Z perwersyjną przyjemnością oglądałem wczoraj nietęgie miny sztabowców PO, którzy ogłaszali w telewizji, że ich kandydat zdołał zebrać 770 tysiecy podpisów. Liczba ta miała powalić na kolana zarówno wyborców, jak i przeciwników hrabiego Bronisława. Sztab Kaczyńskiego zrobił jednak Platformie psikusa i zdążył wcześniej ogłosić, że ma tych podpisów o prawie milion więcej. Pierwszą bitwę w tej wojnie wygrał PiS, zobaczymy , co będzie się działo dalej. Prawdę mówiąc, można się było tego spodziewać. Zapewne wielu nawet nie do końca przekonanych przechodniów nie potrafiło odmówić, słysząc, że są zbierane podpisy popierające "brata tragicznie zmarłego prezydenta", albo dostając do ręki zdjęcie pp. Kaczyńskich. Choć mnie się na przykład udało takie zdjęcie dostać... w trolejbusie. Za darmo, od starszego pana, który po prostu z uśmiechem je rozdawał. Nikogo zachęcać specjalnie nie musiał, pchał się do niego cały trolejbus.
Pierwsze armaty wystrzeliły, bój się rozpoczął, zadeklarowani zwolennicy obu stron gromadzą amunicję, a ci mniej aktywni po prostu czekają na dzień wyborów. Oni w zasadzie już wybrali. Pisowcy wiedzą, kto jest reprezentantem prawdziwej, a kto nieprawdziwej Polski. Platformersi wiedzą, kto zapewni krajowi świetlaną przyszłość, a kto zawróci go w mroki średniowiecza. Dla tej grupy ludzi w zasadzie kampanii mogłoby juz nie być, oni i tak nigdy w życiu nie zagłosują na człowieka z przeciwnej strony barykady, choćby nawet mądrzej mówił i lepiej wyglądał.
Problemem jest, a raczej problem ma cała reszta. Bo wbrew pozorom dla wielu osób tegoroczny wybór to wybór pomiędzy dżumą a cholerą. Polska po tych wyborach może mieć przed sobą dwie możliwości: albo stanie się ponownie areną paraliżujących władzę wykonawczą przepychanek pomiędzy prezydentem i premierem, albo padnie łupem jednej partii, która skupi w swoich rękach niemal wszystkie państwowe urzędy. Obojętnie, co się stanie, na pewno nie wyjdzie to krajowi na korzyść. Oczywiście, w pierwszej turze taki niezdecydowany wyborca może poprzeć np. Olechowskiego czy Napieralskiego, ale nie oszukujmy się: oprócz dwóch panów K. na drugą turę nikt nie ma szans. Dżuma lub cholera, tertium non datur!
Zwycięstwo Kaczyńskiego będzie oznaczało powrót do sytuacji sprzed katastrofy smoleńskiej. Opozycja pisowska przy pomocy prezydenta spróbuje zablokować to wszystko, czego nie będzie w stanie zablokować w parlamencie, a jak wiadomo, mimo sporej reprezentacji jej parlamentarne możliwości wielkie nie są. Marszałek Komorowski od reki podpisał nowelizację ustawy o IPN. Wystarczyło,że zabrakło prezydenta z własnego układu i jeden z planów politycznych PiS-u od razu się zawalił. Stosunki PiS-u i PO są, jakie są, wobec czego możemy się spodziewać blokowania niektórych ustaw dla samego blokowania - do każdego dokumentu można się wszak przyczepić, a potem pokazać społeczeństwu, że się patrzy rządowi na ręce. Na jesieni tego roku są przecież wybory samorządowe, na jesieni przyszłego - sejmowe, od permanentnej kampanii wyborczej odpoczniemy dopiero w latach 2012 - 13. Efektem będzie dalsze opóźnianie wejścia w życie wielu ważnych aktów prawnych, w tym choćby ustawy medialnej - bo tu z pewnością PiS będzie dążył do utrzymania TVP pod swoją kontrolą, zaś Platforma będzie je próbowała "odzyskać dla Polaków", zupełnie jak PiS kilka lat temu. W tym czasie zapewne brak wpływów abonamentowych całkowicie te media zarżnie.
Zupełnie niewyobrażalne byłoby w takim układzie stworzenie jakiejś spójnej wizji naszego przewodnictwa w Unii w roku 2011. Trudno bowiem wymagać, żeby dwa urzędy mające całkowicie inną wizję polityki zagranicznej, w tym unijnej, były w stanie wymyslić razem cokolwiek mądrego, oprócz może pilnowania, żeby unijne pieniążki nadal płynęły do nas szerokim strumieniem, bo potem można to wykorzystać w kampanii. Tutaj również będziemy obserwować wzajemne blokowanie się i jakąś nową wersję "wojny o krzesła". I tu, i w polityce wewnetrznej spory bedą zapewne jeszcze gorętsze, niż do tej pory, należy bowiem pamiętać, że Lech Kaczyński był umiarkowaną połową braterskiego tandemu. Jarosławowi tego umiaru brakuje. W kampanii będzie się starał pilnować, bo najwyraźniej zmusza go do tego strategia wyborcza, w Pałacu już nie bedzie musiał - chyba, że PR-owcy PiS-u uznają, że taktyka umiarkowana się sprawdza i będą ją chcieli pociągnąć do wyborów przyszłorocznych. Kłopot w tym, że Jarosław Kaczyński nie jest typem człowieka umiejącego przez rok utrzymać polityczny temperament na wodzy. Tak czy inaczej, kohabitacja z PO będzie wyniszczająca dla kraju.
