194
BLOG
Kiczowata dekoracja. Zapach garkuchni. Duchota. Długa kolejka. Jadłospis na ścianie który nie zmienia się od lat. Panie w granatowych lub czerwonych fartuszkach w białe groszki i w białych czepkach. Atrakcyjny cennik gdzie najdroższe danie kosztuje ok. 7 zł. Talerze z wytartym, przeważnie niebieskim, logo „społem” , czasami popękane i ukruszone. Puste solniczki. Lekkie, aluminiowe, często powyginane, sztućce. Obrusy w kratkę, często poplamione. Obowiązkowe plastikowe, zakurzone kwiatki w wazoniku na każdym stole. Czasami na stole są też bibułki. Nie jest to zwykła restauracja czy stołówka. Nie słychać rozmów towarzyskich ani muzyki. Nie zostawia się napiwków. Nie narzeka się na obsługę. Słychać jedynie odgłosy sztućców przerywane głośnym wezwaniem po zamówione danie. Jest duża rotacja bo i konsumpcja szybka. Klienci to studenci, bezrobotni , bezdomni, pracownicy pobliskich firm w garniturach i krawatach, dziadkowie z wnukami i turyści. Wydaje się, że bar mleczny to placówka integracyjna. Po wyjściu z tego miejsca zabieramy ze sobą niecodzienną pamiątkę - zajady. Ale czego się nie robi by zmienić choć trochę codzienne rytuały. Nie przeszkadza brudny obrus jak dostaje się pyszną domową zupę pomidorową czy chłodnik z jajeczkiem. Nie myśli się o zajadach jak zajada się kopytka z sosem grzybowym czy pyzy z roztopionym masłem i skwareczkami. W prawdziwym barze mlecznym czas stoi w miejscu i może na tym polega jego urok.



Komentarze
Pokaż komentarze (25)