modus in actu modus in actu
91
BLOG

Opowieści z szatni i boiska

modus in actu modus in actu Sport Obserwuj notkę 0
Piłka nie znosi głupców

image

Były drużyny, które wygrywały trofeami. Były drużyny, które wygrywały pieniędzmi. Były też takie, które wygrywały dlatego, że spotykały się od lat w każdą środę i sobotę na tym samym boisku. To właśnie o nich są te opowieści.

Nie jest to kronika wyników ani zbiór piłkarskich statystyk. To historia ludzi, charakterów i boiskowej filozofii, która rodziła się pomiędzy pierwszym gwizdkiem a ostatnim żartem w szatni. Niektóre wydarzenia są prawdziwe, inne zostały literacko dopowiedziane, ale wszystkie oddają ducha drużyny, dla której futbol był czymś znacznie większym niż dziewięćdziesiąt minut gry.

W tej części poznamy Albina – człowieka, który potrafił jednym zdaniem zakończyć każdą dyskusję o piłce, dowiemy się, dlaczego pogoda nigdy nie decydowała o rozegraniu meczu, przekonamy się, że kałuża może stać się najlepszą pomocą naukową do wyjaśnienia półprzestrzeni, a także zobaczymy, jak wygląda życie drużyny, w której największą presję wywierali... koledzy z własnej szatni.

Gdzieś na Śląsku, w latach dziewięćdziesiątych, kiedy asfalt jeszcze pamiętał gumę z trzewików roboczych, a piłki były ciężkie jak wyrzuty sumienia po sobotniej libacji, spotkali się Albin z Dziubkiem.

 Nie spotkali się po to, żeby coś ustalić, tylko tak — jak spotykają się ludzie, którzy całe życie wiedzą, że prędzej czy później i tak będą stać na tym samym boisku.

Albin był kiedyś gwiazdą.

 Nie taką, co świeci w telewizji, tylko taką, co świeci w oczach innych, kiedy mówi:

 — Ty, ja w Ruchu grałem.

I wtedy wszyscy milkną, nawet ci, którzy wczoraj strzelili trzy bramki na orliku.

Dziubek nie grał w Ruchu.

 Dziubek grał w życiu.

 A życie, jak wiadomo, to pressing wysoki, ciągły i bez gwizdka.

— Trzeba by pograć — powiedział Dziubek.

 — Ale tak porządnie — dodał Albin.

 I to „porządnie” zawierało w sobie wszystko: taktykę, pot, ból kolan i strach przed tym, że znowu będzie się ostatnim do wyboru.

Tak powstali Oldboye.

O środach, sobotach i pogodzie, która nie miała nic do gadania

Grali w każdą środę i każdą sobotę, niezależnie od tego, czy:

lało jak z wiadra,

sypało jak w filmie radzieckim,

było gorąco jak w kotłowni,

wiało tak, że piłka wracała szybciej niż podanie zwrotne.

Grali w błocie, w kałużach, na zamarzniętej ziemi, gdzie piłka odbijała się jak myśl nieprzemyślana.

— Piłka nie zna pogody — mówił Albin.

 — Zna tylko decyzję.

I to była pierwsza lekcja filozofii gry.

O presji Albina i strachu przed porażką we własnej drużynie

Najgorzej było przegrać z Albinem, grając z nim w jednej drużynie.

Bo przegrać przeciwko niemu — to jeszcze pół biedy.

 Ale przegrać z nim obok — to była hańba metafizyczna.

Szczególnie przeżywał to Szachnit.

 Szachnit chciał wygrać z Albinem bardziej niż cokolwiek innego w życiu. Nawet bardziej niż urlop w Chorwacji.

— On zawsze wie wcześniej — mówił Szachnit.

 — On nie biega, on zajmuje przestrzeń — odpowiadał Heniek.

 — A ja? — pytał Barony.

 — Ty zajmujesz lodówkę — kończył Franki.

O tym, kto grał i dlaczego wszyscy grali inaczej

Grali wszyscy:

Heniek, Barony, Szycha, Franki.

 Byli Króle i Kowale, Stiopy i Bartki, Henia różne, Ruski, Buły, Pustaki i pół drogowki.

 Pawliki, Oprzody, Michy, Jacki, Artury i Seby.

Każdy miał swoją filozofię:

Heniek wierzył w długą piłkę,

Barony w drybling,

Szycha w przypadek,

a Albin w strukturę.

— Piłka to nie chaos — mówił Albin.

 — Chaos to brak ustawienia.

O tym, jak Albin wytłumaczył półprzestrzeń przy pomocy kałuży

Tego dnia padało tak, że nawet piłka miała wątpliwości, czy chce się toczyć.

