“Być wolnym, to móc nie kłamać” - powiedział Camus, więc na ile wolnymi ludźmi są ci, co łgają mi, czy tobie każdego dnia, przez 25 godzin na dobę?
Łgają zawsze i wszędzie.
Łgarstwo jest ich pokarmem, bez którego nijak nasi dobroczyńcy obejść się nie mogą.
Wzorce łgarze czerpią nie od byle kogo, bowiem nie byle kim był Joseph Goebbels, który twierdził, że “kłamstwo powtarzane tysiąc razy, staje się prawdą”.
Nasi łgarze poszli trochę dalej i prześcignęli swojego mentora, powtarzając swoje łgarstwa sto i pięć tysięcy razy, co czyni z ich łgarstw prawdę objawioną.
Zwróćmy uwagę jak celnie Camus określił łgarzy.
Łgarz nie jest człowiekiem wolnym, bowiem jest on nie tylko niewolnikiem samego łgarstwa, ale przede wszystkim jest niewolnikiem strachu.
Łgarstwa u zarania są niby niewinne i mało kto dostrzegł, że nie można z Polski zrobić Irlandii, a gdyby zwolennik takich łgarstw podjął się próby ich analizy, to od razu by się zorientował, że mamy do czynienia z łgarstwem, a nawet jego kwintesencją, bo czy można z Poloneza zrobić Aston’a Martin’a, mając do dyspozycji jedynie młotek i przecinak?
Tak więc nie można zrobić z Polski Irlandii za pomocą młotków i przecinaków.
Jest to po prostu niemożliwe.
Kim stają się w tym momencie ci, którzy aprobują łgarstwo, a mało, że aprobują, to jeszcze je powielają?
Kiedy się przyjżymy mechanizmowi powstawania łgarstwa i utrwalania go jako prawdy, to łatwo dostrzeżemy, że mamy do czynienia z nepotycznym łańsuszkiem, którego ogniwka są z sobą połączone łgarstwem.
Ale z czego wynika to, że tak wielu uczestniczy w powielaniu łgarstw tworzonych przez swoich pryncypałów?
Odpowiedź znowu jawi sie prostą.
W tym przypadku również działa strach, który jest motorem powstawania łgarstwa, bo jak ustaliliśmy, to tylko człowiek wolny nie musi łgać.
O ile nieliczna grupka mechaników podjęła się próby przerobienia mienionego Poloneza na Aston’a Martin’a, to szybko jej członkowie doszli do wniosku, że przy pomocy wspomnianych wcześniej narzędzi, w żaden sposób takiej przeróbki dokonać się nie da.
Jednak podczas tego swoistego tuningu, nasi mechanicy zdołali zupełnie zdewastować przechodzonego już Poloneza. który jednak do momentu poddania go przeróbce jeździł.
Co wówczas czynią nasi “mechanicy”?
Ściągaja oni na pomoc innych “ekspertów”, płacąc im olbrzymie pieniądze, ażeby ci przywrócili do stanu używalności naszego Poloneza.
Może i by się to udało, gdyby naprawy podjęli się profesjonaliści; naprawy podkreślam, nie przebudowy.
Tu jednak się okazuje, że ściągnięto wszystkich - fryzjerów, dilerów, piłkarzy, handlowców (z cmentarza), producentów alkoholu, ale nie ściągnięto ani jednego mechanika, tak więc kto mógł sie spodziewać sukcesu?
Wszyscy ci uczestniczący w naprawie Poloneza, po kolei przyczyniali sie do jego co raz to większej dewastacji, biorąc oczywiście za to pieniądze.
Dobrze jest, brać pieniądze za nic i to duże pieniądze.
Pokupowali oni sobie wszyscy samochody na raty (niekoniecznie Polonezy), piękne domy, samoloty i wiele jeszcze różnych, innych dóbr, stając się w ten sposób niewolnikami zleceniodawców owego procesu naprawy, bo z czego delikwent będzie spłacał zadłużenie w niemieckich bankach, kiedy zostanie on odcięty od dochodów?
Tak więc ponownie jesteśmy świadkami rodzącego się łgarstwa, gdyż wszyscy oni zgodnie twierdzą, że Polonez jest w doskonałym stanie, a że nie jest, to widać gołym okiem.
Zapomniałem dodać, że wiele części z Poloneza poszło do “żyda”, bowiem mało było panom od naprawy pensji od swoich zwierzchników.
Spirala łgarstwa sie nakręca, ale będzie się tak działo tylko do momentu, kiedy pojawi się właściciel Poloneza i spyta - “no dobra panowie, ale gdzie jest mój Polonez?"
Czy właściciel uwierzy w zapewnienia wszystkich, że oto stoi właśnie przed nim?
Wszak trudno pozostałą wycieraczkę nazwać samochodem.
Co zrobi wówczas właściciel?
Całą historię wieńczy fakt, że gdy w trakcie całego procesu pojawił się jednak prawdziwy mechanik z ofertą pomocy, to podstawiono mu samochód z innego warsztatu, gdy ten zechciał pojechać na cmentarz do braci i tyle go już widziano.
Wieść głosi, że rozbił sie on na drzewie (prawdopodobnie brzoza) przy prędkości 96 km/h.
Ktoś stwierdził, ze uszkodzono w samochodzie hamulce, ale nasi eksperci twierdzą, że nic takiego się stać nie mogło i potwierdzają to nawet certyfikatem z warsztatu naprawczego (treść pisana cyrylicą).
Tu pojawia sie problem gdyż znajomi mechanika postanowili poddać wrak samochodu ekspertyzie w amerykańskim laboratorium, co spowodowało narodziny kolejnego łgarstwa, mówiącego, że pięćdziesięciu siedmiu ze stu znajomych mechanika nie zgadza sie na amerykańską ekspertyzę, czemu oni sami zaprzeczają.
Ciekawe, czy jesteś znajomym mechanika, który zginął, czy członkiem ekipy tuningowej drogi Czytelniku?



Komentarze
Pokaż komentarze