mona mona
526
BLOG

Czy PiS nadaje na właściwych falach?

mona mona Polityka Obserwuj notkę 17

Jako mieszkanka dzikiej puszczy zwykle miewam opóźnienia z aktualnościami prasowymi: odbieram pokaźny stosik gazet raz w tygodniu, a potem jeszcze musżę użyć myślenia, przynajmniej w sprawach ważnych.

Przeczytałam niedawno wywiad Karnowskich z Jarosławem Kaczyńskim - i właśnie musiałam użyć tegoż myślenia. Trochę czasu mi  to jednak zabrało, jako że przyszło mi porozglądać się po ludziach i sprawach: jak właściwie cele PiSu mogą być odbierane w społeczeństwie? Gdzie są konkretni adresaci tych celów?

Bardzo nie lubię czepiać się Prawa i Sprawiedliwości, a już zwłaszcza lidera.


 Nie lubię też przesady w deklaracjach, ale zaszaleję: często dziękuję Bogu, że ktoś taki jeszcze jest. Ktoś, kto nie kieruje się wyłącznie "słupkami", nie jest gotów - jak powiedział to ( w odniesieniu do pewnego europosła) w wywiadzie JK - "latać w stringach" dla pustej, krótkotrwałej popularności. Ktoś, kto nie obiecuje wszystkiego wszystkim, aby najpierw dorwać się do żeru, a potem konsumować łup całą paszczą - bez cienia wstydu, a już zwłaszcza mając głęboko z tyłu wyborców.
Którzy to wyborcy nawet się specjalnie nie rozczarowali: byliśmy już dziesiątą potęgą świata, a nie mieli co do garnka włozyć...Nihi novi.

Jarosław Kaczyński ma cele wytyczone, ale szczerze mówiąc - niewiele więcej o tym wiem, poza tym, że je ma.  Nie powiem, żebym była zachwycona tym stanem rzeczy.  Moim zdaniem jest to błąd.

Więcej, jak mniemam, wiedzą ci, którzy muszą się bać - z tysiąca powodów. Oni wiedzą jedno: "Kaczor" będzie rozliczać, a gilotyna stanie na każdym placu.  Mówi o tym na przykład Miller: jednym z trzech powodów, dla których nie będzie współpracował z PiS ( czyżby był zapraszany?) jest "powrót do IV Rzeczpospolitej".
 
 Sądzę, że Miller o wiele bardziej się boi wyrwania z ręki argumentu "nikt nie będzie już musiał grzebać w śmietnikach", na którym wypłynął, a potem gładko i bez bólu natychmiast  się z nim rozstał.

To hasło może, w mniemaniu Millera, odebrać mu Jarosław Kaczyński. W co zresztą szczerze wątpię:  nie w tej rzeczywistości, nie natychmiast.

Bardziej boi się "sekta pancernej brzozy" - i tu są powody.  Jest ich jakby więcej, a w dodatku przybywają nowe.

 

Tylko czy o to chodzi wyborcom...Wątpię. Coraz więcej ludzi zaczyna mówić o smoleńskiej tragedii jako o zamachu, o kłamliwych mediach, o prostym, dławiącym wstydzie za to szemrane państwo. To im w pamięci na pewno zostanie. Na co się przełoży? 

Ale miało być o tym - do kogo Kaczyński adresuje swój przekaz. Czy raczej - co powinien mieć na uwadze.

Już kiedyś pisałam ( to dla porządku) jak wyglądały ostatnie wybory w moim (no, prawie...) miasteczku. A wiem to bezpośrednio od kogoś, kto obserwował sytuację z zewnątrz, znając "całe miasto"  po nazwisku, "po stanie majątkowym", po nawykach i nałogach, a także - od strony "praworządności."
Po prostu - wcześniej czy później uczył niemal wszystkich obecnych współobywateli, widuje ich na codzień, wie o nich wszystko - bo właściwie nie ma sposobu, żeby nie spotkać na ulicy każdego z mieszkańców na przestrzeni tygodnia.

