Mirnal Mirnal
297
BLOG

Euro to doskonała polisa ubezpieczeniowa naszych oszczędności

Mirnal Mirnal Gospodarka Obserwuj notkę 66
Brak euro w Polsce to sabotaż kolejnych polskich rządów. W razie otwartego konfliktu zbrojnego realna wartość nabywcza oszczędności milionów Polaków drastycznie spadnie, co uczyni nas bezbronnymi finansowo jeszcze przed pierwszym strzałem. Podczas gdy Bułgaria i kraje bałtyckie chronią się w potężnym basenie o wartości 15 bilionów euro, my zostajemy w narodowej wannie, którą byle kryzys może wywrócić do góry dnem. Czas przestać traktować walutę jako symbol dumy narodowej, a zacząć widzieć w niej jedyną skuteczną tarczę antykryzysową dla portfeli zwykłych obywateli.

Metafora: wanna (złoty) vs. basen (euro)

Podczas pokoju: Własna waluta to wanna. Możemy sami kontrolować w niej temperaturę wody (stopy procentowe). Jest nam w niej wygodnie, a gdy chcemy pomóc eksportowi, lekko wychlapujemy wodę (osłabiamy kurs).

Podczas kryzysu/wojny: Wystarczy, że duży gracz podstawi nam nogę, czyli wstawi tę kończynę do naszej wanny, a poziom wody gwałtownie wzrośnie i wszystko się wylewa (inflacja i dewaluacja). Euro to potężny basen. Nawet wstrząs w jednym kraju jest w nim ledwie zauważalną falką. Skala i płynność euro chronią nas przed spekulacją, która niszczy małe waluty, takie jak złoty czy forint.


Bezpieczeństwo w czasie wojny - lekcja z historii

Pamięć roku 1939: Historia uczy brutalnie – w momencie inwazji, waluty lokalne państw podbitych przez III Rzeszę (np. złoty, frank) stają się coraz mniej wartą makulaturą. Tylko waluty globalne (wówczas dolar, dziś euro) zachowują siłę nabywczą.

Zapis cyfrowy: W 2026 roku nasze oszczędności to nie banknoty, lecz zapisy na serwerach. Jeśli Polska będzie w strefie euro, nasz majątek jest częścią systemu Europejskiego Banku Centralnego. Nawet jeśli granica zostanie naruszona, nasze euro na koncie w chmurze są tak samo bezpieczne i warte tyle samo nie tylko w Paryżu, Lizbonie czy Berlinie, ale nawet na całym świecie. Złoty w takim scenariuszu traci wartość z godziny na godzinę.


„Euro to drożyzna przy naszych zarobkach”

Matematyka vs emocje: Przyjęcie euro to operacja czysto techniczna, jak denominacja z 1995 roku. Wówczas płace, oszczędności i ceny podzielono przez 10 000, a mogliśmy przez 100, jak również przez każdą inną rozsądną liczbę. Jeśli podzielimy ceny przez ok. 4 (kurs euro), ale także nasze pensje i oszczędności, siła nabywcza się nie zmieni, ale gwarancje wartości nabywczej oszczędności gwałtownie się umocnią.

Bułgarzy właśnie wprowadzili euro. Podzielili wszystko przez ok. 2 (kurs lewa). Nikt nie stał się biedniejszy. Zakupy Niemców czy Litwinów w Polsce wynikają z niższych kosztów pracy u nas, a nie z faktu posiadania złotówki. Euro po prostu uczyni te różnice bardziej przejrzystymi.


„Jesteśmy za biedni na euro”

Błędne myślenie: Wielu sądzi, że aby mieć euro, trzeba zarabiać jak Niemiec. To błąd logiczny. Waluta to tylko termometr – nie ona tworzy temperaturę (bogactwo), ona ją tylko mierzy.

Dowód z USA: W jednym systemie dolarowym funkcjonuje bogate Massachusetts ($85 tys. rocznie) i biedne Missisipi (po polsku raczej Misysypia, ang. Mississippi; $46 tys. rocznie). Czy to drugie chce własnej waluty? Nie, bo dolar daje im stabilność.

Można by postawić problem inaczej - gdyby podczas powstawania Stanów Zjednoczonych, każdy stan miał swoją lokalną walutę, to dzisiaj czy dolar miałby swoją moc? Mieszkańcy biednych stanów nie zgadzaliby się na wprowadzenie dolara, powołując się na powszechny w Polsce a błędny argument - swoje niższe zarobki? To absurdalne, jednak tak sądzą miliony naszych rodaków! I wówczas może powstałyby Wielkie Stany z dolarem oraz kilkanaście stanów z lokalnymi walutami i jak to wyglądałoby dzisiaj? Jednak koszmarnie, zatem nie kroczmy tą drogą!


