
Były drużyny, które wygrywały trofeami. Były drużyny, które wygrywały pieniędzmi. Były też takie, które wygrywały dlatego, że spotykały się od lat w każdą środę i sobotę na tym samym boisku. To właśnie o nich są te opowieści.
Nie jest to kronika wyników ani zbiór piłkarskich statystyk. To historia ludzi, charakterów i boiskowej filozofii, która rodziła się pomiędzy pierwszym gwizdkiem a ostatnim żartem w szatni. Niektóre wydarzenia są prawdziwe, inne zostały literacko dopowiedziane, ale wszystkie oddają ducha drużyny, dla której futbol był czymś znacznie większym niż dziewięćdziesiąt minut gry.
W tej części poznamy Albina – człowieka, który potrafił jednym zdaniem zakończyć każdą dyskusję o piłce, dowiemy się, dlaczego pogoda nigdy nie decydowała o rozegraniu meczu, przekonamy się, że kałuża może stać się najlepszą pomocą naukową do wyjaśnienia półprzestrzeni, a także zobaczymy, jak wygląda życie drużyny, w której największą presję wywierali... koledzy z własnej szatni.
Gdzieś na Śląsku, w latach dziewięćdziesiątych, kiedy asfalt jeszcze pamiętał gumę z trzewików roboczych, a piłki były ciężkie jak wyrzuty sumienia po sobotniej libacji, spotkali się Albin z Dziubkiem.
Nie spotkali się po to, żeby coś ustalić, tylko tak — jak spotykają się ludzie, którzy całe życie wiedzą, że prędzej czy później i tak będą stać na tym samym boisku.
Albin był kiedyś gwiazdą.
Nie taką, co świeci w telewizji, tylko taką, co świeci w oczach innych, kiedy mówi:
— Ty, ja w Ruchu grałem.
I wtedy wszyscy milkną, nawet ci, którzy wczoraj strzelili trzy bramki na orliku.
Dziubek nie grał w Ruchu.
Dziubek grał w życiu.
A życie, jak wiadomo, to pressing wysoki, ciągły i bez gwizdka.
— Trzeba by pograć — powiedział Dziubek.
— Ale tak porządnie — dodał Albin.
I to „porządnie” zawierało w sobie wszystko: taktykę, pot, ból kolan i strach przed tym, że znowu będzie się ostatnim do wyboru.
Tak powstali Oldboye.
O środach, sobotach i pogodzie, która nie miała nic do gadania
Grali w każdą środę i każdą sobotę, niezależnie od tego, czy:
lało jak z wiadra,
sypało jak w filmie radzieckim,
było gorąco jak w kotłowni,
wiało tak, że piłka wracała szybciej niż podanie zwrotne.
Grali w błocie, w kałużach, na zamarzniętej ziemi, gdzie piłka odbijała się jak myśl nieprzemyślana.
— Piłka nie zna pogody — mówił Albin.
— Zna tylko decyzję.
I to była pierwsza lekcja filozofii gry.
O presji Albina i strachu przed porażką we własnej drużynie
Najgorzej było przegrać z Albinem, grając z nim w jednej drużynie.
Bo przegrać przeciwko niemu — to jeszcze pół biedy.
Ale przegrać z nim obok — to była hańba metafizyczna.
Szczególnie przeżywał to Szachnit.
Szachnit chciał wygrać z Albinem bardziej niż cokolwiek innego w życiu. Nawet bardziej niż urlop w Chorwacji.
— On zawsze wie wcześniej — mówił Szachnit.
— On nie biega, on zajmuje przestrzeń — odpowiadał Heniek.
— A ja? — pytał Barony.
— Ty zajmujesz lodówkę — kończył Franki.
O tym, kto grał i dlaczego wszyscy grali inaczej
Grali wszyscy:
Heniek, Barony, Szycha, Franki.
Byli Króle i Kowale, Stiopy i Bartki, Henia różne, Ruski, Buły, Pustaki i pół drogowki.
Pawliki, Oprzody, Michy, Jacki, Artury i Seby.
Każdy miał swoją filozofię:
Heniek wierzył w długą piłkę,
Barony w drybling,
Szycha w przypadek,
a Albin w strukturę.
— Piłka to nie chaos — mówił Albin.
— Chaos to brak ustawienia.
O tym, jak Albin wytłumaczył półprzestrzeń przy pomocy kałuży
Tego dnia padało tak, że nawet piłka miała wątpliwości, czy chce się toczyć.
