"Cynizm Millera byłby zabawny, gdyby nie pamięć wszystkich tych, którzy już nie mogą się pośmiać, bo od dawna - albo od niedawna - nie ma ich między żywymi" - pomyślałam sobie, kiedy usłyszałam bon -mot, (których Miller ma zwykle pełną twarz - ciekawe, kto mu to pisze?), czyli banał o niezłomnym "staniu po stronie ofiar."
U mnie -19 stopni, więc siedzę w swojej kanciapie, gdzie jest znacznie cieplej niż w chłodnym salonie: kominek "pompuje" ciepło, jak każe prawo fizyki - w górę, czyli do mnie. Mam włączony serwis espreso.tv Live i właściwie to mnie zajmuje najbardziej. Natomiast mąż woli chłodek i wiadomości z Polski, czego mu nie żałuję: niech każdy ma to, "co tygrysy lubią najbardziej"...
Ale człowiek jest ułomny - czasem potrzebuje jakiejś paszy treściwej.
No i w kuchni dopadły mnie głosy Leszka Millera i Kolendy- Zaleskiej. Nie jestem amatorem ani audycji, ani tych dwojga znamienitych dyskutantów. Usłyszałam jednakże, jak Leszek Miller ogłasza, że on jest po stronie ofiar.
Muszę przyznać - przytkało mnie. Weszłam posłuchać tego obrońcy uciśnionych - i oto dowiedziałam się, że te ofiary, po których stronie jest Leszek Miller, to ofiary terroryzmu, a sprawa Kiejkut ( oczywiście Millerowi absolutnie bliżej nieznana), jest usprawiedliwiona. Tu się Miller wdał w rozważania o hipotetycznym terroryście w rękach służb, mającym wiedzę o przyszłym zamachu...ble, ble, ble...Stara, ograna śpiewka: Miller i jego wychowawcy - mocodawcy zawsze mieli i mają na ustach odpowiednie przypowiastki..
Ale...może szlachetna dusza Leszka Millera rzeczywiście stanęła kiedyś po stronie mniej hipotetycznej ofiary? Kto to wie?
Historia Leszka Millera to typowy życiorysu, którego "właściciel" od oseska wie, gdzie leżą konfitury.
Wzięło mnie na sprawdzanie - a nuż rzeczywiście się zdarzyło, że Miller stanął w czyjejś obronie tu, wśród współobywateli?
Niczego takiego nie znalazłam. Wszystkie wiadomości na temat Millera ( w tym - to, co sam o sobie mówi) powtarzają się do znudzenia - a ich sumę można znaleźć na Wiki.
Kiedy zdążyłby być po stronie choćby jednej ofiary swoich chlebodawców? Notka nie ma służyć opisywaniu kariery Millera, ma służyć usilnym poszukiwaniom jakiegoś faktu, świadczącego o "stawaniu po stronie ofiar", ale coś wiedzieć trzeba.
Więc szukamy.
Miller ( a za nim - Wiki) pisze, że jako siedemnastolatek rozpoczął pracę w Zakładach Lniarskich, w Żyrardowie, wstąpił do ZMS, a kiedy - jako dwudziestolatek - udał się był odbyć służbę wojskową w marynarce - poszedł tam już jako przewodniczący tegoż Związku. Szybko poszło, przynajmniej tak wynika z dat.
Za szybko, jak na "obrońcę ofiar" systemu. Mający wątpliwości kariery raczej biegusiem kończyli.
No i tak się to potoczyło dalej - technikum wieczorowe, sekretarzowanie w "dorosłej" już organizacji zakładowej, czyli PZPR, później te przedziwne politologiczne studia na uczelni przy KC PZPR, a potem droga znana niegdyś jako "skrzyżowanie idioty z rowerem" - czyli "aktywisty terenowego", jednak używającego już raczej kolei, niż roweru.
Oficjalnie nazywało się to "instruktor" - i nie znaczyło wiele w karierze. Potem - mozolna droga sekretarzowania w małym miasteczku.
I nagle "wielki skok" - w 89 roku Miller zostaje członkiem KC.
Odtąd już z górki: ktoś się na facecie poznał, bo nie był to już "czas partyzantów". Z jakiej strony dał się człowiek poznać - nie bardzo wiadomo, ale Rakowski...no, cóż, na ogół obracał się w towarzystwie "z innej półki". Klasa robotnicza, nawet z awansu - to nie była jego bajka. Chyba już się tego nie dowiemy, do czego potrzebny był Miller.
