Ateiści mówią: „Śmierć to nie problem. Nie ma się czego bać”. Niektórzy ubierają to w naprawdę pięknie brzmiące wyjaśnienia:
„Umrzemy, i to czyni z nas szczęściarzy. Większość z ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na arabskiej pustyni. […] Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie” („Bóg Urojony” - Richard Dawkins).
Nie mam pojęcia, czy te słowa wypływają z głębokiej akceptacji śmierci, czy są jedynie dowodem wyjątkowej elokwencji ich autora. To nie ma większego znaczenia. Spójrzmy jeszcze raz na pytanie – czy Bóg istnieje? Odpowiadamy prawie zawsze jednoznacznie: „tak” – gdy jesteśmy osobami wierzącymi, lub „nie” – gdy jesteśmy ateistami.
A nawet coś więcej
Ja uważam, że nie mogę tego rozstrzygnąć, a przede wszystkim, że nie muszę tego rozstrzygać. Nie chodzi wyłącznie o to, że jest to kwestia właśnie wiary/niewiary, a nie jednoznacznego dowodu. Najważniejsza jest odpowiedź na inne pytanie, które każdy rozsądny człowiek powinien sobie zadać:
Jakie byłyby konsekwencje mojej pomyłki? Jaki koszt poniosę ja i inne osoby, na których mi zależy, gdybym jednak nie miał racji?
I co się okazuje, jeżeli się pomylę? Czy to, o czym pisał już wiele lat temu Pascal – że moja strata nie będzie zbyt duża?
Ja nie ponoszę wręcz żadnych kosztów, żadnej straty!
Pomyłka nie ma dla mnie znaczenia.
Przecież nie przekonam się o tym nigdy. Umierając, pomimo nadziei nigdy nie zostanę wskrzeszony i nie stanę przed Bogiem w dniu Sądu Ostatecznego. Umarłem – moje ciało zgniło. Pozostały po mnie tylko wspomnienia: u moich dzieci, być może u wnuków. Problem rozwiązuje się sam. Prawda była po stronie ateistów. Ale mnie nie obchodzi ta prawda. Ona nie jest żadną wartością w moim życiu. To się nie liczy, bo mnie już nie ma i nigdy nie będzie. W chwili śmierci – jeżeli będę miał świadomość tego, że za chwilę nastąpi – po prostu będę się bał mniej, niż gdybym był ateistą. Tym samym ostatnia chwila mojego życia, w sumie bezsensownego życia, okaże się mniej bolesna. Mam jednak ogromną przewagę w stosunku do ateisty – tę, że
nigdy nie przekonam się o swojej pomyłce.
Inne tematy w dziale Społeczeństwo