 Boisko było w stanie filozoficznym: ani suche, ani mokre — egzystencjalnie grząskie. Kałuże nie były przeszkodą, tylko argumentem.

— Nie ma gry! — krzyknął Barony po trzecim podaniu, które zatrzymało się w wodzie jak myśl, która dotarła za późno.

 — Jest gra — powiedział Albin spokojnie. — Tylko trzeba wiedzieć gdzie.

Wszyscy spojrzeli na niego z tym samym wyrazem twarzy, z jakim patrzy się na człowieka, który twierdzi, że w błocie da się prowadzić wykład.

Albin podszedł do największej kałuży.

 Była idealna: głęboka, błyszcząca, bezdennie niewygodna.

— To jest środek — powiedział i wszedł w nią po kostki.

 — Tu się nie gra.

— To gdzie się gra? — zapytał Szachnit, który zawsze pytał, ale nigdy tam nie stał, gdzie trzeba.

Albin przesunął się pół metra w bok.

 Nie dużo. Tyle, żeby woda już nie chlupała.

— Tu — powiedział. — To jest półprzestrzeń.

— To jest bok — wtrącił Heniek.

 — Nie — odparł Albin. — Bok to ucieczka. Półprzestrzeń to decyzja.

Zapadła cisza.

 Taka, jaka zapada, gdy ktoś przypadkiem powie coś mądrego.

Szachnit spróbował zrozumieć.

 Stanął w kałuży.

— Nie da się — powiedział po chwili.

 — Właśnie — skinął głową Albin. — Dlatego nie stoisz w środku.

Szycha, który zwykle grał „na czucie”, przesunął się obok kałuży i nagle dostał piłkę, której nikt się nie spodziewał.

— Patrzcie — powiedział Franki. — On ma czas.

— Bo nie stoi w wodzie — wyjaśnił Albin. — Czas rodzi się z przestrzeni, a przestrzeń z myślenia.

Młodzi z okręgówki, Wesa i Odro, patrzyli z niedowierzaniem.

— My zawsze biegamy szeroko — powiedział Wesa.

 — Bo boicie się środka — odpowiedział Albin. — Środek boli. Półprzestrzeń tylko straszy.

Książka, który tego dnia i tak strzelił dwa gole, podszedł i zapytał:

 — A ja gdzie mam stać?

Albin spojrzał na niego długo.

 — Ty możesz stać nawet w kałuży. Ale reszta nie.

To była najkrótsza definicja klasy piłkarskiej, jaką ktokolwiek słyszał.

Zagrali dalej.

 I nagle piłka zaczęła omijać wodę, jakby sama zrozumiała teorię.

 Podania były krótsze, celniejsze, a ludzie przestali wpadać na siebie bez sensu.

Szachnit przestał biegać.

 I właśnie wtedy był najbliżej wygrania z Albinem.

— To nie jest filozofia — mruknął Barony.

 — Jest — poprawił go Albin. — Tylko taka, co ma buty.

Po meczu stali w deszczu i pili herbatę z termosu.

 Nikt nie wygrał.

 Ale wszyscy coś zrozumieli, choć nikt nie potrafił tego powtórzyć.

Szachnit spojrzał na kałużę jeszcze raz i powiedział:

 — Czyli całe życie stałem w środku?

— Nie — odpowiedział Albin. — Stałeś tam, gdzie wszyscy. To gorsze.

I wtedy przestało padać.

O wielkich gwiazdach, gwiazdeczkach i tych, co mogli tylko patrzeć

Gwiazdy w Oldboyach były różne.

 Były wielkie, były średnie, były takie, co świeciły tylko w opowieściach,

 i byli tacy, co świecili cudzym światłem, stojąc odpowiednio blisko.

Na samej górze był Albin.

 Człowiek-instytucja.

 Wybrany do jedenastki stulecia Ruchu, cztery razy mistrz Polski i jedyny, który potrafił spojrzeć na boisko tak, jakby widział następne dwie akcje.

— On nie gra — mówiono.

 — On zarządza przestrzenią.

Albin nie biegał.

 Albin oszczędzał historię.

Potem byli Banan i Szalik.

 Dwóch mistrzów Polski z Legią.

 Nazwiska, które w szatni działały jak podniesiony głos.

Banan poszedł najdalej.

 Zagrał nawet w Bundeslidze.

— Ale zapomniał koszulki — dodawano zawsze.

 — I to mu złamało karierę — kończył ktoś poważnie.

Banan twierdził, że koszulka była, tylko system jej nie przewidział.

Byli też tacy, co dotknęli nieba reprezentacji:

 Banan, Bizak, Gilu.

 Nie na długo.

 Na tyle, żeby wiedzieć, że to niebo istnieje

 i że potem już zawsze jest trochę za nisko.

