Tytuł nie jest próbą obalania wcześniej postawionej tezy, jest jedynie próbą szerszego spojrzenia na już istniejącą tezę. Niestety, ona po prostu jest. Nie musi być prawdziwa, tak jak nie musi być fałszywa.
Być może za szybko obciążamy samego Kaczyńskiego nie dowiedzioną tezą o jego udziale w decyzji o lądowaniu w trudnych warunkach. Być może za łatwo to nam przychodzi, ale przychodzić niestety musi mając w pamięci "prezydenckie naciski" i ich późniejsze reperkusje.
Kaczyński nie leciał sam, lecieli z nim inni tragicznie zmarli. Pamiętający bez wątpienia fiasko incydentu gruzińskiego. W takich okolicznościach budzi się w nas często poczucie solidarności. Autorytet prezydenta kraju mogącego zmienić decyzję o lądowaniu, mógł tym razem wymusić na pamiętających "gruzińskie" nieudane próby nacisku Kaczyńskiego wzmocnienie ich. Oparcie pozostałych osób będących na pokładzie mogło być w tym momencie przeważające, zwierzchnictwo sił zbrojnych dodatkowo również powoduje, że sytuacja na pokładzie mogła(choć nie musiała), powodować zupełnie inną, być może łatwiejszą wręcz decyzję o lądowaniu "pomimo". Delegacja mogła być większa niż prezydent i jeden generał.
Trudne warunki są dzisiaj najprawdopodobniejszą przyczyną tragedii.
Wyniki śledztwa odpowiedzą na to i na inne, nie mniej ważne pytania.
Okoliczności, które mogły powodować, że cały lot pójdzie na marne, i uroczystość będzie musiała mieć zupełnie inny przebieg, nie zasługują na powiedzenie o nich - bzdury. To była niezmiernie ważna wizyta. Jak łatwe może być podjęcie takiej decyzji, pokazują nam nawet przeciwnicy poglądu jakoby powodem katastrof mogła być zwykła ludzka lekkomyślność.
Twierdzenie przez nich, że wypadek był zupełnie niemożliwy(?) obrazowo oddaje sposób myślenia części ludzi w samolocie. Zdarza się... mieliśmy dowód, ale w niego nie wierzymy. Potrzeba lepszego wytłumaczenia?
Nie chcę oceniać ludzi, nie teraz, za wcześnie, sam też bym być może sie tak zachował. Być może to nie był powód. Nie ma nieomylnych.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)