Sumując sprawę - Miller był wśród tych, którzy prześladowali własny naród - a świadomym uczestnictwem w tym procederze dał świadectwo temu, że NIGDY nie był po stronie ofiar. Zawsze, od szczenięcych lat był po stronie katów. Z nimi zjadał tę beczkę soli, która zbliża późniejszych przyjaciół, także politycznych.
Gdybyśmy chcieli policzyć ofiary chlebodawców Millera - wyszłaby nam bardzo długa lista. Nie brzydziło go żadne działanie ZOMO, represje, skrytobójstwa, lizusostwo wobec Kremla, ukoronowane udziałem w "moskiewskiej pożyczce", mającej służyć...tak do końca - nie wiadomo czemu, jeśli pieniądze były ukrywane, przynajmniej przez jakiś czas, w prywatnym, domowym sejfie Rakowskiego.
Bo jakoś nie przekonuje mnie pretekst, że m.i. "na Trybunę". W tym czasie już istniała replika "Trybuny" - mianowicie nowiutka "Gazeta" ze starymi świętymi - inaczej zwanymi "ludźmi honoru".
I pieniądze zostały oddane.
...........................................................................
To właściwie materiał na kolejną notkę, ale...jeśli już jesteśmy przy sprawie prawdomówności Millera i jego szlachetnego serca...
Podam link, choć "jak powszechnie wiadomo" - linków się nie otwiera, więc tylko parę słów: prośba ( od Rakowskiego) o tę pożyczkę wpłynęła w 89 roku, a dalej było tak:
"Z chwilą gdy PZPR rozwiązała się, pożyczka nie została wykorzystana, gdyż nie
zachodziła taka potrzeba. Nie informował o niej (Rakowski) w dalszym ciągu nikogo, zwłaszcza
z SdRP, gdyż uważał, że byłaby ona zbędnym obciążeniem dla tej organizacji.
Pieniądze do końca lutego 1990 r. przechowywał w KC PZPR, a opuszczając gabinet
przeniósł do swojego mieszkania, umieszczając, w zakupionej wcześniej specjalnie
w tym celu, kasie pancernej."
Zadziwia szlachetność serca Rakowskiego, ale już wiemy: Millera jednak poinformował.
"Nie zachodziła taka potrzeba"...
Czemu miała "zachodzić"? Wszak było już po Okrągłym Stole! Wiadomo było, że "nieszczęśnicy" z byłej władzy nie zostali wyrzuceni - nadzy na bruk.
Nota bene - wszyscy bardzo dziwią się "kartonom", w których kasę przekazano Derlatce.
Zaiste, dopiero to zdziwienie jest zabawne: moskiewska pożyczka przyjechała w trzech workach. Widocznie służby już tak mają... A Miller powinien o tym wiedzieć, wszak bywał przy takich sprawkach. I tu mamy wybór: Rakowski zachował się - sorry za kolokwializm - charakternie, usiłując nie obciążać nikogo udziałem w sprawie.
Natomiast rosyjscy dyplomaci, zwłaszcza po upadku Janajewa, który pieniądze pożyczał - śpiewali jak z nut, tylko na zupełnie inną melodię. O Millerze - a jakże, również, na co są dokumenty, czyli zeznania "spiewaków".
Szczerze mówiąc - nie bardzo pamiętałam szczegóły tej przedziwnej historii z pożyczką. Działo się wtedy tak wiele spraw na raz, że machlojki Rakowskiego & nie były aż tak ważne.
Więc - już, tak sobie, z czystej ciekawości - przy okazji kilknęłam do wujka google: wszędzie jest ćwierć artykułu, każą mi, panie dzieju, rejestrować się, albo wysyłać sms-y - do czego nie mam ani krzty cierpliwości. Wolę, z uporem maniaka, "klikać" dalej - zawsze gdzieś się znajdzie.
Bo wiedziałam przecież, że Ziobro sprawę odtajnił. Kiedy Miller mówi, że przeceniał Ziobrę, oceniając go jako "zero" - ma osobiste powody. Bardzo poważne powody, bez względu na to, że koleś Jaskiernia sprawę umorzył.
Może szanowni czytelnicy mają jakieś wstręty, ale ja, osoba spragniona wiedzy, biorę co mi dają.
Całość, na którą składają się zeznania rosyjskich dyplomatów ( więc chyba wiadomości najbardziej obiektywne), jest tu:
http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/moskiewskie-pieniadze-dla-sld/
To tylko dla tych, którzy chcą wiedzieć. Obowiązku nie ma.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)