Wiele się mówi o słabości polskiego parlamentaryzmu, zresztą nie bez przyczyny. Sejm zalewa nas morzem niepotrzebnego i kulawego prawa zatwierdzanego przez tzw. "mięso armatnie" lub "plankton", którego jedynym objawem żywotności jest masowe - wzdłuż linii dyscypliny partyjnej - wznoszenie kończyn w czasie głosowań. Co oni tam przegłosowują - sami pewnie nie wiedzą. Uświadamiał nas niedawno o tym procederze mającym miejsce także w Europie, europoseł Migalski.
W naszym przypadku jest jeszcze gorzej. Każdy nowomianowany poseł z miejsca nabiera manier iście szlachecko-pańskich, każe całować ludowi pierścień oraz otwiera swoje biuro poselskie w którym nigdy nie bywa. Wiecznie jest " w terenie". Poseł wg. polskiego posła ma posłować - czyli jeżdzić po kraju z gospodarskimi wizytami i utwierdzać miejscowy aparat w przekonaniu że on - poseł - trzyma rękę na pulsie. No i ma poseł pilnować swojego podwórka, bo Brutusów wszędzie wielu i nigdy człowiek nie wie kiedy mu ktoś wbije rdzawy sztylet w plecy. No i od czasu do czasu wpada się na głosowanie. Generalnie im mocniej poseł nas zapewnia że "coś robi" tym bardziej udowadnia nam tym, że poza "aparatczykowaniem" nic więcej go nie trudzi.
Poza tym posłowie się nudzą. Zakupiono więc na te nudy remedium w postaci tabletów. Wytłumaczenie? Będą zużywać mniej papieru. Oczami duszy i wyobraźni już widzę jak posłowie w czasie wielogodzinnych obrad plenarnych dotyczących regulacji rynku trzody chlewnej, czytają interpelacje albo maile od wyborców. Każdy kto musi pracować przy komputerze dobrze zna ten syndrom pt. "no dobra - jeszcze tylko zajrzę na jedną stronę i już wracam do roboty".
Niedługo nastąpi wysyp nowych blogerów posłów. Ratuj się kto może. Na szczęście poseł Kłopotek powiedział że nie odbierze swojej tabletki..tfu tabletu. Ufff.



Komentarze
Pokaż komentarze (28)