57
BLOG
Uśmiechy Premiera - rzecz o abolicji
Nie mam pojęcia o ekonomii, a już zwłaszcza o podatkach. Natomiast mam niejakie pojęcie o tym, że Tusk - kiedy mówi, to...mówi, ale jeśli jednak mówi, zwłaszcza z tym lizusowskim uśmiechem - na pewno wyjdzie z tego jakieś oszustwo. Trafił mi się pasażer, któremu w mróz uciekł autobus. Wracał z Urzędu Skarbowego i całą drogę opowiadał mi niesamowitą historię. Aczkolwiek nie do końca zrozumiałam sprawę, "przyswoiłam ją" chyba wystarczająco dobrze, żeby stwierdzić: coś tu nie gra, znowu Państwo Pełne Miłości nabrało naiwnych obywateli, którzy mu uwierzyli. Oto opowiadanie, które usłyszałam. Rwetest w sprawie abolicji podatkowej był straszny. Premier nie wyłaził "z okienka": na okragło, z promiennym uśmiechem ogłaszał ową abolicję, jako akt łaski wobec "przestępców", którzy zapłacili podatki tam, gdzie pracowali, czyli za granicą. Tego akurat byłam świadkiem, chyba niejedynym (?), ten rozdział opowiadania rozumiałam. Nie rozpraszając się dłużej na premierowskie uśmiechy, zapodaję jak abolicja- według relacji podwożonego -wygladała w praktyce. Oczywiście ludzie, którzy wyjechali za chlebem, mieli w głębokim poważaniu państwo, które nie potrafiło zapewnić im pracy ( wiem, wiem - to się nie zaczęło od Tuska). Jeśli w ogóle płacili podatki, byli raczej pewni, że wykonują obowiązek podatkowy. Pracujących "na czarno" w ogóle dotąd sprawa nie interesowała - a w żadnym razie nie sądzili, że winni są cokolwiek polskiemu fiskusowi. Do czasów Tuskowego Państwa Miłości nikt ich sie nie czepiał. I nagle nasze uśmiechnięte Słoneczko dostało "parcia na szkło", niemal zamieszkało w telewizorze w sprawie abolicji podatkowej. Co poniektórzy emigranci już wybierali się po gumowy młotek, w celu przesłania polskiemu rządowi - aby powyższy pomysł wybił sobie z głowy.W każdym razie córka, w której imieniu działał mój pasażer, to właśnie zapowiedziała. J a k i e rozliczenia, jakie p o d a t k i? A za co, czyżby coś dla nich zrobiono? Ktoś się o nich zatroszczył? A w ogóle - jeśli ten dziwny pomysł z "darowaniem" podatków robi na zasadzie "grubej kreski", to - czego? Jaki sens ma rozliczanie czegoś, co ma być unieważnione, zapomniane na wieki wieków? A tak, w ogóle - kto tam, daleko od kraju, umie rozliczać podatki, polskie podatki? Za to się przecież płaci, a w ogóle - jak to zorganizować? Ale tubylcy pomysł z przesłaniem Tuskowi młotka wybijali z głowy pomysłodawcom: - " Chcecie kiedyś wrócić? Prawo jest, jakie jest". Ludzie już się spotkali z takimi sytuacjami, że nic nie jest dla nic dziwne, na obronę Państwa Miłości nie liczą. Tu dygresja: niejako "po drodze" usłyszałam przykład: spłacony kredyt okazuje się wieczystym długiem, bo pani z okienka - przed kilkoma laty - nie doliczyła kwoty 2.50 (pomijajac przyczyny, z reguły nieznane), które to 2,50 urosło z czasem do kwoty kilkuset złotych ( oczywiście odsetki) - no i obciąża konto niegdysiejszego kredytobiorcy jako dług - choć w życiu nikt się o rzeczone 2.50 nigdy nie upomniał - powoduje umieszczenia delikwenta na jakiejś liście dłużników, etc. To państwo nie bierze swoich obywateli w obronę przed podobnymi manipulacjami bankowymi, nie potrafi działać w ich interesie, ma ich ogólnie w nosie - więc tubylcy, którzy już wszystko to wiedzą, wzięli rzecz abolicji na serio. Szczególnie ci tubylcy, których bliscy maja zamiar wrócić, wystraszyli się nie na żarty. - A