Uwaga – dziś Marcin_KK będzie znowu straszny. Kobiety, dzieci i starcy do lasu, trzoda i bydło do sąsiadów.
Nie kupuję „Urze” zawsze i wszędzie, jednak w miarę regularnie, dzięki czemu widzę wciąż rosnącą jakość tego wydawnictwa którego przecież podstawową zaletą jest nadal to, że znaleźć w nim można – pisząc kolokwialnie - „coś innego”. Czy trzeba zawsze i wszędzie klaskać nad tekstami pojawiającymi się w „Uważam Rze”? Nie trzeba. Sam fakt jednakże, pokazujący że nie trzeba krajać kiełbasy zawsze tak jak oczekują tego „szerokie masy” by mogło być to smaczne, jest budujący. Do rzeczy jednak.
Nie jest „Uważam Rze” oczywiście bez wad. Mnie samego zawsze nurtuje pytanie tego typu: co pośród tak sprawnych dziennikarsko redaktorów jak Semka, Karnowscy, Mazurek czy Zaremba robi dżentelmen nazywający się Krzysztof Feusette. Doprawdy nie rozumiem tego. Bo jeśli na chleb w ogólnopolskim tygodniku może zarabiać red. Feusette, to przecież, jak raz, mogę i ja. Ba, może to robić każdy inny, bardziej nawet ciapowaty jeszcze bloger niż ja sam, a i tak byłaby to znaczna poprawa jakości. Żeby nie powiedział ktoś, że Marcin_KK znów się nad kimś bezpodstawnie znęca, uzasadniam swoje czepialstwo poniżej.
Mam pewne przekonanie graniczące z pewnością, że w katakumbach redakcji postanowiono stworzyć dziennikarza będącego połączeniem, powiedzmy, inteligentnie ironicznego Mazurka z tnącym niczym kosą w sierpniowe żniwa Wildsteinem. Jak postanowiono, tak zrobiono, tyle że ten dziennikarski „Frankenstein”, choć powołany w końcu do życia, gibie się na wszystkie strony jakby się szaleju jakiegoś najadł. Tekstami redaktora Feusette można by wręcz robić próby obciążeniowe na mostach – taki to ciężar. Gdyby jednak to tylko ciężkie było, byłoby pół biedy. Co gorsza jest to wszystko do tego niezwykle infantylne.
Red. Feusette, co by nie robił i o czym by nie pisał, zawsze wychodzi mu to samo. Czyli proste jak budowa cepa klechdy o III RP, w sam raz do czytania dla filozofek pisujących do S24 znad gara gotującego się barszczu. Red. Feusette warzy – trzymając się kulinarnych skojarzeń – swoje potrawy zawsze z tych samych surowców. W każdym jego tekście musi być coś o Michniku, coś o Wyborczej, coś o bezwzględnie dręczonym nawet przez małe dzieci PiS-ie oraz o upadającym świecie wartości wszelakich, nad którym to można tylko usiąść i płakać, bo już nic nie da się najprawdopodobniej z tym zrobić. Wszystko to pisane w nieznośnej manierze pierwszoławkowego kujona, który nawet opowiadając o walorach Moniki Belucci uśpiłby w ten sposób stado wielokrotnych recydywistów trzymanych przez trzydzieści lat w celi śmierci.
Prawica czy szerzej konserwa szczyci się - i słusznie - tym że odwołuje się do pewnych wartości, że kieruje swoją ofertę do ludzi którzy nie chcą czytać bajek i nie zadowalają się mieleniem powietrza. Po co więc łamać te zasady i czynić z poważnych spraw materiał do tworzenia mitologii dla ubogich? Doprawdy, czy na pewno potrzebny jest nam konserwatywny Pacewicz, dla którego nie istnieje żaden temat którego nie dałoby się spłycić i sprowadzić do rangi bajek dla ubogich?
Czytam te jego teksty, każdorazowo mając nadzieję że albo wreszcie napisze on coś dobrego, albo w końcu red. Lisicki spieszy go gdzie pieprz rośnie. Tymczasem jest coraz gorzej. Redaktor Feusette, chce być najwyraźniej bardziej ironiczny niż Mazurek, bardziej wojowniczy niż Krasnodębski, a do tego czasami mam wrażenie że chciałby on w jednym tekście pisanym na wzór wszystkich powyższych publicystów, zagiąć jeszcze parol na Zarembę. Efekt? Teksty które nie nadają się ani na poważne analizy, ani na żartobliwe szmoncesy, ani na wojownicze pokrzykiwania. Obawiam się, że w teksty red. Feusette nie uwierzyłby nikt, ani nie potraktował ich poważnie, nawet w redakcji Gazety Polskiej.



Komentarze
Pokaż komentarze (78)