Tymczasem w lutym 2018 "prof. Wiesław Binienda wskazuje nam miejsca, gdzie zostały podłożone ładunki wybuchowe w Tupolewie".

Najbliżsi wspołpracowinicy przewodniczącego Macierewicza to oczywiście wiceprzewodniczący podkomisji Kazimierz Nowaczyk oraz uwieczniony na zdjęciu Wiesław Binienda. Robi się coraz weselej ponieważ "odrębni" w mało zawoalowany sposób sugerują, że to Binienda ma zwiazek z pojawieniem się w zaskakującym miejscu śladów matriałów wybuchowych. Spośród wszystkich współpracowników Macierewicza Binienda jest najbardziej zainteresowany znalezieniem argumentów na to, że urwanie fragmetu skrzydła nie było skutkiem uderzenia w brzozę. Konstrukcja dowodu, że znalezienie śladów materiałów wybuchowych w tym samym miejscu w drugim tupolewie też odpowiada jego inteligencji, według której brat prezesa nałogowo latał na lotniska, przed którymi rosną brzozy, z którymi samolot mógłby się zderzyć czym dałoby się zamaskować wybuch zamachowy.
W poprzednim donosie zwanym "zdaniem odrębnym" autorzy potwierdzili znany fakt, że wiceprzewodniczący podkomisji Nowaczyk sfałszował wykresy parametrów zapisanych w czarnej skrzynce.
W obecnym donosie pada sugestia, iż wiceprzewodniczący Binienda stoi za pojawienieim się śladów materiałów wybuchowych w skrzydle PLF 102.
Strach pomyśleć, co by było, gdyby Rosjanie oddali wrak i czarne skrzynki.
Niekomiczną wartością nowego donosu jest że "W tym dokumencie obecność materiału wybuchowego na elementach foteli (w PLF 102) tłumaczono możliwością skażenia przez żołnierzy jadących lub powracających z misji" bo to oznacza, że również do PLF 101 materiały wybuchowe znalezione na wszystkich fotelach nie zostały wniesione przez wszystkich członków delegacji i możemy odetchnąć z ulgą, że katastrofa smoleńska to nie było zbiorowe samobójstwo.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)