Niżej, ale solidnie, stali ligowcy:

 Szachnit, Oprząd, Masta, Zadyl, Franki.

Ludzie, którzy:

wiedzieli, gdzie stanąć,

kiedy kopnąć,

i komu nie podawać.

— Solidność — mówił Albin.

 — To niedoceniana gwiazda.

A potem przyszli ligowcy z IV ligi.

 Głodni.

 Szybcy.

 Z ambicją, która mieściła się w torbie sportowej.

— My też graliśmy ligę — mówili.

 — Tak — odpowiadał Dziubek. — Ale liga to nie wszystko.

Reszta patrzyła.

 Z podziwem.

 Z zazdrością.

 Z bezpiecznej odległości.

Bo nie każdy musi grać z gwiazdą.

 Niektórzy muszą wiedzieć, że ona tam jest,

 żeby mieć o czym opowiadać po meczu.

Najlepsze było to, że na boisku wszystko się wyrównywało.

Albin mógł przegrać sprint.

 Banan mógł zapomnieć koszulki.

 Szalik mógł zagrać źle.

 A IV-ligowiec mógł strzelić gola życia.

— Piłka nie uznaje CV — mówił Albin.

 — Uznaje moment.

I dlatego w Oldboyach gwiazdy świeciły,

 gwiazdeczki migotały,

 ligowcy biegali,

 a reszta miała oczy szeroko otwarte.

Bo czasem największym przywilejem w piłce

 nie jest zagranie meczu,

 tylko możliwość zobaczenia, jak ktoś inny robi coś, czego ty nigdy nie zrobisz

 — i opowiedzenia o tym tak,

 jakbyś był tam o krok od historii.

O egzystencji szatni i o tym, że czasem zamiast wody wystarczy Francja

Szatnia istniała niezależnie od filozofii.

 Była bytem samym w sobie.

Pachniało w niej wszystkim naraz:

starymi korkami,

nowymi korkami,

koszulkami, które pamiętały lepsze czasy,

i ludźmi, którzy pamiętali jeszcze więcej.

Prysznic był wiecznie zajęty.

 Nie przez kogoś konkretnego — przez system.

Woda była:

albo zimna,

albo gorąca,

albo już jej nie było.

Nie każdy zdążył się okąpać.

 Niektórzy tylko zmieniali koszulkę.

 Inni udawali, że tak miało być.

I wtedy wchodził Szycha.

Nagle wszystko się zmieniało.

Nie zapach — atmosfera.

Zamiast potu pojawiała się nuta czegoś,

 co nie miało prawa znaleźć się w szatni przy bocznym boisku.

Francja.

 Elegancja.

 Nowa kolekcja.

— Co to jest? — pytał ktoś nieśmiało.

 — To ja — odpowiadał Szycha.

Bo Francuzi, jak wiadomo,

 zamiast mycia wymyślili perfumy.

 Wersal nie miał wody,

 ale miał ambicję.

I Szycha tę ambicję kontynuował.

Jego kreacje były zawsze najnowsze.

 Koszulka — dopasowana.

 Spodenki — świadome swojej roli.

 Gesty — wyuczone, ale naturalne.

Poruszał się po szatni jak po wybiegu.

 Między ławkami, torbami i klapkami.

— Model — mruknął Barony.

 — Ekshibicjonista — dodał Zibi.

 — Artysta — poprawił Dziubek.

Kiedyś, jak był młodszy,

 młode dziewczyny wzdychały.

Teraz…

 teraz wzdychanie było bardziej selektywne,

 ale nadal obecne.

Szycha lubił przyciągać uwagę.

 Wymachiwał tym i owym —

 ręką, spojrzeniem, opowieścią.

Nigdy przypadkiem.

 Zawsze z premedytacją.

A na boisku?

Na boisku był prawdziwy Szycha.

Nie model.

 Nie zapach.

 Gol.

Pojawiał się tam, gdzie trzeba.

 Znikał, gdy nie trzeba było biegać.

 Uderzał czysto.

— To było ładne — mówiono.

 — Jak on sam — dodawał ktoś złośliwy.

Po meczu Szycha znowu wchodził do szatni.

 Wody już nie było.

 Prysznic nadal zajęty.

 Zapach wracał.

Ale na chwilę —

 dzięki niemu —

 szatnia przypominała miejsce,

 gdzie nawet pot może udawać elegancję.

A Szycha?

 Szycha był dowodem na to,

 że w futbolu — jak w życiu —

 czasem nie trzeba się myć,

 wystarczy dobrze pachnieć i strzelić gola.


To co jest, jest in actu, natomiast to, co jest inaczej niż w akcie - naprawdę nie jest.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Sport