Zwycięstwo Komorowskiego zapewne usprawni zarządzanie państwem, ba - uczyni z urzędu prezydenckiego maszynkę do podpisywania platformerskich ustaw. Bronek zapewne nie odmówi Donkowi (który go w końcu desygnował na kandydata) tej czy innej politycznej przysługi, przy czym wszystkie decyzje będzie uzasadniać dobrem Polski, które wymaga sprawnego procesu decyzyjnego. Opozycja bedzie krzyczeć, wierzgać - i niewiele więcej.
Przejęcie przez PO wszystkich głównych centrów rządzenia, które przejąć można, doprowadziłoby do sytuacji, w której partia ta stanęłaby przed pokusą odbicia z rąk opozycji wszystkich instytucji, którymi ta w tej chwili zarządza (m. in. IPN-u i mediów publicznych), bynajmniej nie w celu ich odpolitycznienia, ale obsadzenia swoimi zwolennikami. Można się zżymać na harce Pospieszalskiego w TVP, ale w sytuacji pełnej władzy PO gorszą rzeczą, niż media PiS-owskie byłyby media dworskie. Ktoś musi patrzeć władzy na ręce i w wypadku zwycięstwa Komorowskiego najlepiej robiłby to właśnie Pospieszalski. Wbrew temu, co próbują sugerować liberałowie, PiS wcale nie ma jakiejś ogromnej przewagi medialnej. Gdyby nie telewizja publiczna, byłby w sytuacji zdecydowanie gorszej, niż PO, której mniej lub bardziej sprzyja większość wysokonakładowej prasy, portali internetowych i stacji RTV. Najlepszą opcją byłaby oczywiście neutralna TVP, prezentująca głosy z różnych stron, ale wiadomo, że póki co jest to marzenie z niewielką szansą na spełnienie. Realna alternatywą pisowizji jest peowizja. I jest to alternatywa bardzo prawdopodobna w sytuacji, gdyby Komorowski wprowadził się do Pałacu. Społeczeństwo dostawałoby państwowotwórczą papkę, zaś media prywatne w wiekszości wstrzymywałyby się od nadmiernej krytyki wobec rządzących, bo przeciez "inaczej wróci Kaczor!"
Co gorsza, jest naturalną prawidłowością, że gdy tryumfalizm władzy paraliżuje jakiekolwiek rozsądne myślenie w jej szeregach, a opozycja pozbawiana jest mozliwości jakiegokolwiek realnego wpływu na to, co się w kraju dzieje, siły antyrządowe prędzej czy później zaczynają się radykalizować. Tak było w latach 1995-1997, gdy rządził niepodzielnie układ SLD-owski. Skończyło się starciami z policją, okupacją niektórych urzędów państwowych i próbą podpalenia przez opozycyjnych demonstrantów siedziby partii rządzącej w marcu 1997 roku. Władza odpowiadała brutalnymi zachowaniami policji (w maju tegoż roku pobito uczestników antydemonstracji pierwszomajowej w Krakowie), a sytuację rozładowały dopiero jesienne wybory, w których zwyciężył AWS. Drugi okres władzy jednej partii nad oboma ośrodkami decyzyjnymi to lata 2001-2005, a więc czas, który przyniósł aferę Rywina, postulat budowy IV RP, rozpętanie przez opozycję wojny lustracyjnej, wreszcie podwójne zwycięstwo PiS-u w wyborach roku 2005 i tzw. "rewolucję moralną". Ta zaś była niczym innym, jak trzecim okresem jednopartyjnej władzy nad oboma najważniejszymi pałacami w kraju. Tu z kolei zaślepiona sukcesem władza nie potrafiła sobie w odpowiednim momencie powiedzieć "stop". Ciągłe straszenie wszystkich teczkami SB i "wojną z korupcją", tropienie układu, którego nikt nie znalazł, bezwstydne "odzyskiwanie" różnych instytucji, "areszty wydobywcze", rozpędzenie marszu homoseksualistów w Poznaniu, dzielenie obywateli na godnych i niegodnych, dziwactwa koalicjantów, wreszcie doprowadzenie do samobójstwa Barbary Blidy - wszystko to na tyle rozhuśtało antyrządowe nastroje społeczne, że naród przy pierwszej okazji odsunął "rewolucjonistów moralnych" od władzy, a wzajemna niechęć ludzi z obu głownych obozów politycznych doprowadziła do gorszących scen w okresie kohabitacji Tuska z Kaczyńskim.
Wszystko wskazuje na to, że w sytuacji obecnej wszechwładza Platformy doprowadziłaby do radykalizacji odsuniętego na margines PiS-u, dysponującego nie tylko sporym poparciem społecznym, ale także "zbrojnym ramieniem" w postaci zaprawionych w ulicznych bojach aktywistów niektórych regionów "Solidarności". Mogli w 1997 roku szturmować siedzibę SLD na Rozbrat, mogą np w 2013 zaatakować butelkami z benzyną budynek PO na Andersa. W Polsce nie ma dziś tylu wściekłych robotników, co w 1997 roku, ale jednak trochę ich jeszcze zostało. Jest jeszcze kogo wysyłać na ulice.
Tak czy inaczej, bedziemy wybierać pomiędzy hegemonią jednej partii a zimna wojną na najwyższych szczeblach. Na dole niewiele się zmieni: i w jednym, i w drugim przypadku bedzie trwała walka na słowa pomiędzy zwolennikami "platfusów" i "pisiorów", którzy bedą się nawzajem karmić nienawiścią drugiej strony, trochę jak szalikowcy klubów piłkarskich. Tegoroczny wybór jest więc wyborem między mniejszym i większym złem. I naprawde trudno jednoznacznie ocenić, które z nich jest mniejsze.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)