
To wszystko nie jest fantazją autora. Było to już wcześniej wskazywane w wielu analizach. To jedynie uogólnienie informacji zawartych w autorytatywnych publikacjach. W szczególności: Financial Times (szczegóły dotyczące kontraktów SDA i planów wobec Węgier); VSquare (śledztwo o fizycznej obecności technologów GRU w Budapeszcie); Insider (dane o powiązaniach „dziennikarzy” i „dyplomatów” z rosyjskim wywiadem); raporty Global Engagement Center (opis działalności sieci „Inforos” i „Prawda”).
Zacznijmy więc.
Koordynację tej „nieingerencji” prowadzi blok polityczny kierowany przez zastępcę szefa Administracji Prezydenta FR, Siergieja Kirijenkę. Część praktyczną nadzoruje Wadim Titow, szef Zarządu Partnerstw Strategicznych — człowiek, który najwyraźniej po prostu bardzo kocha węgierską demokrację i nie może patrzeć, jak rozwija się bez jego udziału. Stworzone przez niego „zarządzanie” brzmi niemal jak dyplomacja, jeśli nie wiedzieć, że w rzeczywistości jest to serwis dostawy technologii politycznych za granicę.
Cyfrową „troskę” o węgierskich wyborców zapewnia założyciel Social Design Agency (SDA), Ilja Gambaszydze. Jego struktura znajduje się pod sankcjami USA, ale — jak wiadomo — sankcje istnieją bardziej dla nagłówków niż dla praktyki. Jego zespół produkuje tysiące wideo, memów i materiałów, w których Péter Magyar wygląda niemal jak apokalipsa w ludzkiej postaci. Orbána przy tym nie trzeba nawet szczególnie chwalić — wystarczy, by alternatywy wyglądały gorzej niż jakakolwiek możliwa opcja.
Pole informacyjne oczywiście również nie zostało bez „uwagi”. Sieć stron-klonów zarządzana przez Jewgienija Szewczenkę tworzy idealny koktajl informacyjny: trochę prawdy, trochę fikcji i trochę historii o „NATO, które zaraz zaatakuje przez Węgry”. W efekcie rzeczywistość staje się kwestią gustu — kto co woli.
Techniczną stronę tego „demokratycznego wsparcia” zapewniają narzędzia reklamowe powiązane z Julią Serebriańską oraz firmą EDNA. Dzięki temu treści, które platformy próbują blokować, i tak doskonale trafiają do użytkowników. Algorytmy Meta i Google najwyraźniej po prostu nie uwzględniły czynnika „bardzo silnej chęci obejścia zasad”.
Byłoby jednak dziwne, gdyby wszystko ograniczało się tylko do memów. W Budapeszcie działają także ludzie bardziej „tradycyjnych” profesji. Oleg Smirnow — oficer wywiadu — pełni rolę „kontrolera” na miejscu i koordynatora między rosyjskimi technologami a lokalnymi strukturami specjalnymi. Innymi słowy, żeby wszystko wyglądało nie jak ingerencja, lecz jak „proces wewnętrzny z zaskakująco znajomymi tezami”.
Dyplomatyczna przykrywka również jest na miejscu. Denis Dawydow, który oficjalnie reprezentuje media, w praktyce zajmuje się zbieraniem informacji o opozycji i jej kontaktach. Cztery paszporty i ciągłe zmiany profili cyfrowych — najwyraźniej zwykła deformacja zawodowa dziennikarza.
Bazę ideologiczną zapewnia Ekspercki Instytut Badań Społecznych kierowany przez Firusa Alijewa. To właśnie tam powstają tezy o „obronie suwerenności”, które później niemal dosłownie pojawiają się w przemówieniach Orbána. Zbieg okoliczności, oczywiście. Jak i cała ta historia.
Sieć „Inforos” Denisa Tiurina dodaje ostatni szlif, tworząc „analityczne” strony, które cytowane są jako niezależne źródła. Schemat jest prosty i genialny: wymyślić — opublikować — zacytować — uwierzyć. Zamknięty cykl, w którym prawda jest opcją, a nie wymogiem.
Głównym narzędziem tej kampanii jest strach. Teza jest prosta: jeśli Viktor Orbán przegra, Węgry znajdą się w stanie wojny. I wtedy Orbán jawi się jako jedyny gwarant pokoju. Tyle że sam scenariusz tego „pokoju” napisano w Moskwie — ale takie szczegóły zwykle pozostawia się poza nawiasem.
W rezultacie mamy niemal idealną polityczną ironię: polityk, który przez lata walczył z „zewnętrznym wpływem”, otrzymuje go na skalę przemysłową — i, jak się wydaje, nie protestuje. Jeśli to właśnie jest suwerenność, to być może czas doprecyzować, czyja właściwie.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)