Byłam niemym świadkiem czegoś szczególnego.
Kiedyś opowiadało się różne wice na temat szczytów bezczelności, ale każdy z nich może sznurować trampki bezczelności posła Kalisza. Oraz głupocie tegoż.
Mowa oczywiście o Kaliszowych wyczynach na błońskiej szosie. Oto nie dosyć, że rajdował sobie setką w miejscu zabudowanym i został na tym przyłapany. Zdarza się w najporządniejszej rodzinie bo cóż, ach cóż miałaby do roboty drogówka?
Ale kolejnym ze szczytów jest kwit od sołtysa z miejsca wykroczenia, w który Kalisz się dowcipnie zaopatrzył, a który to sołtys donosi uprzejmie, iż znak oznaczający początek miejscowości ginie gdzieś w sinej mgle - i nawet miejscowi nie mogą go, prawda, znaleźć.
Jednocześnie kamera powtarza ujęcie z nagrania, na którym - jak byk - stoi sobie ów znak, na skraju pustej przestrzeni i jest widoczny chyba równie dobrze w środku nocy. Już nie mówiąc o tym, że...za co Kalisz wziął zabudowania miejscowości, w którą wjechał? Za potiomkinowską wieś?
Jej Bohu, nie jestem święta - notorycznie nie zapinam pasów. Ale to moje ryzyko. Jednak nie rozumiem, gdzie się kończy arogancja Kalisza: jeśli mu tak strasznie zależało, żeby się wyłgać ze sprawy - mógł osobiście sprawdzić, gdzie i jak stoi ten nieszczęsny znak. Choćby tyle.
Już widzę, jak poczuł się dany sołtys, któremu kazano ("wicie, rozumicie"), jak za najlepszych czasów komuny - zełgać na piśmie, że - a skąd! Prawie w ogóle nie ma tam żadnego znaku!
Już widzę, jak raduje się cała wieś, latająca zbadać sprawę - tak dla pewności - bo a nuż ktoś wiął i ukradł znak? Już słyszę te pytania, na ilu gazach jeżdzi sołtys, który nie wie, co ma we własnej wsi - jeśli "wszyscy widzą - a sołtys nie widzi".
Kalisz zaopatrzył się także w uroczą kobitkę, "rajdówkę", która tłumaczyła, że brak jest miejsc, w których Kalisz mógłby się wyżyć, bo ona zna to z autopsji - nie ma torów, na których nieszczęsny poseł mógłby się pobawić samochodzikem...Jej Bohu!
A na końcu pan poseł zaapelował do mnie o kulturę na drodze. No i czy nie szczyt szczytów?
Ten gość chce być prezydentem mojego kraju, pod hasłem "Dom wszystkich Polska". Jakoś tak. A co z domami w tej miejscowości i ich mieszkańcami? Ich to nie dotyczy? Można się tak rozjeżdżać po tym ich "domu", jak po własnym gumnie?
Niezmiernie jestem ciekawa, kto - i jakimi sposobami -nacisnął na tego gościa, który wysmażył kwit dla Kalisza. Bo coś mi pachnie sytuacją, znaną jako "wraca nowe".
Warto wiedzieć, jak to się dzieje, że gość robi z siebie głupka. I dlaczego. Oczywiście Kalisz też, ale to żadna nowina: jego ryzyko, jego urobek. Jednak zmuszono kogoś do poświadczenia oczywistej nieprawdy - a to pachnie już łajdactwem.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)