Tusk już od dawna wie, że skuteczność pisowskiego straszaka jest bliska zeru. Przy jego pomocy nie da się już wpływać ani na nastroje społeczne ani na sondażowe wyniki. Nie da się go wykorzystać do zdobywania przychylności wyborców, co jest dla Tuska z pewnością dramatycznym wnioskiem w obliczu szybko zbliżającego się terminu wyborów do Europarlamentu. Tusk doskonale wie, że porażka w tych wyborach byłaby początkiem serii porażek wyborczych.
W sukurs poszukiwaczom nowej politycznej amunicji dla PO przyszły wydarzenia na Ukrainie, które – być może jest to przypadek – nabrały rozpędu po rozpoczęciu przez Tuska pod koniec stycznia jego spotkań na najwyższym szczeblu w kilku europejskich stolicach. Zanim rozpoczął swoje tournee, wypowiadał się o Ukrainie raczej zdawkowo, ogólnikowo i wyczekująco, pomimo że protesty na Majdanie trwały już od listopada poprzedniego roku i przybierały na sile. Nie martwił się losem ludzi Majdanu, którzy stali na ponad 20-stopniowym mrozie narażeni na ustawiczne ataki tituszków. W tym samym czasie polski premier dopalał cygara w ciepłych promieniach alpejskiego słońca.
Po powrocie z urlopu w Szwajcarii Tusk stał się nagle gorącym orędownikiem sprawy ukraińskiej. Pojawił się również znikąd minister Sikorski. Obaj zaczęli surfować na wzrastającej fali międzynarodowej niechęci do Rosji, którą obwiniono o odejście prezydenta Janukowycza od europejskiej orientacji. Premier i szef dyplomacji zaczęli budować w Polsce atmosferę zagrożenia, czemu sprzyjały dynamiczne i tragiczne wydarzenia nie tylko w Kijowie.
Na efekty nie trzeba było długo czekać – w takich okolicznościach społeczeństwo zwykle skupia się wokół władzy. Sondażowe notowania partii rządzącej poszybowały zatem w górę. Tusk nadal w pełni korzysta ze sprzyjających wiatrów, którymi stały się wydarzenia na Krymie i budzące się równolegle niepokoje i rusofobiczne emocje w Polsce.
Ostatnio premier wezwał do siebie wojewodów i – jak dobry gospodarz – nakazał im przygotowanie się na zaostrzenie sytuacji na Ukrainie, które w jego opinii mogą spowodować w Polsce klęskę większą od klęsk żywiołowych. Pomijając niestosowność takiego porównania należy pamiętać, że w przypadku klęsk naturalnych nasze władze zawsze były nimi zaskoczone, nawet w sytuacji ich nieuchronności.
Powyższe przedsięwzięcia pokazują, w jaki sposób Tusk podgrzewa niepokoje w Polsce. Takich działań nie podejmuje obecnie żaden inny przywódca kraju wspólnoty europejskiej. Intencje Tuska są oczywiste: odbudowanie społecznego poparcia dla Platformy Obywatelskiej, która przystępuje do wyborów osłabiona licznymi aferami, oszustwami, nepotyzmen, oskarżeniami o załamanie finansów publicznych i wielu sfer gospodarki narodowej. Najważniejszym oskarżeniem jest jednak to, że obywatelom Polski żyje się coraz gorzej i nie widać po stronie partii rządzącej żadnej koncepcji ratunkowej ani kompetentnych ludzi, którym społeczeństwo mogłoby zaufać.
Wydarzenia na Ukrainie mają pozwolić Tuskowi na ustawienie bloków startowych dla PO przed innymi partiami. Miejmy nadzieję, że Polacy nie dadzą się zwodzić masce międzynarodowego trybuna sprawy ukraińskiej, którą Tusk przywdział jedynie dla doraźnych celów politycznych.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)