Merkel jest twardą babą. Bardzo mi się podoba, wyrzucając na śmietnik historii idiotyczne pojęcia, które z normalnych ludzi robią "faschystów".
Wyobrażam sobie tajoną wściekłość jednych i zakłopotanie innych "Europejczyków", którzy "tryndy" lewackie biorą, (przynajmniej w gębie) na serio - i karmią nimi ogłupiałych ludzi, podlewając to gadanie słodkim, acz trującym miodkiem: "kochajmy się".
A niechże się kochają, byle beze mnie!
W każdym razie lepsza Merkel niż kolejny sprzedajny geszefciarz typu Gerhard Schröder.
Co mi sprawiło absolutną frajdę?
Coś, co pokazuje jasno, że jest to baba, która ma znacznie większe les cohones niż większość pokrętnych polityków, wygadujących te lewackie bzdury - bez osobistego przekonania. Bo w tym wypadku przekonanie wykluczałoby udział rozumu: polityk w gaciach staje się normalnym człowiekiem, razem z zespołem wartości, które zaszczepiła mu mama, jeszcze w kolebusi.
No, chyba że mu nie zaszczepiła. Cóż, jego strata.
Jest cała strona linków w temacie, który na "salonie" przeszedł jakoś niezauważony:
https://www.google.pl/search?q=Merkel,+homoseksualista&ie=utf-8&oe=utf-8&rls=org.mozilla:pl:official&client=firefox-a&gws_rd=cr&ei=Suo_Uq3hCPSr0AXYqIHQDw#q=Merkel%2C+homoseksualista&rls=org.mozilla:pl:official&start=0
Wszędzie spotyka się omówienie tego zajścia, ale dosłownie przytacza to Piotr Cywiński, w ostatnim numerze "w Sieci":
Oto namolny homopozytywny z jakiegoś Worpswede dręczy Merkel - co zamierza zrobić, aby tenże mógł adoptować dziecko, ponieważ - żyjąc w związku od 10 lat - wciąż nie może tego zrobić.
Merkel odpowiada, bez "latania ogródkami" - i tu cytuję:
"NIE WYSTĄPI z projektem ustawowych zmian, gdyż chodzi o dobro dziecka, poza tym nie wyobraża sobie całkowitego zrównania praw par hetero i homoseksualnych".
I Merkel, wielka kanclerz, chyba najznamienitsza "Europejka", mówi to publicznie! Mając na karku wybory!
A na dalsze naleganie "niech mi pani powie, dlaczego..." - załatwia go krótko:
- "Wiem, że nie spełnię pańskich życzeń".
Jasne? Jasne.
Mam nadzieję, że stanowisko Merkel starło, bodaj na chwilę, cyniczny uśmiech z oblicza posła, który ma gębę pełną miłości, ale tej traktowanej mocno wybiórczo. Nie słyszałam, żeby kochał całą ludzkość...
Przy okazji:
Oczywiście nie wierzę w szczególną miłość Angeli Merkel do Polski, bez względu na to, jak pięknie wymawia słowo "Kaźmierczak". A już najmniej - w jej szczególną, szeroko opiewaną miłość do naszego ukochanego premiera, którego w końcu wyżęła jak flanelkę - i wyrzuciła. No, może niezupełnie do recyklingu...zawsze może się jeszcze przydać, świat jest nieprzewidywalny - ale w każdym razie przestała go kochać, póki co.
"Les hommes peuvent avoir des amis, pas les hommes d'Etat." - jak mawiał Charles de Gaulle
( Ludzie mogą mieć przyjaciól, mężowie stanu - nie), co chyba luzacko trawersuje w obiegowe powiedzenie o "państwach, które nie mają przyjaciół, mają wyłącznie interesy".
Nie podoba mi się też uczestnictwo Merkel w spędach Eriki Steinbach, ale...niektóre z jej wypowiedzi tam - dają do myślenia*. Tu stawiam gwiazdkę, proszę nie przeoczyć.
Nie jest dobrem obywatelskim kaprys związków, z których nie będzie dzieci. Niemcom też ubywa obywateli, choć nie tak starsznie jak Polsce. A związki "tymczasowe" dlatego właśnie dlatego są tymczasowe, że łatwiej się z nich wyplątać, bez długotrwałych korowodów z rozwodem.
Jak wszędzie - i tu zdarzają się wyjątki, ale dla tych wyjątków nie warto niszczyć zasad.
Że ten zapodany gej pragnie przecież mieć dziecko?
"Chodzi o interes dziecka" - mówi Merkel. Naprawdę nie wątpię (choć statystyki przytaczają złe doświadczenia), że gdzieś znajdzie się para porządnych gejów, którym bez obaw można "przydzielić" dzieciaczka. Nie wiem, czy ku jego, dziecka, absolutnemu szczęściu - ale założmy, że w domu będzie ono szczęśliwe, zadbane, kochane.
W domu - to nie wszystko. Pozstaje jeszcze przedszkole, szkoła, podwórko. I matki, te rozwścieczone i te przestraszone, które wniosą mnóstwo protestów.
Wiem oczywiście, że w niektórych krajach wszystko staje na głowie w imię poszanowania zboczeń, zwanych "tolerancją", ale nie sądzę, żeby strach przed konsekwencjami przestawił sam sposób myślenia obywateli.
Z czasem odpłacą za represje, czy choćby głupie pomysły - przy urnie.
To jest tak, jak ze stadem wróbli, które nie pożywią się kanarkiem, ale rozszarpią go, jeśli nieszczęśnik wydostanie sie na swobodę: czysty atawizm, w przypadku człowieka zwany "myśleniem hipokampem": "walczyć, czy uciekać?"
Jeśli rzecz dotyczy dziecka, przynajmniej część normalnych kulturalnych, "tolerancyjnych" matek będzie "walczyć, albo uciekać" z dzieckiem, gdzie pieprz rośnie, choćby jej przyszło stracić na opinii.
Więc nie mówmy o szczęściu dziecka - ono to odczuje.
Nie da się zapomnieć o pewnym przystojnym stewardzie, Gaëtanie Dugasie - geju, który rozniósł po świecie zarazę, choć pewnie nie miał takiego zamiaru, a może nawet był tolerancyjny wobec "inności": nie był na przykład rasistą, Czy - jak można domniemywać - religijnym ortodoskem. Chciał tylko miłości - nieważne że był w tej miłości nienasycony, że potrzeba mu było partnerów, liczonych w tysiące...
Więc bardzo się cieszę, że Merkel powiedziała, co powiedziała, choć trudno ją, bezdzietną rozwódkę nazwać "moherskim katolem". A jeszcze bardziej cieszę się, że jej to nie zaszkodziło.
Kto wie, czy ten fenomenalny wynik nie ma, choćby po części, podłoża moralnego wśród wyborców ?
*Co do "spędów" u Steinbach: nie daję głowy, czy dobrze to rozumiem. Ale chyba Merkel trochę kręci: niby się tam pojawia, jednak wpisuje tę "krzywdę wypędzeń" w całość spraw, w rozpętanie wojny przez Niemcy, w ich odpowiedzialność. A same wypędzenia - jako ostatni akt, konsekwencję wydarzeń - choć nie odcina się od poczucia krzywdy, uczynionej człowiekowi ( mam nadzieję, że z pominięciem takich okazów, jak sama Erica)
. Bo - jak zwykle - oczywiście "padło" także na niewinnych. Może nawet na takich, którzy na Dolfiego nie głosowali.
Jeśli tak jest - mogę to zrozumieć. Sprawa nie jest tematem notki, ale...no, cóż - jednak się cieszę, że Merkel wygrała.
Póki co.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)