co wam zależy, przecież i tak nie każą wam płacić! Zróbcie swoje - i niech się od was odczepią - tłumaczyli. Rozliczenie podatkowe w Polsce składa się do końca kwietnia, prawda? Prawda. Namówieni, czasem "na kopach", tymczasowi emigranci złożyli, co trzeba - i byli pewni, że zrobili wystarczająco dużo. Ale okazało się, że żąda od nich wpłacenia jakichś kwot, czasem idących w tysiące złociszy. A dlaczego? A dlatego, że państwo nie podpisało w porę umów miedzynarodowych o "jakiejsiś" progresji, że w ich krajach zamieszkania podatki są niższe, trzeba dopłacić różnicę między "tu" i "tam", albo istnieje inny Bardzo Ważny Powód. Pan rolnik nie bardzo to rozumiał, w każdym razie wiedział, że jego córka w niczym nie zawiniła, w kraju pobytu podatki zapłaciła, zrobiła też to, czego od niej oczekiwał rząd pana premiera. I wyszła na idiotkę.. Bo ustawy nie było. Została uchwalona dopiero w lipcu, a weszła w życie ( chyba ) w sierpniu. Bardzo jestem ciekawa, co zrobili ci delikwenci, których sprawa uderzyła po kieszeni. Człowiek, którego podwoziłam, rolnik, zupełnie nie znający się na progresjach, umowach, ustawach ( wyjaśnień żądał ode mnie, ale jestem w tej kwestii niewiele mądrzejsza ) wysiadł, nie skończywszy opowiadania. Siedząc w moim samochodzie, rozmawiając ze mną - w gruncie rzecz dalej użerał się z Urzędem Skarbowym, klnąc w żywy kamień Tuska i jego łgarstwa. Zrozumiałam tyle, że kazali mu dostarczyć jakieś druki, dotyczące łaskawego darowania podatkowych "win", obiecując mu, że Miłościwe Państwo nie każe płacić. Ale - o ile dobrze pana pojęłam - do zeznania jego "zagranicznej" córki Urząd dotarł nie tylko późno, ale z samym rozliczeniem były jakieś kłopoty, bo przygotowane było po amatorsku, przez osobę, która się tegoż podjęła za granicą, wierząc, że ma kwalifikacje. Nie miała. A innej osoby na podorędziu nie było. W każdym razie w ten sposób rolnik i jego córka szczęśliwie doczekali ustawy o abolicji, najadłszy się strachu. Córka wprawdzie coś za tą granicą zarabia, ale kwota do wpłacenia znacznie przekraczała jej aktualne możliwości.Nie ma oszczędności, zostały zainwestowane w gospodarstwo. Jego, pana rolnika - owszem, też. Kredyt już ma, kolejnego nie spłaci, nawet samochód mu wysiadł na amen. Pan rolnik wysiadł, idąc rzucał czapką o ziemię, a mnie przyszła do głowy myśl następujacej treści: Co zrobili pechowcy, którzy - po złożeniu ( w kwietniu) zeznania, trafili na biurko urzędnika jako pierwsi - i z przyczyn dla nich nieodgadnionych kazano im płacić kupę kasy, mimo wszystkich abolicyjnych obiecanek? Nie jestem pewna, czy dobrze myślę - ale nieszczęśnicy sprzed uchwalenia ustawy- m u s i e li chyba wpłacić panu Tuskowi żądaną kwotę, która - jeśli nawet zostanie zwrócona - to stanie się to po kilku miesiącach? Czy te pieniądze naprawdę były komuś ( czytaj - rządowi) potrzebne? Czy to zwykła głupota, niedbalstwo, niekonsekwencja? I jeszcze jednego jestem ciekawa: jak będzie w tym roku? Czy znowu zacznie się draka z pomysłami abolicyjnymi? Zupełnie serio - chciałabym się tego dowiedzieć. Może ktoś wie? Bo tego, że chwilowi emigranci nie polecą tłumnie składać zeznań, jestem raczej pewna. Pan rolnik już właśnie złożył mi inne zeznanie: co myśli na ten temat, jakie ma zamiary, gdzie ma pana premiera i jego rząd. Niestety, zeznanie było takiej treści, że nie da się napisać. Musiałyby być same kropeczki.


Komentarze
Pokaż komentarze