Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
467
BLOG

Nowe wybory? Świetny pomysł-tylko po co?

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Polityka Obserwuj notkę 16

 

Choć jak każdy w miarę normalny człowiek odczuwam niechęć do polityków, to jestem już z koniecznością ich istnienia jakoś tam pogodzony. Obce są mi ciągoty anarchistyczne, monarchistyczne czy po prostu zamordystyczne – te ustroje już były przerabiane. Tak więc nie ma wyjścia – politycy byli, są i będą. Ba, nawet mi się zdarza często bronić naszej klasy politycznej w różnych dyskusjach. Bowiem nie interesują mnie fantazje ani bajania o jakimś nowym, bliżej nieokreślonym i wspaniałym systemie, który sprawi że świat będzie wyglądał jak na ulotkach Świadków Jehowy. Choć czasami opadam z sił. Oprócz wielu wad jakimi obarczona jest nasza klasa polityczna wyróżnia się ta najbardziej dojmująca. Bo wychodzi na to, że jedyną receptą na zły stan państwa, póki co wg naszych polityków są...nowe wybory.

Scenariusz jest zawsze ten sam. Przychodzi nowy rząd i od tego momentu włącza się stoper odliczający czas jego istnienia, a wyborcy zerkają na niego niczym trenerzy lekkoatletów. Wiadomo przecież, że wcześniej czy później rządzący się na czymś, lżej lub mocniej, wyłoży. Wiedzą to też sami ci aktualnie rządzący i można to wyczuć z tego, że zwykle tak w zasadzie za nic poważniejszego nie chce im się zabrać – po co, skoro i tak zaraz będzie trzeba się pakować?

Potem dalej tak samo. Najpierw nieśmiało, potem coraz śmielej rozlegać się zaczyna kocia muzyka. Każdy tłucze już pod koniec w to co ma tam pod ręką, niczym więźniowie łyżkami w puste miski. No i nie ma już w pewnym momencie wyjścia – trzeba zrobić nowe wybory. Po co? Po to chociażby aby „oczyścić atmosferę”. Ci którzy akurat są w opozycji mają wtedy swoje pięć minut. Nic ich nie ogranicza – oprócz może własnej wyobraźni – jeśli chodzi o obiecywanie. Słyszeliśmy już różne zapewnienia – począwszy od tych najsłynniejszych o „pełnych szufladach ustaw”. Ci na szczęście chyba raczej nieprędko nam już coś obiecają.

Tak więc wiary we mnie coraz mniej na to, że kolejne wcześniejsze wybory są coś w stanie realnie odmienić. Zwłaszcza dziś, kiedy moim zdaniem najpoważniejszy kandydat do przejęcia kierownicy, czyli PiS, nadal nie jest do ponownego rządzenia gotowy. Poza autentycznymi jak sądzę chęciami do pójścia we władzę, na razie niewiele mnie przekonuje iż jest inaczej. Wciąż nie wykreowano szerokiej kadry – choćby takiej jak w 2005 roku – ludzi, którzy mogliby ustanowić jakiś sensowny gabinet cieni. Nie słyszę i nie widzę tego czego bym oczekiwał – spójnego i kompleksowego planu działania którym machano by z konferencji prasowych. Bo to że zapewni mnie się „ że teraz już będzie lepiej” w to nie wątpię. Spójrzmy jednakże na chłodno na realia.

Po co robić przyśpieszone wybory? Oczywiście, ktoś przytomnie może stwierdzić (i będzie mieć dużo racji) że już samo odsunięcie PO od władzy będzie jakimś pozytywem. Tylko czy to będzie odsunięcie? PO straciło swój blask, to jest oczywiste, aczkolwiek nie widać póki co aby partia Tuska zjechała do jakichś 10%. Oznaczać to więc będzie jedynie pewne przetasowanie, i nawet jeśli PiS-owi udałoby się wygrać, to nie będzie to hegemonia. Mało tego – być może powstać by musiał jakiś rząd mniejszościowy, a w takich warunkach PiS już rządził i wiemy jak to się skończyło.

Jest jeszcze inny aspekt tej sprawy. Jeśli ktoś myśli, że Palikot i SLD znikną w tych wyborach z powierzchni ziemi to się grubo myli. Może się okazać, że po ewentualnych przyśpieszonych wyborach, PiS stanie oko w oko z upasionym punktami procentowymi Ruchem Palikota i z giermkami u boku w postaci SLD, być może PSL-u, a także przecież i pewnie z pałającą chęcią zemsty PO, która już wtedy pewnie nie cofnie się przed niczym. Nie widzę specjalnie możliwości na jakiś inny scenariusz.

Co więc robić? Czekać? Pozwalać Polsce na dalsze miesiące i lata stagnacji? Nie. Pracować dalej, szykować dobry program, wykuwać kadry i dopiero wtedy wziąć się do działania.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (16)

Inne tematy w dziale Polityka