest na rękę koncepcja powstania czegoś, co może uniezależnić "marchie wschodnie". Trzeba jednak zadać pytanie, czy nasi sąsiedzi są gotowi na współpracę z nami innymi krajami?
Największym problemem, o czym mówiłem na początku mogą być spory terytorialne. Polscy narodowcy niezbyt głośno o tym mówią, lecz głęboko w sercu chcą powrotu do Macierzy Lwowa, Grodna i Wilna, które zostały nam zabrane przez czerwonego bandytę. Do tego dochodzą kwestie Wołynia i mordów dokonywanych przez UPA oraz akcja "Wisła". Jakby tego było mało narodowcy z ukraińskiej Swobody, głośniej niż my o Kresy rządają "oddania" (sic!) im Nadsania. Wniosek jest prosty, nie ma mowy o porozumieniu, dopóki te kwestie nie zostaną rozwiązane, niestety niekorzystnie dla innych stron. Z Czechami raczej nas już nie dzieli Zaolzie, a ze Słowacją nie mieliśmy problemów raczej od Września 39, kiedy wkroczyli z Niemcami do Polski. A więc nieszczęsny wschód.
Kolejna część układanki Vony - Węgry.. Nasze narody łączy wielowiekowa przyjaźń Polak, Węgier - dwa bratanki...; Lengyel, Magyar – két jó barát... . Nie można tego kwestionować, więc w sprawie ewentualnego sojuszu między naszymi narodami nic nie powinno stanąć na przeszkodzie. Jobbik przyjeżdża na Marsz Niepodległości, Polacy jeżdżą na Węgry. Nasi kibice robią "prowęgierskie" oprawy, Węgrzy "propolskie". Wygląda wręcz idealnie. Jednak weźmy pod uwagę sąsiadów Madziarów. Słowacja, nazywana przez potomków Arpada "Podgórzem" została przez Vonę zręcznie pominięta. Niezapominajmy jednak, że ten kraj istnieje. Czy więc przyszły sojusz będzie miał dzielić mur w postaci małego, tatrzańskiego państwa? A może Węgrzy odpuszczą? W to również bym wątpił, gdyż "Felvidek" jak w swoim języku określa się południową część Słowacji ma znaczenie podobne jak dla Polaków Lwów. Jednak przypominam, że sojusz miałby opierać się na wzajemnym szacunku. A o to będzie ciężko. Kolejna sprawa to Rumunia i Siedmiogród zamieszkały przez Szeklerów. Obszar już raz został odzyskany, za sprawą Hitlera. Węgrzy jednak ciągle pragną by ich "rodowe" ziemie wróciły w skład Magyarorszagu. Wojwodina to kolejne sporne terytorium. Spora mniejszość węgierska w Serbii posiada nawet swoją autonomię. Jednak w rzeczywistości może okazać się, że to za mało. Tak samo jak my chcemy powrotu Grodna, tak i Węgrzy chcieliby odzyskać kształ państwa na wzór Wielkich Węgier.
Przyszła kolej na Chorwację. A tu od razu na myśl przychodzi wojna domowa w Jugosławii. Wzajemna nienawiść serbsko-chorwacka ciągnie się już od II Wojny Światowej i rządów Ante Pavelicia, który mówiąc dość łagodnie "zwalczał" Serbów. Kolejne stadium to wspomniana przed momentem wojna domowa. Potęgują ją jeszcze organizacje osądzające zbrodniarzy wojennych, z obu stron, z tą różnicą, że do tych chorwackich podchodzą z mniejszym zapałem. Ostatnio zwolniono dwóch chorwackich generałów: Ante Gotovinę i Mladena Markaća. Ujmując to najdelikatniej jak mogę - Serbowie nie byli zadowoleni. Nie ma więc co przedłużać. Sojusz chorwacko-serbski jest niemożliwy.
Sprawa Serbii w Polsce ma jednak inne oblicze. Polscy nacjonaliści solidaryzują się z Serbami w sprawie Kosowa, do którego porówują Ruch Autonomii Śląska. Wygląda więc przyjaźnie. Ale pamiętajmy, że w planach Vony Serbia została pominięta, gdyż jej udział w sojuszu jest niewygodny zarówno dla Węgier jak i oczywiście dla Chorwacji. A patrząc na równość to jednak większość ma prawo głosu. A tu mamy dwa do jednego przeciw Serbii.
Pozostaje Rumunia o której już poniekąd wspomniałem. Węgrzy roszczą sobie prawa do Siedmiogrodu i Transylwanii, co może okazać sie podobną kością niezgody jak Lwów w kwestii polsko-ukraińskiej. Jednak jest mniejsze napięcie niż między Chorwacją a Serbią. Tu nie było wojny, mordów, ludobójstw et cetera, et cetera. Porozumienie jest możliwe, jednak znowu jedna strona musi ustąpić.
Cała sprawa jak widać jest bardzo, ale to bardzo skomplikowana. Można oczywiście wszystko zrobić bez jakichkolwiek ingerencji w granice, ale jestem pewien, że sytuacja będzie napięta wzajemnymi podejrzeniami i patrzeniem z boku. Serb z Chorwatem nie będzie chciał współdziałać, Węgier będzie co chwilę zerkał na Kluż a Ukrainiec myślał o wyprawie za Bug. Sytuacja w której jest wilk syty i owca cała wydaje się niemożliwa. A tu trzeba mówić o grupie, która jest wobec siebie szczera i gotowa pomóc drugiemu. Nie potrzeba wschodnioeuropejskiej UE, gdzie jest jeden hegemon, dwoje giermków i dwudziestorokilku służących. Każdy kraj musi mieć ten sam głos, nieważne czy jest duży jak Polska czy mały jak Słowacja. Oczywiście wszystko było analizowane z narodowego punktu widzenia, który przy negocjacjach okazałby się niezbędny.