Bezrobocie jest tam totalne. Dawno upadł ostatni zakład pracy. Oczywiście są urzędy, szkoły, służba zdrowia, ale to tyle. Upadły niemal wszystkie prywatne sklepy,  ponieważ... działa i jakoś zarabia kilka supermarketów (sic!)

Mój obserwator niemal płakał, słysząc rozmowy tych biedaków: w 2011 roku deklarowali gremialnie głosowanie na PO. I nie skończyło się na słowach: Platforma miała tam niemal 10% przewagi, choć dla miasta nie zrobiła literalnie nic.
Dla porządku - zwykle ten teren to bastion lewicy, ale tym razem...co mogło im dać SLD?

Z zasłyszanych rozmów wynikało, że ludzie boją się utraty zasiłków, co jest oczywiste - ale przy urnie każdy jest sam. Uwierzyli w ukryte kamery?

Dziwne jest także coś innego: w dniach Smoleńskiej Żałoby zdarzyło mi się być w kilku takich miasteczkach. W każdym z nich widywałam flagi z kirem, sporo ich było,  ale w "moim" miasteczku miało to rozmiar epidemii - morze flag, na każdym domu. Mam na myśli domy prywatne, bardzo zresztą zadbane. W kamienicach - czynszówkach ktoś wywiesił, ktoś inny - nie...w każdym razie rynek specjalnie nie epatował "biało- czerwoną".
 
Olbrzymia większość tych prywatnych domów należy do "klasy średniej" ( w przypadku miasteczka - pracujących "na swoim") której potrzebne są zwykle jakieś pozwolenia, koncesje, w każdym razie - "kwity" od burmistrza, któremu - w tym wypadku - można się było potężnie narazić.
Formalnie oczywiście żałoba była "państwowa", ale przesada w jej okazywaniu mogła się odbić czkawką.

Konkludując -  wieść gminna niesie, że to właśnie ta grupa ludzi zagłosowała na PiS.

A na PO - nieszczęśnicy,  którzy już dawno stracili nadzieję na cokolwiek, poza zasiłkiem, czyli jedynym, co jeszcze ( niektórzy) mają i co chcą zachować, za każdą cenę. "Mój obserwator" ich wprawdzie uczył, ale do szkoły chodzili z burmistrzem, a w takim środowisku starcza to za wiele -" ja go znam, on mnie zna, mój brat siedział z nim w jednej ławce".
Oczywiście nigdy im wiele nie załatwił - bo co?

Do "załatwiania" burmistrz ma zupełnie innych klientów.  Ale dopóki istnieje szansa, dopóty jest nadzieja...

Miejscowe władze działają tak:  kilku czy kilkunastu osobom dają zatrudnienie, aby mogli przetrwać do następnego zasiłku.  Na tyle władzy starcza kasy.  Rzeczywiście starają się obdzielać tą łaską pracy kolejnych kandydatów na pracowników.  Chwilowi szczęśliwcy sprzątają parki, "Orliki", coś sadzą, coś podsypują - na głodnych oczach bezrobotnych. Oczywiście tu nie można skrewić - jest jakaś kolejność, jakiem minimum sprawiedliwości.

Nie ma nadziei, że zatrudnją wszystkich potrzebujących, ale..."a może padnie na mnie..."

To ich,  tych biedaków wiszących na zasiłkach i mających nadzieję - jest więcej. To oni wygrali te wybory dla Tuska."Budżetówki" bojącej się o utratę stanowisk nie starczyłoby na niezły wynik Platformy.

 

I trzeba to traktować poważnie.

Polak ma to do siebie, że przeżył już każdy rodzaj biedy i umie sobie w niej radzić. W takich miasteczkach roi się od lumpeksów, więc ludzie nie chodzą obdarci - to nie jest ten rodzaj biedy.  Są sklepy z zachodnimi "wystawkami", więc jeśli już człowiek koniecznie musi kupić jakieś krzesło, czy dywanik do zakrycia dziury w gumolicie, odżałuje 10 - 20 zł.

