Prolog
Każdy z nas dobrze wie, że jeśli chce się w jakikolwiek sposób zajmować polityką, to pierwsze co należy wtedy robić, to przede wszystkim na czas jakiś zawiesić swoje myślenie zdroworozsądkowe. Dlaczego? No kiedy np. tak zwany normalny człowiek chce zrobić zakupy, to sprawdza ile ma w portfelu, bierze torbę, idzie do sklepu, kupuje to co trzeba, a potem wraca z tym wszystkim niechybnie do domu. Co zrobiłby w tej sytuacji polityk? Zacząłby najpewniej od powołania odpowiedzialnej za domowe zakupy instytucji. Potem poszedłby do tego sklepu najdalszą jak się da drogą, zrobiłby z osiem wokół tego sklepu okrążeń, zamiast cukru kupiłby wełniane rękawice, a po drodze do domu najprawdopodobniej by te rękawice na dodatek zgubił. Sami widzicie, że tutaj wszelkie racjonalne działania nie są mile widziane.
Sport, muzyka oraz gry
Ekstremalnym wydaniem tego typu psychodelicznego wymiaru polityki, jest cuś takiego, co to się nazywa Ministerstwem Sportu. Chyba żeby było jeszcze śmieszniej, dodano do nazwy tego ministerstwa Turystykę. Na czym jak na czym, ale na turystyce to politycy znają się dobrze, mając na względzie fakt, iż wyjątkowo chętnie przemieszczają się po całym świecie, niby to oczywiście w naszych interesach. Oczywiście również najchętniej za krew upuszczoną z naszych podatków.
Po co nam więc minister sportu? To pytanie od razu, bardzo naturalnie wypada nam niemalże samo z ust – o ile jeszcze całkiem nie oduczyliśmy się myśleć racjonalnie, a mam nadzieję że nie jest z nami całkiem źle. Biorąc pod uwagę nasze budżetowe realia, można by razem z Ministerstwem Sportu postawić w jednym rzędzie jeszcze np. Ministerstwo Kultury. W obu bowiem, nie dość że nie ma nigdy w ogóle żadnych pieniędzy, co powoduje że nie mają te urzędy de facto wpływu na cokolwiek, to po prostu stały się one przede wszystkim wyjątkowo przyjemnym sanatorium dla wszelkich politycznych spadów, co to nic nie umieją, a trza im dać przecież po wygranych wyborach jakowąś synekurę. Zasada jest prosta. Im mniej się dany delikwent zna na tym, czym ma zarządzać, to tym lepiej. W założeniu tym, osoba piastująca owe stanowiska ma sobie bezboleśnie przetrwać kadencję, czując się odpowiednio uhonorowana ministerialnym stolcem, nie mając też przy tym nic konkretnego do roboty, ani nie rzucając się wyborcom zanadto w oczy. Bo kogo w Polsce tak naprawdę obchodzi sport ( oprócz momentów kiedy wygrywa Małysz, Kowalczyk, czy kiedy raz na ruski rok nasza kadra coś ugra ), czy, co gorsza, kultura?
Historia tego wspaniałego politycznego wynalazku, pokazuje nam jednak iż wcale tak nie jest jak w owych założeniach – bo pokazuje ona, że ministerstwo sportu, to nie dość że stanowisko dziwne, po części niepotrzebne, to i jak się okazuje, wyjątkowo dla obejmującego je niezbyt, koniec końców , przyjemne w skutkach.
Wybierzmy przyszłość!
Wszystko zaczęło się jeszcze – a jakże - za komuny. Na odcinek sportu rzucano wtedy młode wilczki, którym - jak się wydawało ówczesnym bonzom - jeśli da się takie stanowisko, to przestaną się mądrzyć i zagrażać starszym kolegom. Komitet Młodzieży i Kultury Fizycznej. Brzmi pięknie prawda? Temu PRL-owskiemu ciałku przewodniczył u progu swej bujnej kariery, nie kto inny jak sam przyszły Prezydent Obojga Kadencji, niejaki Kwaśniewski „chora goleń, choroba filipińska, nie idźcie Sabo tą drogą” Aleksander. Ten akurat, ( to wyjątek jak się niedługo w tym tekście przekonamy ) mimo zajmowania się sportem z poziomu urzędnika centralnego, skończył całkiem dobrze. Nie dość że został Disco-Prezydentem, to jeszcze wino otworzył na cześć jego prezydenckiej elekcji, nie kto inny a sam Jarosław Kaczyński. Który zresztą przez czas jakiś pełnił funkcję – tak, tak! – p.o. ministra sportu w czasie gdy był premierem rządu. Czego my się tu dowiadujemy!