I tu wracamy do pana Gábora, który wczoraj w bardzo, ale to bardzo inteligentny sposób określił problem. Możliwe są dwa rozwiązania. Pierwsze to sojusz państw przyjaźnie do siebie nastawionych. Druga opcja to brak sojuszu i kolejne lata zależności od Berlina i Brukseli. Węgierski polityk w gruncie rzeczy wie na czym stoi i dlatego pominął Słowację, Rumunię i Serbię. Wie, że z tymi państwami możnaby wiele ugrać ale i sporo stracić. Wzajemna niechęć mogłaby doprowadzić do wysadzenia sojuszu od środka, podobnie jak stało się z Jugosławią. Pozostaje więc wspomniana wyżej trójka, do której można dołączyć Słowenię czy Czechy. Cała piątka nie ma chyba ran, które można rozdrapać poprzez rozmowy, więc cały sojusz byłby bezpieczny.
Problemem byłoby tylko połączenie terytorialne Czech i Polski z południowymi "aliantami". Na przeszkodzie stoi niestety Słowacja. Likwidacja państwa jest niedopuszczalna, gdyż cały fundament oparcia na braterstwie trafi szlag. A więc pozostają negocjacje i ustępstwa, na które trzeba się zgodzić. Niezapominajmy, że w skład opisanej kilka akapitów wyżej Grupy Wyszehradzkiej jednak obok Węgier i Czech znajduje się Słowacja. Można? Można. Słowacja, więc musi bezapelacyjnie znaleźć się w czymś łączącym Polskę i Węgry. Bezapelacyjnie.
Dużo było o relacjach, ale trzeba też pomyśleć o samej konstrukcji sojuszu. Zwykły sojusz militarny czy coś więcej? Nie daj Boże federacja, lecz czy konfederacja nie byłaby złym wyborem? Sama definicja tego słowa to grupa utworzona do wspólnych celów. Nie mamy więc Stanów Zjednoczonych Europy Wschodniej, gdzie kraj jest zepchnięty do roli prowincji, lecz konkretne ogniwa tworzące całość. Mamy więc twór złożony razem z 6 państw (gwoli przypomnienia: Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Słowenia i Chorwacja). Każde państwo ma równy głos w sprawach wojskowych i gospodarczych. Państwa są suwerenne, każde jest w sojuszu z własnej, nieprzymuszonej woli. Brak barier celnych umocni rozwój gospodarki między wszystkimi krajami. Polski węgiel będzie mógł trafić do Węgier, skąd do Chorwacji trafi wino Tokaj a stamtąd do Polski chwalone przez Słońce Peru chorwackie truskawki. Wzajemna pomoc, bez oskarżeń i ataków, z jakimi mamy do czynienia w pogrążonej kryzysem Grecji.
Pozostaje kwestia sojuszu militarnego. Cała szóstka należy do NATO. Czy jednak powstanie własnego porozumienia, bez odejścia z giganta jest niemożliwe? Czy tak naprawdę NATO jest w stanie zaoferować naszym krajom pomoc? Czy rzeczywiście będzie chciało "umierać za Gdańsk". Na żadną wojnę się nie zanosi, ale pamiętajmy, że doświadczenia już mamy, a i widzimy co tak właściwie się dzieje w samym NATO. Maszynka do prywatnych interesów kilku państw "pomaga" tam, gdzie jest ropa. A czy w Polsce, Słowenii czy na Węgrzech mamy czarne złoto? No pewnie, że nie. Jeśli jest, to nie w takich ilościach, które satysfakcjonowałyby Waszyngton. Wniosek jest prosty. Nie mamy gwarancji bezpieczeństwa, podobnie jak nie mieliśmy w 1939 roku. Tymczasem to kraje, które podałem za przykład nie są egoistyczne i w razie potrzeby są w stanie połaczyć siły. Chorwacja wspólnie ze Słowenią walczyła z Serbami. Węgrzy pomagali Polakom w 1920 a, gdyby była możliwość w 1956 Polacy ruszyliby na pomoc Budapesztowi. Intencje są szczerze, jeśli cel jest wspólny. A taki cel ma ta koncepcja. Podniesienie na wartości głosu państw Europy Wschodniej.
Czy miałoby to szansę przetrwać? Właściwie każdy kraj odpowiada za siebię i w razie zagrożenia może podjąć decyzję o opuszczeniu grupy, jak już mówiłem wyżej. Trwałby więc tak długo jak długo reszta państw byłaby tym zainteresowana. Nic na siłę, zero szantaży, gróźb i sankcji. Międzymorze może więc się spełnić, trzeba tylko połączenia sił. Póki by istniał byłby przeciwwagą do Rosji Putina czy UE Merkel i Baroso. W końcu przestalibyśmy być pomagierami Europy a z głosem sojuszniczej Warszawy, Lubjany i Budapesztu zaczętoby się liczyć, przynajmniej na płaszczyźnie europejskiej. O światowej raczej nie, bo nawet UE nie jest traktowana jako równy partner przez USA czy Chiny.
Moje przemyślenia nie są raczej gotowym projektem, bo ten w realizacji musiałby zostać opracowany przez ekspertów ze wszystkich dziedzin. Powyższy tekst to raczej zarys, który w mojej ocenie jest możliwy do realizacji. Czy tak jest? Zostawimy przyszłości.



Komentarze
Pokaż komentarze (21)