Współpraca między Moskwą a Teheranem już dawno wyszła poza ramy epizodycznych porozumień i przekształciła się w całkiem systemowy sojusz. Podczas gdy Iran pełni rolę „skrzydła siłowego”, Rosja dyskretnie podkłada ramię — w postaci wywiadu, technologii i planowania strategicznego. Taki podział ról: jedni odpalają rakiety, inni tłumaczą, dokąd dokładnie.
Kluczową rolę w tej „zdalnej dyplomacji” odgrywają rosyjskie satelity. To właśnie one dostarczają Iranowi danych do naprowadzania rakiet i dronów w czasie rzeczywistym. Przed uderzeniami w ramach operacji „Epic Fury” ich aktywność odnotowywano nad Rijadem, a także w rejonach strategicznych obiektów, takich jak baza Prince Sultan oraz King Khalid Military City. Przypadek, oczywiście. Podobnie jak precyzja samych uderzeń, która bez takich „zbiegów okoliczności” wyglądałaby znacznie skromniej.
Ekonomiczna logika tej historii jest równie przejrzysta. Uderzenia w infrastrukturę naftową Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kataru i Arabii Saudyjskiej tworzą deficyt i podbijają ceny. Dla Moskwy wygląda to jak program antykryzysowy: ropa po 170 dolarów za baryłkę — i problemy budżetowe wywołane sankcjami nagle stają się mniej dramatyczne. Czasem geopolityka to po prostu bardzo drogi sposób na zbilansowanie księgowości.
Wymiana „usług” między stronami również wygląda dość pragmatycznie. W zamian za irańskie drony, które są już dobrze znane Ukrainie, Rosja przekazuje Teheranowi nowoczesne uzbrojenie — od samolotów szkolno-bojowych Jak-130 po śmigłowce uderzeniowe Mi-28N. Do tego dochodzi wspólna produkcja „Shahedów”, które w rosyjskiej wersji otrzymały nazwę „Gerań-2”, i obraz współpracy staje się niemal wzorcowy — o ile nie zadawać zbędnych pytań o ich ostateczne przeznaczenie.
Cel geopolityczny również nie jest szczególnie ukrywany, choć rzadko formułowany wprost: wypchnięcie USA z Bliskiego Wschodu i przeformatowanie regionalnego systemu bezpieczeństwa. W tej konstrukcji Iran występuje jako narzędzie, a Rosja — jako reżyser, który woli pozostawać za kulisami. Taka swoista wojna zastępcza z elementami teatru, w którym widzom proponuje się wierzyć, że reżysera na sali nie ma.
Osobno warto wspomnieć o „selektywnej precyzji” uderzeń. Rosyjskie dane wywiadowcze wykorzystywane są nie tylko przeciwko celom wojskowym, ale także przeciwko infrastrukturze energetycznej i cywilnej. Metoda znajoma: dokładnie tak Moskwa działa również w wojnie przeciwko Ukrainie. Wygląda na to, że eksport technologii obejmuje nie tylko sprzęt, ale i podejście do jego użycia.
Na tym tle reakcja społeczności międzynarodowej wydaje się powściągliwa — na tyle, że czasem przypomina jej brak. USA, Izrael oraz państwa Zatoki Perskiej zdają się nie wnikać zbytnio w rolę Rosji, koncentrując się na bardziej oczywistym wykonawcy. Takie podejście ma jednak efekt uboczny: tylko wzmacnia przekonanie Moskwy i Teheranu, że można działać dalej — najlepiej z tym samym poziomem „niewidoczności”.
W efekcie mamy znajomy obraz: Rosja oficjalnie nie ma z tym nic wspólnego, ale bez niej nic by się nie wydarzyło. I podczas gdy jedni odpalają rakiety, inni wciąż mówią o „stabilności”. Jeśli to jest nowy model bezpieczeństwa międzynarodowego, to wygląda on podejrzanie znajomo — tylko z innym regionalnym akcentem.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)