Na początku marca Mariupol został bez prądu, wody, ciepła i sieci komórkowej. Przy tym większość cywilów została zmuszona do przeniesienia się ze swoich mieszkań do piwnic i schronów przeciwbombowych, w których mieszkają do dziś.
Osoby, którym udało się ewakuować, opowiedziały o tym, co dzieje się w jednym z najgorętszych miejsc na Ukrainie.
Kuchnia polowa w środku miasta
Po tym, jak miasto pozostało bez elektryczności, gazu i wody, mieszkańcy miasta rozstawili kuchnię polową. W pobliżu piwnicy lub innego schronienia od 6 rano rozpalali ogień, na którym przez cały dzień gotowali jedzenie i podgrzewali wodę.
„Sąsiedzi w schronie wyciągnęli skądś dwa grille i rozpalili ogień. Zanim wyjechaliśmy, wszyscy gotowaliśmy na nich. W tym czasie w schronie znajdowało się około 90-100 osób” – powiedziała Inna, mieszkanka Mariupola.


Bardzo szybko zapasy żywności zaczęły się wyczerpywać i nie było gdzie jej kupić. Inna zauważyła, że udało im się wyjść na zakupy jeden raz, kiedy sprzedawcy poszli na targ, aby sprzedać resztki warzyw i owoców. Ale następnego dnia został on zbombardowany.
Przede wszystkim karmiono dzieci, kobiety i emerytów, po czym jedli mężczyźni.
„Na początku przynosiliśmy resztki z domu i nie jedliśmy zbyt wiele, aby przetrwać dłużej. Ale kiedy skończyło się jedzenie, zaczęło się plądrowanie. Przy tym mieliśmy wodę, bo obok Pałacu Kultury, gdzie się schroniliśmy, jest źródło” – tłumaczył Anton, student z Kijowa, który przyjechał do rodziny w Mariupol 22 lutego.
Inni mieszkańcy nie mieli tyle szczęścia. Według Oleny z Mariupola jej koleżanki odprowadzały wodę z systemu centralnego ogrzewania i gotowały na niej. Kiedy na ulicach był śnieg, zbierano go w tace i topiono.
Ludzie, bloki których przetrwały, początkowo mieszkali w mieszkaniach, ale kiedy na ulicy znacznie się ochłodziło, większość mieszkańców miasta zeszła na dół, aby grzać się w piwnicy.
„Gdzieś po 9 marca temperatura w mieszkaniu spadła do 3-6 stopni. Schron był cieplejszy, około 10-12 stopni. Spaliśmy całkiem ubrani, w trzech swetrach, pod dwoma kocami. Trudno było pić herbatę przez cały czas, aby się ogrzać, ponieważ mały garnek wody gotował się na ogniu przez około 40 minut” - podkreśliła Inna.

Ale gotowanie wokół ognia z każdym dniem stawało się bardziej niebezpieczne, ponieważ rozpoczęły się naloty. Inna powiedziała, że gdy tylko słyszeli ryk zbliżającego się samolotu, biegli z powrotem do schronu. Kiedy zapadała cicza, wychodziliśmy i kontynuowaliśmy gotowanie.
Ostrzały obiektów mieszkalnych
Według słów mieszkańców ostrzały w mieście nie zatrzymywały się ani na godzinę, a najczęściej cierpiały z tego powodu budynki mieszkalne i szkoły.
Pierwsze uderzenie w szkole, w której ukrywała się Elena, miało miejsce 26 lutego. Następnie pocisk tylko częściowo uszkodził budynek, więc mieszkańcy nadal ukrywali się w piwnicy placówki edukacyjnej. Ale 9 marca szkoła została ponownie poddana ostrzałowi moździerzowemu, co spowodowało pożar. Tego dnia mąż i córka Eleny byli w mieszkaniu, a sama kobieta pozostała w schronisku.
„Kiedy szkoła zaczęła być ostrzeliwana przez moździerze, mąż obserwował to przez boisko do piłki nożnej (w pobliżu którego znajduje się mieszkanie Eleny - red.). Upadł na kolana i płakał, córka również płakała. Patrzyli na płonący budynek i nie mogli nic zrobić. Wychodziłam z piwnicy trzymając w rękach psa i śpiwór. Potem zdałam sobie sprawę, że moje życie było bezwartościowe” - powiedziała Elena, dodając, że po 20 minutach ostrzały szkoły powtórzyły się ponownie.

