Przecieram oczy ze zdumienia: kogo z "białych" nie ustawią przed kamerą, każdy przysięga, że w życiu nie słyszał o kombinacjach z czujnikami metanu.I nosy im nie rosną!
Dla wyjasnienia: "biali" - to dozór wszystkich stopni, zjeżdżający na dół w białych kaskach, w odróżnieniu od czarnych kasków zwykłych górników. Od sztygara po Urząd Górniczy.
Oni wszyscy, "jak jeden mąż" doskonale wiedzą, że oszukiwanie czujników jest nagminne, niemal rutynowe. Wiedzą o tym nawet ich dzieci oraz ich psy, bo Śląsk jest terenem, gdzie celebruje się stosunki rodzinne - i nie sposób w tych stosunkach ominąć zwykłego "ryla", który zawsze się znajdzie na podorędziu, a do głowy mu nie przyjdzie, żeby robić z tego tajemnicę. Wiedzą o tym przysłowiowi "wszyscy święci", sprawa jest zupełnie banalna.
Za komuny liczył się "wykon", od tego zależały zarobki ludzi i premie dozoru. W olbrzymiej większości fedruje się w kopalniach metanowych, więc praktyka była chlebem powszednim.
Dlaczego ludzie wciąż to robią? Pewnie z różnych przyczyn, w tym z najprostszej - bo robili to zawsze. Zamknięcie ściany nie da chlebka.
Co wiedzą zwykli górnicy? Oczywiście wiedzą, że wybuch "zapala powietrze", bo przecież jest w nim tlen, że huragan ognia pędzi z szybkością dźwięku, niszcząc wszystko, co stoi mu na drodze, niosąc ze sobą fragmenty zniszczonego.
Na co liczą?
Zapytany wzruszy ramionami - śmiertelnym zagrożeniem może być każdy zjazd, a szansą - że to akurat oni nie znajdą się na tej drodze szalonego ognia. Bo nie jest to wybuch penetrujący, nie szuka ofiar po zakamarkach - jest na to za szybki. Wystarczy, że człowiek nie znajdzie się bezpośrednio na jego drodze. Spekulacja czysto teoretyczna, bo ta burza ognia wysysa przecież tlen z otoczenia, ale tak uczy praktyka: byle załom ściany pozwalał jednak - splotem różnych przypadków - ocaleć z kataklizmu.
Przepisy BHP w górnictwie są tak głupie, że przestrzeganie ich byłoby zwykłym sabotażem, "włoskim strajkiem", skonstruowane tak, żeby odpowiedzialność zepchnąć na spawacza, który w wybuchu zginął, robiąc swoje ( chyba na "Dymitrowie", nie wymyślam tego), choć ci, którzy go tam posłali, doskonale wiedzieli, czym sprawa cuchnie.
Kobitka, która wczoraj pouczała redaktora z TVN, że nie mówi się "Urząd Górnictwa", tylko "Urząd Górniczy", niejaka Tomaszewska - to doskonały przykład troski i kompetencji.
Dostali zawiadomienie o żywym przestępstwie, posłali kogo trzeba, zawiadamiając dyrekcję, że komisja jedzie - i wyszło, że wszyscy, od góry do dołu, "czarni" i "biali", są czyści jako ta krynica.
Nie ma dobrej pointy.Na dole żyje się od przypadku do przypadku, a jeśli już się zjeżdża - zarobić trzeba.
Kondolencje rodzinom.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)