Strzał z inką-d
Potem było już tylko gorzej. Nie istniało formalnie jeszcze ministerstwo sportu – ludzie wtedy myśleli jeszcze całkiem rozumnie i nie dałoby im się wcisnąć takiej ciemnoty. Urząd Kultury Fizycznej i Turystyki - tak to się wówczas nazywało. Szefem tego asamblu, był w latach 90-tych śp. Jacek Dębski. Postać dwuznaczna niezwykle. Z jednej strony próbował nieśmiało walczyć ze zdegenerowanym wtedy do granic ludzkiej przyzwoitości piłkarskim środowiskiem, uosabianym przez śląskiego cappo di tutti cappi, zwanego dla niepoznaki prezesem PZPN – mowa o Marianie Dziurowiczu. Wiele Dębski nie osiągnął, ponad to, że jednak pierwszy opór korupcyjnej materii został wtedy lekko nadkruszony, jednakże nikogo za łapsko złapać się – choćby przez luki w prawie - nie udało. Potem jednak, szef UKFiT zadarł już nie z piłkarską, a z tą najprawdziwszą mafią – zginął również od jej najprawdziwszych kul. W latach późniejszych, na szczęście, szefowie polskiego sportu już nie ginęli, niemniej jednak politycznie kończyli bardzo źle. Ministerstwo Sportu stało się niejako trochę pewnego rodzaju przekleństwem. Klątwa Ministerstwa Sportu?
Chodziarz i jego wychodne
Przypomnijmy. W roku 2005 powstaje ustawa o Ministerstwie Sportu. Jego szefem, zostaje zapomniany już nieco przez nas wszystkich niejaki Tomasz Lipiec. Oczywiście jak każdy przed nim i każdy po nim, zaczyna on swoje urzędowanie od wojowniczych okrzyków w kierunku PZPN-u, by potem chyłkiem się z tego wycofywać, i wreszcie skończyć niemalże tragikomicznie. Lipiec, który przez krótki okres swego działania pozuje na pisowskiego jastrzębia, wpada na machlojkach korupcyjnych wokół – tu zapowiedź przyszłych nieszczęść – budowy Stadionu Narodowego i wyprowadzony zostaje w kajdanach przez funkcjonariuszy służby powołanej przez jego własny rząd czyli mianowicie CBA. Smutno, prawda?
Potem ministrem sportu zostaje Elżbieta Jakubiak. Ona kończy w miarę dobrze (ogarnia sprawy związane z Narodowym), ale tylko dlatego najprawdopodobniej iż zanim zdąży w coś się wplątać, wcześniej upada rząd PiS-u. Tak czy siak pani Elżbieta traci stanowisko, co nigdy nie jest faktem przyjemnym, i co przecież też można na potrzeby naszego tekstu zrzucić na dowód działania wyżej wspomnianej klątwy. Potem jest już tylko śmieszno-straszno, bowiem do akcji wkraczają ministrowie Sportu z ramienia PO.
POwstań wyklęty ludziu
Kogo my tu mamy? Najpierw Miro „Drzewko, Dziki kraj” Drzewiecki. Postać, o której wiele nie trzeba pisać, bo to człowiek-legenda niemalże. On – mimo iż silny kumplostwem z samym Donaldo – także nie potrafi ujść przed toporem „Klątwy MS”. Niby taki mocarz, a potyka się siedząc na ministerialno-sportowym stołku, o własny, zbyt długi jęzor, i spada w polityczną przepaść. Dawni pryncypałowie spuszczają tylko na odchodne za nim wodę. Wydawałoby się, że ta krótka kwerenda losów jakie były udziałem ministrów sportu, odwiodłaby największego szaleńca od zajmowania się tą materią. A gdzież tam. Polityka to narkotyk, a sztachać się tym narkotykiem chce wielu, bez względu na koszta.
Joanna Mucha. To następna i ostatnia jak dotąd minister sportu. Tu już nie napiszę słowa więcej komentarza, gdyż przekracza to moje, niemałe przecież, zdolności metafizyczne. Ruszyła ziemię, wstrzymała Superpuchar a potem jeszcze za to wszystko podziękowała ministerialnym listem Ekstraklasie, wykonując przy tym wszystkim idealny telemark. Charlie Chaplin i konik Buratino w spódnicy zarazem. Dzięki niej, stanowisko Ministra Sportu nabrało wreszcie godnego swemu wymiarowi przedstawiciela. Świat Ministerstwa Sportu po okresie Joanny Muchy nie będzie już taki sam.
Epilog
Nie wiem tylko czy jeszcze ktoś się na to wszystko skusi. Pewnie się skusi. Panowie politycy. Mam dla Was świetną radę – wiem że pomysły na wycinanie wrogów wam się kończą to podrzucę wam jeden za friko, bo straszne z was ciapy. Jak się chcecie kogoś pozbyć a potem patrzyć jak ten ktoś kona w mękach dajcie mu ministerstwo Sportu i Turystyki. Howgh.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)