Boisko było w stanie filozoficznym: ani suche, ani mokre — egzystencjalnie grząskie. Kałuże nie były przeszkodą, tylko argumentem.
— Nie ma gry! — krzyknął Barony po trzecim podaniu, które zatrzymało się w wodzie jak myśl, która dotarła za późno.
— Jest gra — powiedział Albin spokojnie. — Tylko trzeba wiedzieć gdzie.
Wszyscy spojrzeli na niego z tym samym wyrazem twarzy, z jakim patrzy się na człowieka, który twierdzi, że w błocie da się prowadzić wykład.
Albin podszedł do największej kałuży.
Była idealna: głęboka, błyszcząca, bezdennie niewygodna.
— To jest środek — powiedział i wszedł w nią po kostki.
— Tu się nie gra.
— To gdzie się gra? — zapytał Szachnit, który zawsze pytał, ale nigdy tam nie stał, gdzie trzeba.
Albin przesunął się pół metra w bok.
Nie dużo. Tyle, żeby woda już nie chlupała.
— Tu — powiedział. — To jest półprzestrzeń.
— To jest bok — wtrącił Heniek.
— Nie — odparł Albin. — Bok to ucieczka. Półprzestrzeń to decyzja.
Zapadła cisza.
Taka, jaka zapada, gdy ktoś przypadkiem powie coś mądrego.
Szachnit spróbował zrozumieć.
Stanął w kałuży.
— Nie da się — powiedział po chwili.
— Właśnie — skinął głową Albin. — Dlatego nie stoisz w środku.
Szycha, który zwykle grał „na czucie”, przesunął się obok kałuży i nagle dostał piłkę, której nikt się nie spodziewał.
— Patrzcie — powiedział Franki. — On ma czas.
— Bo nie stoi w wodzie — wyjaśnił Albin. — Czas rodzi się z przestrzeni, a przestrzeń z myślenia.
Młodzi z okręgówki, Wesa i Odro, patrzyli z niedowierzaniem.
— My zawsze biegamy szeroko — powiedział Wesa.
— Bo boicie się środka — odpowiedział Albin. — Środek boli. Półprzestrzeń tylko straszy.
Książka, który tego dnia i tak strzelił dwa gole, podszedł i zapytał:
— A ja gdzie mam stać?
Albin spojrzał na niego długo.
— Ty możesz stać nawet w kałuży. Ale reszta nie.
To była najkrótsza definicja klasy piłkarskiej, jaką ktokolwiek słyszał.
Zagrali dalej.
I nagle piłka zaczęła omijać wodę, jakby sama zrozumiała teorię.
Podania były krótsze, celniejsze, a ludzie przestali wpadać na siebie bez sensu.
Szachnit przestał biegać.
I właśnie wtedy był najbliżej wygrania z Albinem.
— To nie jest filozofia — mruknął Barony.
— Jest — poprawił go Albin. — Tylko taka, co ma buty.
Po meczu stali w deszczu i pili herbatę z termosu.
Nikt nie wygrał.
Ale wszyscy coś zrozumieli, choć nikt nie potrafił tego powtórzyć.
Szachnit spojrzał na kałużę jeszcze raz i powiedział:
— Czyli całe życie stałem w środku?
— Nie — odpowiedział Albin. — Stałeś tam, gdzie wszyscy. To gorsze.
I wtedy przestało padać.
O wielkich gwiazdach, gwiazdeczkach i tych, co mogli tylko patrzeć
Gwiazdy w Oldboyach były różne.
Były wielkie, były średnie, były takie, co świeciły tylko w opowieściach,
i byli tacy, co świecili cudzym światłem, stojąc odpowiednio blisko.
Na samej górze był Albin.
Człowiek-instytucja.
Wybrany do jedenastki stulecia Ruchu, cztery razy mistrz Polski i jedyny, który potrafił spojrzeć na boisko tak, jakby widział następne dwie akcje.
— On nie gra — mówiono.
— On zarządza przestrzenią.
Albin nie biegał.
Albin oszczędzał historię.
Potem byli Banan i Szalik.
Dwóch mistrzów Polski z Legią.
Nazwiska, które w szatni działały jak podniesiony głos.
Banan poszedł najdalej.
Zagrał nawet w Bundeslidze.
— Ale zapomniał koszulki — dodawano zawsze.
— I to mu złamało karierę — kończył ktoś poważnie.
Banan twierdził, że koszulka była, tylko system jej nie przewidział.
Byli też tacy, co dotknęli nieba reprezentacji:
Banan, Bizak, Gilu.
Nie na długo.