Amerykańska lekcja, której nie odrobiliśmy

Gdyby stany USA pozostały przy lokalnych walutach (co działo się w bardzo krótkim okresie po wojnie o niepodległość, zanim wprowadzono jednolitego dolara), dzisiejsza potężna Ameryka byłaby gospodarczym karłem. Handel między Nowym Jorkiem a Teksasem wymagałby wymiany walut, co hamowałoby rozwój. Każdy stan byłby osobno atakowany przez spekulantów. Misysypia z własną walutą byłaby dziś prawdopodobnie na poziomie gospodarczym państw Ameryki Środkowej, a nie częścią światowego mocarstwa. W USA nikt nie uzależniał wspólnej waluty od wyrównania płac. Wręcz przeciwnie – wspólna waluta pomogła wyrównać szanse, bo kapitał z bogatego stanu mógł bezpiecznie płynąć do biedniejszego (brak ryzyka, że zainwestowane dolary stracą na wartości przez dewaluację lokalnej).

Jeśli chcemy dogonić zachodnie bogate państwa UE, musimy stosować to samo stabilne paliwo - euro. Trzymanie się złotówki to jak budowanie nowoczesnej gospodarki na drewnianych kołach – wprawdzie jedziemy, ale przy każdej większej dziurze (kryzys/wojna) koło pęka, a pasażerowie (ciułacze) spadają z wozu i ponownie próbują wgramolić się na pojazd.

Portoryko to terytorium z dolarem USA; tamtejsze zarobki są na poziomie ok. $22-25 tys., czyli niemal identycznym, jak obecne zarobki Polaków (ok. $26 tys. rocznie). Skoro oni mogą mieć stabilnego dolara, Polska tym bardziej może mieć stabilne euro.

Ekwador zrezygnował z własnej waluty na rzecz dolara USA i ma stabilną gospodarkę z dwukrotnie niższą od nas inflacją.


A może w Polsce wprowadźmy euro tylko w wybranych regionach?

Historia Stanów Zjednoczonych uczy, że jedność walutowa biednych i bogatych stanów była fundamentem ich późniejszej potęgi. Patriotyczne podtrzymywanie naszego złotego („ bo mamy zbyt niskie zarobki”), to prosta droga do pozostania na marginesie gospodarczym i wystawienie oszczędności Polaków na ryzyko przepadku.

Skoro w USA są duże dysproporcje zarobkowe pomiędzy stanami (a jednak mają wspólną walutę), to na przekór tej logice (i zgodnie z wolą konserwatystów) można by w Polsce wybrać rejony o lepszej gospodarce i tam wprowadzić euro (skoro raczej ubożsi i słabiej wykształceni rodacy chcą bohatersko a patriotycznie pozostać przy naszej narodowej walucie i argumentują dysproporcjami płacowymi). Skutek dla bogatych regionów - stałyby się potężnym magnesem dla globalnego kapitału, inwestorzy nie baliby się ryzyka kursowego, a oszczędności mieszkańców byłyby gwarantowane poprzez euro, natomiast biedniejsze regiony ze złotówką byłyby jeszcze uboższe, zaś ta lokalna waluta byłaby słabsza niż obecny złoty, bowiem nie byłaby solidarnie (jak dzisiaj) wspierana przez potężną gospodarkę bogatszych regionów, zatem inflacja uderzyłaby w najbiedniejszych jeszcze mocniej. Taki myślowy eksperyment zwiększa naszą sympatię do euro?

Jeśli w klasie byli uczniowie lepsi i gorsi, to średnio nawet to dobrze wyglądało, ale gdyby wybrać najlepszych i przenieść ich do elitarnych szkół?


Gwarancje depozytów - pozorne bezpieczeństwo złotówki

Gwarancja Bankowego Funduszu Gwarancyjnego do 100 tys. euro (na osobę i to w każdym z banków) wypłacana w złotówkach jest bezpieczna tylko w czasie pokoju. W razie konfliktu i gwałtownego spadku wartości złotego, otrzymasz sumę (tę samą w złotówkach), za którą kupisz ułamek tego, co przed wojną.

Posiadanie oszczędności w euro to ochrona ich realnej wartości. 100 tys. euro to zawsze 100 tys. euro na całym świecie, niezależnie od tego, co dzieje się z lokalną polityką, czy bezpieczeństwem granic.

