Przed każdymi wyborami różne ośrodki zarzucają nas rozmaitymi badaniami. Przed wyborami w 2000 roku jeden z sondaży dotyczył wzrostu kandydatów. Okazało się, ze mający niewiele ponad 170 cm Aleksander Kwaśniewski jest (zdaniem reprezentatywnej grupy Polaków) WYŻSZY od Andrzeja Olechowskiego (198 cm)! W tym kontekście nie mogą dziwić wyniki badań wykształcenia - prawie magister Kwaśniewski był zdaniem badanych lepiej wykształcony, niz posiadający doktoraty Olechowski i Krzaklewski. Podobne wyniki uzyskiwano przed każdymi wyborami - w 2005 roku "dowiedzieliśmy" się, ze magister historii Donald Tusk jest lepiej wykształcony od ś.p. dr hab. Lecha Kaczyńskiego (prof nadzwyczajnego). Miałem wątpliwą przyjemność (krótkiej) pracy na uczelni: jak już student niczego nie umiał na tzw. poprawce, ostatnią szansą był dla niego "egzamin" z wiedzy ogólnej. Czego to ja się dowiedziałem (podam kilka przykładów): dla zdecydowanej większości stolicą USA jest Nowy Jork, Austerlitz to imię bizantyjskiego cesarza, najbogatszym krajem na świecie są Niemcy (często padało równiez USA, Rosja, Japonia - nikt nie wymienil Luksemburga, który wtedy bezapelacyjnie okupował I-e miejsce), zdecydowana większość nie wiedziała kto napisał Kordiana, podobnie jak nic jej nie mówiły nazwiska: Goethe, Walezy, Huserl, nie mówiąc o takich jak Cziczibabin, Amper czy Kirchhoff, o Chrobrym, Piłsudskim i Napoleonie większość potrafiła jedno zdanie powiedzieć. Mariusz Czarniecki, w pracy „W niewoli mediów” wydanej prawie dwadzieścia lat temu przywołuje wyniki badań, które mówią, że 60 proc. Polaków nie potrafi zrozumieć wiadomości podanej w dzienniku telewizyjnym, a połowa tych, którzy posiedli umiejętność czytania, nie rozumie prostej notatki w gazecie. Jest więcej, niż wątpliwe, że przez te 20 lat sytuacja uległa poprawie.
MO, pardon PO i "zaprzyjaźnione" media lepiej, niz PiS rozszyfrowały ten ponury obraz naszego społeczeństwa no i z uwagi na swoją dominującą pozycję łatwiej im dotrzeć ze swoimi hasłami do "ludu pracującego miast i wsi". Dlatego cynicznie sprzedają nam szambo w opakowaniu markowych perfum. Zdziwiłbym się, gdyby wczorajsza "debata" Tuska z zaprzyjaźnionym dziennikarzem nie była zwykłą ustawką. Z tej ustawki (będę trzymał się swojego przekonania) wyłania się jednak obraz premiera przekonanego o swojej wielkości i reformatorskich osiągnięciach swego rządu. Od przeciętnego historyka, który podwyżki nazywa obniżkami, a reformę finansów publicznych rozumie jako podwyżkę podatków i sięganie po ostatnie rezerwy (przeznaczone na czarną godzinę, czyzby zdaniem Tuska nadeszła za jego rządów!?) zbyt wiele wymagać nie można, to chyba oczywiste. Trudno jednak Donalda Tuska stawiać w jednym szeregu z tymi, którzy uwazają, ze jest lepiej wykształcony, niz ś.p. prof Lech Kaczyński albo są przekonani, ze niższy o prawie 30 cm Aleksander Kwaśniewski jest wyższy od Andrzeja Olechowskiego. Czy można oczekiwać od społęczeństwa, by rozumiało, ze za Tuska przybyło im po 20 tys. długu, skoro nikt nie karze go spłacać? Ale od premiera chyba można! Zasadnym jest wobec tego pytanie: czy premier Tusk łamie prawo sięgając do najgłębszych rezerw w czasach kiedy jak sam mówi jesteśmy zieloną wyspą sukcesów, a gospodarka ma się nieźle, czy tylko cynicznie okłamuje społeczeństwo: doprowadził do sytuacji, w której okradanie przyszłych emerytów i przejadanie rezerwy demograficznej jest konieczne?
Na ewentualne zarzuty, ze na tle społeczeństw bogatego zachodu wcale tak źle intelektualnie nie wypadamy, odpowiem, ze się zgadzam, ale tamte społeczeństwa mają to szczęście, ze nie mają Michnika, GW i TVN-u. Zaprzyjaźnione media nawet premiera Tuska przekonały, ze jest wybitnym mezem stanu i wielkim reformatorem, choć wszystkie znane fakty i przede wszystkim wskaźniki makroekonomiczne temu zaprzeczają. Czy można więc mieć pretensje do Kowalskiego, który nie potrafi ocenić, który z polityków jest wyższy, ze równiez uległ medialnej (i partyjnej) propagandzie?


Komentarze
Pokaż komentarze (4)