  Supermarkety nie są zapchane klientami - ale jakoś się trzymają.  Nawet pijaczków mogę policzyć na palcach jednej ręki:  siedzą najczęściej samotnie, w nieskończoność przeliczając dziesięciogroszówki. Znam ich z widzenia,  mój mąż, używający trunków "od wielkiej okazji", odczuwa dziwny ból serca, widząc takiego nieszczęśnika - i nieuchronnie pada pytanie "ile ci brakuje?" Po czym panowie czapkują mnie, nieszczęsnej, uznając się za moich znajomych, choć ja stanowczo aż tak demokratyczna nie jestem.

O sobie mogę powiedzieć, że tych wyborców PO widuję ( i słyszę) w każdym sklepie, na targu, będącym miejscową "agorą" ale...no, cóż - nawet tam nie mieszkam, nie jesteśmy zaprzyjaźnieni, a w ogóle  - zakładam, że naprawdę wygrali te wybory dla Tuska. Może nie są winni, że bieda ich niejako zmusza do szukania rozwiązań bardziej bezpiecznych, ale nie mogę się z tym pogodzić.

Bo  wybory 2011 r. były już po katastrofie smoleńskiej...po tym morzu flag, po nastroju prawdziwej, cichej żałoby.

Nie chce mi się z nimi gadać, przynajmniej póki co, choć słyszę zewsząd, jak bardzo są rozczarowani. Uważam ich en masse za winnych dzisiejszej sytuacji - i na sam widok mam ich po samą kokardę.

Problem w tym, że ja niczego nie muszę. Musi natomiast PiS. Więc czekam, co wymyśli sztab Jarosława Kaczyńskiego

Bo oni, ci, których Ziemkiewicz ochrzcił "polactwem", doznawszy nagłego olśnienia, pyskują o tym swoim rozgoryczeniu, złodziejach, "onych" przy żłobie, zegarkach Nowaka, ciuchach premierowej po kilkadziesiąt tysięcy za kieckę "za nasze pieniądze", ale...

Zasiłek jest zasiłkiem. Poza nim nie ma nic.  Może gdzieś, w jakiejś Warszawie trafi się "fucha"...ale tu, na miejscu...Tylko skąd wziąć kasę na  Warszawę, zanim znajdzie się tam robotę?

Nie przemówią do nich wielkie słowa:  poza zasiłkiem mają jeszcze "przekaziory".
Kiedyś pewnie ich uczono patriotyzmu, nawet jeśli "ze Związkiem Radzieckim na czele", ale dziś ten medialny syf, który wciska się natrętnie w uszy, kompletnie odwrócił pojęcia: skołowanym ludziom patriotyzm nagle objawił się czymś równym faszyzmowi. Ludzie nie wiedzą - dlaczego, ale wiedzą, że absolutnie nie należy się do niego przyznawać. Słowo "Polska" wymawia się z niechęcią, od dawna nie kojarzy się z Ojczyzną.

Ciekawe, czy się z niego spowiadają, jeśli coś jeszcze zostało im w pamięci?

Czy można poprzestać na terenowej "pracy organicznej?" Nie można.

Jarosław Kaczyński miał spotkanie w (innym) miasteczku, do którego mam o rzut beretem. Nie miałam o tym pojęcia. Wprawdzie nie jestem członkiem partii ( kiedy bardzo chciałam - żądano ode mnie dwóch "wprowadzających. Skąd miałam ich wytrzasnąć ja, osoba"nowa" na tym terenie?), ale założmy, że zostaję zaproszona.

Bez większego namysłu mogę powiedzieć, kogo bym zastała na tym spotkaniu:  wszystkich okolicznych "przekonanych". Głowę daję, że tak było wszędzie, w całej Polsce,  na wszystkich spotkaniach, które pewnie trudno byłoby zliczyć - sale pełne, ale nabite przez członków, sympatyków i ewentualnie  rodziny.
"Sami swoi" nie rozwiązują problemu. Byli i będą - semper fidelis. Tylko że wciąż ich za mało.