Własna waluta to luksus na czasy spokoju, który pozwala nam na drobne manipulacje gospodarcze. Jednak w 2026 roku, żyjąc w cieniu globalnych napięć, euro przestaje być wyborem ekonomicznym, a staje się wyborem strategicznym. To finansowy odpowiednik przynależności do NATO – wspólna tarcza, która sprawia, że nasze ciężko zarobione pieniądze nie wyparują w jeden dzień z powodu decyzji na Kremlu czy paniki na giełdzie w Londynie.

W tej sytuacji można uznać, że każdy rząd (w tym Polski) niewprowadzający euro w miejsce lokalnej waluty, nieświadomie i niechcący wspiera Rosję, bowiem w razie otwartego konfliktu, wartość nabywcza oszczędności w lokalnych walutach drastycznie spadnie, co obniży poczucie bezpieczeństwa finansowego obywateli i będzie na rękę Kremlowi, a to już można uznać za sabotaż danego rządu, zwłaszcza państwa graniczącego z nieobliczalnym imperium.

Kilka państw posiadających euro a graniczących z Rosją oraz miliony ich obywateli, jest właściwie zabezpieczonych przed utratą oszczędności. Wystarczy zapytać Polaków i Ukrainów, czy woleliby mieć swoje ciężko zapracowane oszczędności w złotówkach i hrywnach w 1939 i 2022, czy jednak w światowych walutach. Mieszkańców Finlandii, Estonii, Łotwy, Litwy, Słowacji i Bułgarii nie trzeba o to pytać, bo oni świetnie wiedzą, że w razie napaści, nadal będą posiadać stabilną walutę.

Należałoby się zwrócić do UE, aby poluzowano obostrzenia przy wchodzeniu do strefy euro przez Polskę, zwracając uwagę na aspekt ratowania oszczędności współobywateli Unii w razie wojny - z pewnością Bruksela nie byłaby zainteresowana scenariuszem utraty swych oszczędności przez niemal 40-milionowy naród. Mało tego - należałoby w ekspresowym tempie opracować plan wejścia Ukrainy do tej strefy, co ustabilizowałoby finanse obywateli tego państwa, nawet przy pewnych obciążeniach dla Unii, co i tak wobec przyszłej pomocy dla tego państwa, byłoby logicznym a właściwym rozwiązaniem i przyspieszyłoby wejście do Unii. Jest szereg państw, które jednak wprowadziło euro bez spełnienia unijnych wymogów i nie doszło ani do dyplomatycznych animozji, ani do gospodarczych zapaści.


Skala jest porażająca

Całkowita wartość euro w obiegu (gotówka i depozyty) to ponad 15 BILIONÓW euro. To jest ten gigantyczny globalny basen. Na euro przypada ponad 20% światowych rezerw walutowych, co świadczy o jego potężnym zabezpieczeniu i zaufaniu.

Natomiast nasza wanna to gotówka i depozyty - w obiegu mamy zaledwie ok. 480 mld zł, co daje równowartość mniej niż 115 mld euro i ta proporcja jest dramatyczna - 15 bln euro do 115 mld euro (naszych złotych)! To właśnie ten iloraz (130:1) sprawia, że euro to nasza jedyna realna tarcza finansowa w tym niepewnym świecie. Porzućmy naszą wannę i wejdźmy do wspólnego basenu!

Waluta to nie tylko banknoty, to przede wszystkim ludzie. Za stabilnością muru pod nazwą euro stoi dziś 356 milionów obywateli, natomiast nasz złoty to zaledwie 38 milionów rąk podpierających chwiejący się murek.

Gdyby Polska i Ukraina dołączyły do tego muru, stworzylibyśmy potężną wspólnotę ponad 425 milionów ludzi. W takim układzie żadna spekulacja walutowa ani szantaż finansowy ze strony Kremla nie miałyby szans powodzenia. To nie jest już tylko kwestia ekonomii, to budowa europejskiej twierdzy finansowej, w której każdy z nas - od Sofii po Warszawę i Kijów - śpi spokojnie, wiedząc, że jego oszczędności są chronione przez siłę zasobów blisko pół miliarda ludzi.


Tak, kraj emitujący walutę odnosi korzyści

Dolar:

Emitent -Rezerwa Federalna USA oraz Departament Skarbu USA. Stany Zjednoczone zyskują na różnicy pomiędzy kosztem produkcji pieniądza a jego wartością nominalną oraz korzystają z ogromnej siły swojej waluty jako głównej waluty rezerwowej świata, co pozwala im to zadłużać się na preferencyjnych warunkach i finansować swoje potrzeby na całym globie.

Euro:

Emitent - Europejski Bank Centralny (EBC) we Frankfurcie nad Menem, we współpracy z narodowymi bankami centralnymi 21 krajów strefy euro. Całą UE zyskuje proporcjonalnie do ich udziału w kapitale EBC, zaś główną korzyścią jest stabilność, brak ryzyka kursowego w handlu wewnętrznym i wspólna, silna pozycja na rynkach światowych.


