Bronisław Maria Karol hrabia Komorowski herbu Korczak, marszałek Sejmu Rzeczypospolitej i drugi w historii (po Macieju Rataju, pochodzenia chłopskiego, bez herbu, któremu przypadło pełnić tę funkcję dwukrotnie) p.o. prezydenta RP, dużo ostatnio mówi o dumie. Jakby chciał nas na sto czy nawet dwieście procent przekonać, że Platforma w ciągu dwóch lat rządów spełniła obietnicę z kampanii wyborczej Donalda Tuska, który wszak deklarował na plakatach, że "będziemy dumni z Polski". Hrabia-marszałek już jest dumny. Bardzo dumny.
Gęstość odniesień do dumy narodowej w ostatnich przemówieniach Komorowskiego jest zadziwiajaca (chciałoby się powiedzieć: zdumiewająca). Do tej pory myślałem, ze to PiS jest od dumy narodowej i kondensowania polskosci, a PO od tworzenia "drugiej Irlandii", z której na razie posiedliśmy trzy rzeczy - katolicyzm, pijaństwo i brak autostrad. Wszystkie trzy bez udziału Platformy. Tymczasem marszałek , jak się okzauje, też jest dumnym Polakiem i kocha nasze symbole narodowe. Nie tylko zresztą on, ale cała Platforma nagle zrobiła się "narodowa w treści" - od momentu katastrofy jakoś znikły zza pleców premiera flagi unijne. Do symboliki UE przyznaje się póki co tylko SLD, co jest paradoksem historii, bo jest on przecież kontynuacją ugrupowania, które przez 45 lat robiło wszystko, żebyśmy nigdy nawet nie mogli pomyśleć o wejściu do tej organizacji.
"Dumna biało-czerwona, dumna nasza polska flaga. Podniosimy ja dziś wysoko" - zaczął marszałek swoje przemówienie 2 maja. Zakończył zaś postulatem umocnienia i odbudowy autorytetu armii, "aby znowu mogła, dumnie, ale i spokojnie, załopotać biało-czerwona flaga." Przy okazji dostało się tym wszystkim, którzy próbują drążyć sprawę odpowiedniego przygotowania pilotów i ustalania składu pasażerów wojskowego przeciez samolotu. Okazało się, że kto ma wątpliwości, ten "godzi w dobre imię wojska" i "przyczynia się do nadszarpnięcia opinii polskich sił zbrojnych" (swoja drogą to drugie zdanie zyskało w ustach marszałka osobliwą forme, po polsku mówi sie raczej "nadszarpnięcie opinii o siłach zbrojnych"), a przecież trzeba dbać o "naturalną w polskim społeczeństwie miłość do armii".
Jeszcze dumniej było dzień później. Na placu Piłsudskiego dowiedzieliśmy się oto, że "obchodzimy święto słusznej, narodowej dumy", że myśląc o Konstytucji 3 Maja "z dumą wspominamy, że uczynilismy wtedy wielki krok naprzód", że 3 maja jest zwykle "świętem radosnej dumy", i że "mamy prawo być dumni ze współczesnego państwa polskiego". A wobec tego "mamy prawo z dumą podnieść głowę, wysoko podnieść polskie głowy, bo możemy byc dumni" nie tylko z tradycji Konstytucji, ale i ze wszystkiego innego. Nie wiem, czy spin doktorzy PO swiadomie tak tę dumę zagęscili, czy przypadkiem tak im wyszło, efekt jest jednak odwrotny od zamierzonego, bo co uważniejsi słuchacze mogli się w pewnym momencie zacząć bawić w liczenie tych "dum" i zastanawianie się, ile ich jeszcze będzie.
Co gorsza, potencjalny (i zapewne najbardziej prawdopodobny, z uwagi na prowokowany przez Platformę strach części społeczeństwa przed tak zwanym kaczyzmem) przyszły prezydent Najjaśniejszej nie za bardzo potrafi przemawiać. Co z tego, że zachęca do manifestowania dumy, skoro te jego zachęty wypowiadane są mechanicznym głosem, z manierą typową dla uczniów odpowiadających z pamięci przy tablicy. Komorowski mówi drętwo, bez przekonania, a wszelkie próby zwiększenia emocjonalności wypowiedzi wypadają u niego sztucznie. TVP nadała przed poniedziałkowymi uroczystościami fragment przemówienia śp. Lecha Kaczyńskiego, i na tym tle Komorowski wypadł bledziutko, mimo znanych skądinąd wad sposobu mówienia tragicznie zmarłego prezydenta. Słuchając hrabiego Bronisława, miałem wrażenie, jakby był on gdzieś obok czy ponad tym co mówi, poza tym daje się u niego wyczuć pewien lęk przed występowaniem w nowej roli. Do tego, chcąc zapewne zachować właściwa okresie pożałobnemu powagę, wszystkie swoje wystapienia wygłasza on w ostatnich dniach z ponurą miną. W rezultacie marszałek wygląda jak smutna sowa siedząca na bezlistnej gałęzi w deszczową noc.
Niestety - obawiam się, że tak przemawiającego prezydenta będziemy musieli znosić przez następne pięć, a może i dziesięć lat. Jeszcze zatęsknimy za autentyzmem przemówień Kaczyńskiego, za potoczystymi kaskadami mów Kwaśniewskiego, za robociarską chropowatoscią wystąpień Wałęsy, ba - nawet za specyficznym, nie pozbawionym perwersyjnego uroku stylem Jaruzelskiego! Komorowski jest niestety mówcą drętwym, dużo lepiej wypada w wywiadach czy innych swobodnych wypowiedziach, gdy nie musi odtwarzać przygotowanego wcześniej tekstu. Może tak powinien się w przyszłości częściej kontaktować ze społeczeństwem?
Mistrzem krasomówstwa marszałek nie jest - miejmy więc nadzieję, że na innych polach prezydenckiej aktywnosci poradzi sobie lepiej...


Komentarze
Pokaż komentarze (5)