Zawsze gdy patrzę na premiera migającego mi gdzieś w mediach, zawszekroć zastanawiam się nad jego fenomenem. Jak to się stało, iż polityk ten z pozycji wiecznego chłopca, czy też „wiecznego drugiego”, przeistoczył się w kogoś kto przeciętnemu Polakowi powoli utożsamiać się zaczyna ze słowem premier, na takiej samej zasadzie, jak każde buty sportowe nazywane są u nas „adidasami”. Tusk, zawsze kiedy widzi się go w mediach, sprawia wrażenie człowieka który – nie wiem czy to gra, czy mu to naturalnie przychodzi – znalazł się na tej ważnej funkcji niejako przypadkiem, tak jakby przechodził przez ulicę i ktoś zawołał go z okna – hej, nie chcesz pan sobie trochę porządzić?
Donald Tusk doskonale ten mechanizm wyzyskuje i chyba jest go w zupełności świadomy. Cały czas wygląda on – pomimo premierowania - na faceta którego można by spotkać na kręgielni, albo w centrum handlowym. Puszcza wciąż oko do wyborców, biorąc często swoimi wypowiedziami, mimiką czy sytuacyjnymi żarcikami całe swoje to premierowanie w pewien cudzysłów, pokazując owym wyborcom iż to wszystko to co oglądają to jakby trochę na niby się dzieje. Często bez krawata, w rozpiętej marynareczce, jakby w pędzie pomiędzy pracą, zakupami dla rodziny, grillem i meczem.
Niech się jednak nikt nie da nabrać, iż to coś nowego w polskiej polityce i Ostachowicz wymyślił koło na nowo.
Był – a w zasadzie wciąż jest – pewien polityk,który działał na podobnej zasadzie i to dłużej od Tuska. Nie musiał nic robić, a sondaże miał zawsze wysokie. Naród wybaczał mu wszystko, tak samo jak wybacza dziś Tuskowi, i czasem tylko, tak żeby nie było za słodko, groził mu paluszkiem chwilowego spadku zaufania, a potem wszystko znów wracało do normy i była pełna wzajemna miłość. Polityk ten, to oczywiście Aleksander Kwaśniewski. Lubiany przez wszystkich jak zupa pomidorowa, taki jakby kumpel, człowiek który doszedł do wysokiego stanowiska w państwie, ale tak naprawdę każdy z nas ( tak chyba myśli przeciętny wyborca ) mógłby go zastąpić. Brat łata, swój chłop, mignięcie okiem, marynarka bez krawata, wypady na narty, opalenizna i co tam kto jeszcze chce. Nawet córka medialna lansiara jest. Pies chyba też. Toż to przecież niemal toczka w toczkę to samo co u Tuska.
Kwaśniewski zniknął z topu, tylko dlatego bo mu konstytucja nie pozwalała na kontynuowanie jego bezwzględnej dominacji w polityce, ale gdyby nie ta konstytucja, to pewnie do dziś jeszcze byłby prezydentem. No więc naród szybko znalazł sobie następcę w postaci Tuska właśnie. Ilość „swoich chłopów” w polityce musi się zgadzać i szef PO doskonale w tę lukę się wpasował.
Musimy sobie uświadomić że tego typu politycy poruszają się po innej orbicie niż reszta. Tam już pewne mechanizmy, tak bezwzględne dla wszystkich innych, w przypadku „swojego chłopa” tracą swoją moc. Jeden poleci w niebyt za byle co, a „swój chłop” może się kiwać pijany nad grobami żołnierzy i w nagrodę dostaje jeszcze reelekcję. Tak samo jest z Tuskiem. Przyznam szczerze, że nie bardzo wierzę w to, żeby naród dopuścił, aby ten post-Kwaśniewski poszedł w jakąkolwiek niełaskę. Naród dopóki będzie widział oczami wyobraźni „chorego z nienawiści” Kaczyńskiego siedzącego w swej wieży w Mordorze, knującego tam w ciemności nad jakimś kolejnym złowieszczym i podstępnym planem, nie dopuści do tego i Tusk będzie biegał w rozpiętej marynareczce bez krawata jeszcze bardzo długo.
Tym bardziej że jako premiera konstytucja się go nie ima. Może być wybierany na „swojego chłopa” jeszcze z pięćdziesiąt razy.



Komentarze
Pokaż komentarze (65)