W czym Bułgaria jest lepsza od Polski?

To, że Bułgaria jest już w strefie euro, a Polska nie, to emocjonalnie jednak duży szok dla wielu rodaków, jednak to efekt różnicy w priorytetach politycznych, a nie w sile gospodarki. W rankingach ekonomicznych Polska bije Bułgarię na głowę, ale w rankingu „odporności na kryzysy geopolityczne” Bułgarzy właśnie nas wyprzedzili.

W 2008 roku na Forum Ekonomicznym w Krynicy Tusk zapowiedział wejście do euro w 2011/2012 roku. Plany te legły w gruzach z trzech powodów:

– Kryzys 2008 i załamanie rynków sprawiło, że Polska (jako jedyna w UE) utrzymała wzrost gospodarczy właśnie dzięki osłabieniu złotego, co pomogło eksportowi. To zbudowało w politykach przekonanie, że „własna waluta to skarb”;

– Do przyjęcia euro potrzeba 2/3 głosów w Sejmie, aby zmienić art. 227 Konstytucji RP. Tusk nigdy nie miał takiej większości, a PiS zawsze twardo blokowała tę zmianę;

– Polacy boją się wzrostu cen po wprowadzeniu euro, bowiem są straszeni przez wszystkich i kolejne pokolenie wysysa ten slogan z mlekiem matki, jednak rodzice już dawno zapomnieli o swoich dziadkach, którzy stracili oszczędności w złotych tuż po napaści na ojczyznę przez III Rzeszę.

Bułgarzy gospodarczo nie są lepsi - zarabiają średnio o połowę mniej niż Polacy, ale są lepsi w dwóch technicznych aspektach:

– dyscyplina budżetowa, bowiem Bułgaria od lat ma jeden z najniższych długów publicznych w UE (ok. 20-25% PKB, podczas gdy Polska ma ok. 50%);

– sztywny kurs, bowiem już dawno porzucili sympatię do swojej waluty, wiążąc ją sztywno z euro (dla nich wejście do strefy to była tylko formalność, dla Polski to zmiana całego modelu gospodarczego).

Jednak zysk z emisji złotówki, to grosze w porównaniu do strat, jakie poniesiemy, gdy w razie wojny złoty znakomicie straci swoją wartość. Czy wolimy zarabiać na drukowaniu papieru, którego nikt poza Polską nie chce, czy chcemy być częścią najsilniejszego banku na świecie?

Bułgar śpi spokojniej, wiedząc, że jego oszczędności są w walucie, której żaden agresor nie jest w stanie zniszczyć jednym dekretem. A Polska, lider regionu, wystawia nas na ryzyko walutowej katastrofy.


Brak strategii na scenariusz wybuchu wojny

Art. 227 Konstytucji mówi, że NBP odpowiada za wartość polskiego pieniądza, zatem pytanie do rządzących – „Jak zamierzacie tę wartość utrzymać, gdy inwestorzy zaczną masowo wyprzedawać złotego w obliczu rakiet spadających na terytorium kraju?”. Obecnie Polska nie posiada strategii, która w razie wybuchu wojny zamroziłby kurs złotego na poziomie sprzed konfliktu. W przeciwieństwie do euro, które jest stabilizowane przez EBC, złoty jest zdany na siły rynkowe, które w czasie wojny zawsze uciekają od walut lokalnych.


Niewprowadzenie euro w Polsce to w dzisiejszych czasach sabotaż!

Brak euro w Polsce to sabotaż kolejnych polskich rządów. W razie otwartego konfliktu zbrojnego realna wartość nabywcza oszczędności milionów Polaków drastycznie spadnie, co uczyni nas bezbronnymi finansowo jeszcze przed pierwszym strzałem. Czas przestać traktować walutę jako symbol dumy narodowej, a zacząć widzieć w niej jedyną skuteczną tarczę antykryzysową dla portfeli zwykłych obywateli.

Rodzi się ponadto pytanie do naszego rządu i do wszystkich partii odpowiedzialnych za losy (choćby tylko finansowe) - jaka jest strategia rządu RP w kwestii zabezpieczenia realnej siły nabywczej oszczędności Polaków w przypadku konfliktu zbrojnego, biorąc pod uwagę brak mechanizmów stabilizacyjnych, jakie daje przynależność do strefy euro.


Mirnal
O mnie Mirnal

Życzliwy wobec ludzi życzliwych, krytyczny wobec wielu zjawisk.*************************** Kind to kind people, critical of many phenomena.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (66)

Inne tematy w dziale Gospodarka