Na tyle, żeby wiedzieć, że to niebo istnieje
i że potem już zawsze jest trochę za nisko.
Niżej, ale solidnie, stali ligowcy:
Szachnit, Oprząd, Masta, Zadyl, Franki.
Ludzie, którzy:
wiedzieli, gdzie stanąć,
kiedy kopnąć,
i komu nie podawać.
— Solidność — mówił Albin.
— To niedoceniana gwiazda.
A potem przyszli ligowcy z IV ligi.
Głodni.
Szybcy.
Z ambicją, która mieściła się w torbie sportowej.
— My też graliśmy ligę — mówili.
— Tak — odpowiadał Dziubek. — Ale liga to nie wszystko.
Reszta patrzyła.
Z podziwem.
Z zazdrością.
Z bezpiecznej odległości.
Bo nie każdy musi grać z gwiazdą.
Niektórzy muszą wiedzieć, że ona tam jest,
żeby mieć o czym opowiadać po meczu.
Najlepsze było to, że na boisku wszystko się wyrównywało.
Albin mógł przegrać sprint.
Banan mógł zapomnieć koszulki.
Szalik mógł zagrać źle.
A IV-ligowiec mógł strzelić gola życia.
— Piłka nie uznaje CV — mówił Albin.
— Uznaje moment.
I dlatego w Oldboyach gwiazdy świeciły,
gwiazdeczki migotały,
ligowcy biegali,
a reszta miała oczy szeroko otwarte.
Bo czasem największym przywilejem w piłce
nie jest zagranie meczu,
tylko możliwość zobaczenia, jak ktoś inny robi coś, czego ty nigdy nie zrobisz
— i opowiedzenia o tym tak,
jakbyś był tam o krok od historii.
O egzystencji szatni i o tym, że czasem zamiast wody wystarczy Francja
Szatnia istniała niezależnie od filozofii.
Była bytem samym w sobie.
Pachniało w niej wszystkim naraz:
starymi korkami,
nowymi korkami,
koszulkami, które pamiętały lepsze czasy,
i ludźmi, którzy pamiętali jeszcze więcej.
Prysznic był wiecznie zajęty.
Nie przez kogoś konkretnego — przez system.
Woda była:
albo zimna,
albo gorąca,
albo już jej nie było.
Nie każdy zdążył się okąpać.
Niektórzy tylko zmieniali koszulkę.
Inni udawali, że tak miało być.
I wtedy wchodził Szycha.
Nagle wszystko się zmieniało.
Nie zapach — atmosfera.
Zamiast potu pojawiała się nuta czegoś,
co nie miało prawa znaleźć się w szatni przy bocznym boisku.
Francja.
Elegancja.
Nowa kolekcja.
— Co to jest? — pytał ktoś nieśmiało.
— To ja — odpowiadał Szycha.
Bo Francuzi, jak wiadomo,
zamiast mycia wymyślili perfumy.
Wersal nie miał wody,
ale miał ambicję.
I Szycha tę ambicję kontynuował.
Jego kreacje były zawsze najnowsze.
Koszulka — dopasowana.
Spodenki — świadome swojej roli.
Gesty — wyuczone, ale naturalne.
Poruszał się po szatni jak po wybiegu.
Między ławkami, torbami i klapkami.
— Model — mruknął Barony.
— Ekshibicjonista — dodał Zibi.
— Artysta — poprawił Dziubek.
Kiedyś, jak był młodszy,
młode dziewczyny wzdychały.
Teraz…
teraz wzdychanie było bardziej selektywne,
ale nadal obecne.
Szycha lubił przyciągać uwagę.
Wymachiwał tym i owym —
ręką, spojrzeniem, opowieścią.
Nigdy przypadkiem.
Zawsze z premedytacją.
A na boisku?
Na boisku był prawdziwy Szycha.
Nie model.
Nie zapach.
Gol.
Pojawiał się tam, gdzie trzeba.
Znikał, gdy nie trzeba było biegać.
Uderzał czysto.
— To było ładne — mówiono.
— Jak on sam — dodawał ktoś złośliwy.
Po meczu Szycha znowu wchodził do szatni.
Wody już nie było.
Prysznic nadal zajęty.
Zapach wracał.
Ale na chwilę —
dzięki niemu —
szatnia przypominała miejsce,
gdzie nawet pot może udawać elegancję.
A Szycha?
Szycha był dowodem na to,
że w futbolu — jak w życiu —
czasem nie trzeba się myć,
wystarczy dobrze pachnieć i strzelić gola.




Komentarze
Pokaż komentarze