Warto zaznaczyć, że ze względu na zniszczoną infrastrukturę i ciągłe działania wojenne ratownicy nie mogą przyjechać na wezwanie, dlatego mieszkańcy Mariupola muszą walczyć z pożarami samodzielnie. Kiedy pocisk trafił w mieszkanie Antona, on i jego rodzina znaleźli się w schronie w Pałacu Kultury.
„Sąsiedzi podbiegli do nas i powiedzieli, że nasze mieszkanie płonie. Przebywał tam kot i dużo naszych rzeczy, więc pobiegłem go gasić. Ja i chłopaki z sąsiednich domów (byli nastolatkami w wieku 14-17 lat) moczyli ubrania w wodzie kanalizacyjnej, zakładali je, po czym mogli wchodzić do środka i gasić tą wodą mieszkanie od wewnątrz. Później przywieziono nam maski przeciwgazowe, po czym wszystko poszło zgodnie z planem” - wyjaśnił Anton.
Według chłopca ich mieszkanie zostało całkowicie zniszczone, ale gdyby go nie ugasili, ogień rozprzestrzeniłby się na cały dom, w którym nadal mieszkali ludzie.

„Ale najgorsze to naloty, ponieważ po nich nic nie pozostaje” - dodała Wiktoria.
Zabójstwa i przemoc
Ale naloty i ostrzały artyleryjskie nie są jedynym zagrożeniem dla miasta. Mieszkańcy są stale narażeni na ryzyko śmierci lub gwałtu. Rosyjskie wojsko może zaatakować osobę po drodze do sklepu, apteki lub włamać się do mieszkania.

„Teść przyjaciółki poszedł do apteki i nie wrócił, jej mąż poszedł dzień później poszukać ojca i znalazł go zamordowanego w pobliżu apteki. Staraliśmy się siedzieć w piwnicy przez cały czas i nie rozmawiać głośno, szczególnie późnym popołudniem” - wyjaśniła Elena.
Kobieta powiedziała, że jej teściowa trzy tygodnie temu pochowała na podwórku matkę, która została zabita przez rosyjskie wojsko.
„Mój wujek na podwórku pomógł pochować jeszcze trzy osoby. Powiedział, że zwłoki leżały między domami dłużej niż jeden dzień, ponieważ z powodu mrozu nie można było wykopać dołu”- dodała.
Inna mieszkanka Mariupola, Tatiana, powiedziała, że Czeczeni wchodzili do mieszkań w poszukiwaniu dziewcząt poniżej 40 roku życia. Ukrywała swoją 18-letnią córkę w piwnicy dziewięciopiętrowego budynku i modliła się, aby przeżyła.
„To było bardzo przerażające okłamywać ich, stojąc pod karabinami maszynowymi. Mój sąsiad został poproszony o odwrócenie się, podczas gdy żołnierze bawili się z żoną i córką. Odmówił, po czym rzucono w nich granat. 10 mieszkań spłonęło w ciągu 15 minut” - powiedziała Tatiana.

Według Rzecznika Praw Obywatelskich Ludmiły Denisowej, ostatnio okupanci zaczęli "oczyszczać miasto" z ciał zabitych cywilów, paląc je w mobilnych krematoriach.
Burmistrz Mariupola Wadym Bojczenko powiedział, że do 21 marca zakłady użyteczności publicznej nadal rejestrowały morderstwa popełnione przez rosyjskie wojsko. W tym czasie oficjalna liczba zabitych wynosiła około pięciu tysięcy osób. Ponadto tysiące ludzi pozostało na ulicach miasta, zabitych przez artylerię wroga lub lotnictwo. Według Bojczenki dokładna liczba ciał jest niemożliwa do obliczenia.
Na początku wojny miasto liczyło prawie 500 tysięcy mieszkańców. Około 260 tys. mieszkańców Mariupola udało się ewakuować na Ukrainę, a kolejne 70 tys. czeka na ewakuację. Ponadto, według burmistrza, około 40 tysięcy osób zostało przymusowo deportowanych przez rosyjskie wojska okupacyjne do tak zwanej pseudorepubliki DRL i Federacji Rosyjskiej. Według jego szacunków w mieście przebywa około 120 tysięcy obywateli.


Komentarze
Pokaż komentarze