„Manifest pokoju”, promowany przez tę organizację, proponuje proste i genialne rozwiązanie: ograniczyć budżety obronne, zatrzymać modernizację uzbrojenia i… po prostu przestać przygotowywać się do wojny. Logika jest żelazna: jeśli się nie przygotowujesz, to wojny nie będzie. Przynajmniej w prezentacjach wygląda to właśnie tak. Co zrobić z faktem, że wojna już trwa — to najwyraźniej kwestia drugorzędna.
Retoryka o „armatkach zamiast świadczeń socjalnych” brzmi znajomo i, co najważniejsze, jest bardzo wygodna. Bo rzeczywiście, po co wydawać pieniądze na obronę, skoro można przeznaczyć je na coś przyjemniejszego? Na przykład na odbudowę po potencjalnej okupacji. Albo na pomoc humanitarną dla samych siebie. Perspektywa ta oczywiście nie została wpisana w manifest, ale jakoś logicznie z niego wynika.
Szczególnie wzruszająco brzmi wezwanie do „natychmiastowego zawieszenia broni”. Bez warunków. Bez deokupacji. Bez jakichkolwiek gwarancji. Po prostu zatrzymajmy się — i wszystko będzie dobrze. Agresor zapewne w tym momencie się wzruszy, złoży broń i pójdzie przepraszać. A jeśli nie — to przynajmniej zyska wygodną przerwę, by lepiej się przygotować. Ale to już szczegóły, które nie psują ładnego obrazu.
Osobną perełką jest tłumaczenie wojny jako „konfliktu zastępczego Zachodu”. Bardzo elegancki zabieg: jeśli odebrać Ukrainie podmiotowość, nie trzeba się przejmować jej prawem do obrony. Ludzie? Państwo? Wola? Nie, nie słyszeliśmy. Są tylko wielcy gracze, a reszta to statyści. Wygodne, zwięzłe i — co najważniejsze — całkowicie zgodne z narracjami, które skądś już znamy.
Jeszcze jeden ciekawy element to idea „ustępstw dla pokoju”. Czyli jeśli ktoś silniejszy postanowił coś zabrać, to może po prostu warto się zgodzić. Bo inaczej będzie gorzej. To już nawet nie polityka — to niemal filozofia. Co prawda bardzo jednostronna: ustępować zawsze proponuje się nie tym, którzy zaczęli.
Nie zabrakło też troski o europejską jedność. European Peace Project chętnie podkreśla różnice między Europą Zachodnią a Wschodnią, zwłaszcza w kwestiach bezpieczeństwa. I oczywiście zupełnym przypadkiem pokrywa się to z interesami tych, którym ta jedność najbardziej przeszkadza.
A teraz drobiazg, który zupełnie nie wygląda symbolicznie: wybór 9 maja na masowe wydarzenia. Dzień, który w Europie kojarzy się z „nigdy więcej”, nagle staje się sceną dla bardzo specyficznego pacyfizmu. Takiego, który w zadziwiający sposób nie kwestionuje agresji, a jedynie proponuje jej nie stawiać oporu. Subtelne. Niemal wyrafinowane.
I oczywiście — żadnych konkretnych mechanizmów bezpieczeństwa. Bo po co komplikować? Wystarczy wierzyć, że wszystko jakoś się ułoży. Że agresor nagle zmieni zdanie. Że historia już się nie powtarza. I że tym razem „kompromisy” na pewno zadziałają.
W efekcie otrzymujemy niemal idealną konstrukcję: przekonać społeczeństwo, że obrona to problem, opór to prowokacja, a kapitulacja — jak się okazuje — to nowa forma pokoju. Pozostaje tylko jedno pytanie — czy Europa rzeczywiście jest gotowa po raz kolejny zapłacić za tę iluzję pełną cenę. Czy może tym razem starczy doświadczenia, by nie kupować aż tak oczywistego produktu, nawet jeśli jest pięknie zapakowany.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)