Zastanawiałam się, co bym zrobiła, gdybym była na miejscu spin-doktora PiS.
Właściwie wiem to od lat: pisałam o tym od dawna, jeszcze zanim przestałam produkować się na"salonie", a po powrocie już mi się zwyczajnie nie chciało strzępić klawiatury.

Sam Jarosław Kaczyński na pewno jest osobą, która przyciągnie sympatyków, mnóstwo ludzi, których pomieści sala. Powtarzam: sympatyków.

To dalece nie wystarczy: cała wielka partia nie może się wieszać na liderze.
Na kolejne  dwa lata takiej orki może nie starczyć mu sił.

Potrzebne są wielkie imprezy, to znaczy - imprezy plenerowe, gdzie z samej ciekawości przyjdą ludzie nie związani z partią. Nie musi być tam - jak za komuny ( lub u Komorowskiego) - darmowej grochówki. Ma być coś atrakcyjnego, choćby miejscowy zespół, cokolwiek, co przyciągnie mieszkańców. W końcu za samą ciekawość burmistrz zasiłku nie odbierze - to jest regulowane prawem. I głowę daję, że zleciałoby się pół miasta - na początek. Bo pod koniec - byłoby już całe miasteczko.

Mnie nie przeszkadza Hofman, który wypije kilka piw. I nie sądzę, żeby to przeszkadzało moim sąsiadom. Oni też lubią.


Ale burmistrz w "moim" miasteczku z cała pewnością nie da zgody na imprezę, ponieważ bardzo pospiesznie musiałby pakować manele. Co pozostaje?

Pozostają tereny prywatne, ale także - na przykład - kościoły,  które mają warunki, dziedzińce przy parafii.  Osobiście znam kilka takich - nie jest to już "cmentarz" kościelny,  ale plac jest własnością parafii. 

W końcu nie każda kuria ma pasterza głupiego, albo strachliwego. Pozostają wszystkie święta, rocznice, msze za Ojczyznę - jak choćby 15 sierpnia. Okazji jest mnóstwo.

Kto ma to zorganizować?

Młodzież.

Harcerze, dzieciaki "przyparafialne", młodzi, którzy w mojej przytomności, ale także w obecności rodzin, głosujących tradycyjnie na PSL ( a przynajmniej tak deklarujących, bo wyniki...) mówili otwarcie, że zagłosują na PiS. Mówili to już dwa lata temu, a od tej pory raczej ich przybyło, niż ubyło. Dokladnie tylu, ilu przybyło bezrobotnych absolwentów, którym Platforma nie ma do zaoferowania nic - i wcale tego nie ukrywa.
Oni się palą do jakiegoś działania. Trzeba tylko dać im szansę.

To oni, z czystej złości, zostawieni samym sobie, zagłosowali na Korwina - Mikkego, może jeszcze bojąc się PiSu i "wojny", ale też mając Platformy po samo gardło. Przecież  nie zagłosowali na program UPR! 

Ale nikt się nimi nie zajął - więc wyrazili swoją wdzięczność przy urnie.
I to oni zrobili wynik Palikotowi - z tego samego powodu. Bardzo im sie podobało "młodzieżowe" popalanie trawki i publiczne przechylanie gorzałeczki! Przynajmniej było wesoło! Dziś się tego wstydzą, ale... w kwestii zasadniczej nie zmieniło się nic.

Trzeba przypomnieć sobie historię młodych z Drużyn Bartoszowych i Sokoła, zorganizowanych w warunkach o niebo trudniejszych - a wreszcie - mądrość Marszałka, który potraktował tych młodych tak poważnie, że przeszli do historii. Nie chodzi o wywołanie powstania, tylko o "myśl historyczną". Inaczej...no, cóż - podręczniki napiszą o "kibolach", z przyzwolenia PiSu rozwalających kraj.

Jeden człowiek nie udźwignie ciężaru całej partii, która albo te wybory wreszcie wygra, albo...nie wiadomo, gdzie się obudzimy.









 









 

mona
O mnie mona

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (17)

Inne tematy w dziale Polityka