1
Historia zdaje się sprzyjać Jarosławowi Kaczyńskiemu. Tak było w roku 2005, gdy śmierć Papieża, podniosły ciąg narodowych rocznic i wywołany przez aferę Rywina ferment społeczny wyniósł PiS do władzy, a śp. Lecha Kaczyńskiego do Pałacu, tak jest i dzisiaj, gdy tragedia smoleńska obudziłą uśpionego ducha konserwatywno-narodowego, a zupełnie niespodziewana majowa powódź wymusiła na sztabie Prezesa przekształcenie konwencji wyborczej w wiec charytatywny dla ofiar kataklizmu. Wielka fala przyszła w samą porę - Bronisław Komorowski jeszcze zdążył zorganizować spotkanie Komitetu Honorowego w normalnym, wyborczym kształcie. Kto widział oba wydarzenia, ten chyba rozumie, dlaczego piszę, że historia sprzyja Kaczyńskiemu, że wydarzenia układają się jakby pod jego projekt polityczny - nie chodzi mi oczywiście o jego życie osobiste, tu bowiem mamy autentyczny Hiobowy dramat..
Oto bowiem mieliśmy tonującego nastroje, koncyliacyjnego prezesa PiS-u, który deklarował wsparcie dla rządu Platformy, dziękował wszystkim obrońcom wałów, mówił o Polsce jako o dobru wspólnym i o tym, że w obliczu żywiołu nie mają znaczenia polityczne podziały. Jakże to kontrastowało z niedawną imprezą u hrabiego-marszałka, podczas której weseli staruszkowie bredzili o wojnie domowej, charyzmatycznych psychopatach i zwierzętach futerkowych! Gdyby nie powódź, Kaczyński zapewne musiałby jakoś na te zaczepki odpowiedzieć, być może dałby sie ponieść wojowniczo nastawionemu tłumowi swoich wyborców, być może oni sami spełniliby role wesołych staruszków i zaczęli wykrzykiwać coś obraźliwego, a może p. Sobala z publicznego radia znów wdrapałby się na scenę zacząłby zachęcać do pozbycia się łajdaków. Szkoda, że na wysokości zadania nie stanęli sami uczestnicy wiecu, którzy przyjęli gwizdami informację o tym, że akcję przeciwpowodziową Caritasu wspiera równiez TVN. Kaczyński próbował byc dżentelmenem, niektórzy jego zwolennicy zachowywali się jak kibole.
Niestety, o ile politycy mogą wykorzystywać powódź do uspokajania kampanii, o tyle nas, obywateli, absolutnie nie upoważnia do zaniechania stawiania im zasadniczych pytań. Zarówno o przyczyny tragedii smoleńskiej i o to, czy były możliwości uniknięcia aż tak dużych strat powodziowych, jak i o założenia programów politycznych. Dotyczy to szczególnie prezesa PiS-u - człowieka, co do którego autentycznych intencji i planów istnieją spore wątpliwości. Nie ulega wątpliwości, że widzimy dzisiaj Jarosława Kaczyńskiego innego niż dotychczas. Mam wrażenie, ze jest to rzeczywista przemiana psychologiczna, że Kaczyński po przeżyciu osobistej tragedii jest innym człowiekiem, to widac w sposobie mówienia, poruszania się, wyrazie twarzy. Problem w tym, że nikt nie wie, czy za tą przemianą czysto ludzką pójdzie zmiana w sferze publicznej, czy prezes największej partii opozycyjnej zmieni sposób uprawiania polityki. Nikt - z wyjątkiem wyznawców, ale ci po prostu w Kaczyńskiego wierzą - nie wie, czy prezesowi można dziś zaufać.
Oto bowiem po trzech latach przerwy Jarosław Kaczyński po raz drugi aspiruje do najwyższych godności państwowych, do realnego udziału we władzy. Jego zwolennicy zachęcają niezdecydowanych wyborców do głosowania właśnie na niego, nie ukrywając jednocześnie tego, o czym sam kandydat nie mówi: że prezydentura ma być pierwszym etapem walki o odzyskanie pełni władzy w kraju. Chodzi o dokończenie "rewolucji moralnej", przerwanej gwałtownie przed trzema laty. W tym sensie rację ma liberalna prasa, strasząca powrotem IV RP. Zarówno sam Kaczyński, jak i jego zwolennicy będą teraz uparcie dążyć do powrotu sytuacji z 2005 roku, a powrót ten wcale nie jest taki nieprawdopodobny. PiS ma dziś po swojej stronie całkiem sporą grupę podmiotów medialnych, wielu księży i biskupów, sprzyja mu wciąż atmosfera pożałobna. Zwolennicy Kaczyńskiego są też o wiele bardziej aktywni, niż platformersi, którzy chyba jeszcze nie zdali sobie sprawy z tego, że nastroje ludzi się zmieniły.
2
Nie będę tu opisywał sposobu, w jaki PiS doszedł do władzy w roku 2005. Wszyscy jeszcze pamiętamy tamten czas: ferment społeczny wywołany aferą Rywina i SLD-owską "smutą" w wykonaniu rządu Marka Belki, poryw romantyzmu przy okazji wspomagania pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, wzrost nastrojów narodowo-patriotycznych związany zarówno z ciągiem rocznic narodowych (od 60. rocznicy Powstania Warszawskiego do 25 rocznicy "Solidarności"), jak i ze śmiercią Jana Pawła II i żałobą po nim. Duch czasu był taki a nie inny i "rewolucja moralna" byla naturalną konsekwencją tamtych nastrojów i tamtych wydarzeń. Prezes Kaczyński obiecywał wtedy zniszczenie korupcyjnego układu, odnowę moralną państwa, lustracje i dekomunizację - wszystko w imieniu i dla korzyści zwykłego obywatela. Miało byc inaczej, miało byc mądrzej i lepiej, z poszanowaniem praw każdego obywatela - również ubogich i wykluczonych. Miało być, bo jak było, wszyscy widzieliśmy.
Rewolucja moralna upadła w zasadzie już w momencie rozpadu wspólnego frontu PO i PiS. Zawinili politycy obu stron, zawinił kompletny brak wzajemnego zaufania, mocarstwowe ambicje PiS-u, który nie zauważył, że partnerzy dostali niewiele mniej głosów, nieuprawnione rojenia PO o tym, że może w tej koalicji znaczyć więcej, niż PiS, który w końcu jednak wybory wygrał. Jednak prawdziwym gwoździem do trumny całego pomysłu bylo zawiązanie koalicji z Samoobroną i LPR-em. Żadna naprawa moralna nie mogła się udać w koalicji z ludźmi, na których ciążyły dziesiątki wyroków sądowych, żadne oczyszczenie państwa nie było możliwe w koalicji z nacjonalistami mającymi na usługach endekoidalne bojówki, wspieranymi przez okładającego przeciwników różańcem Ojca Dyrektora.
Nie wątpię, że PiS miał dobre intencje, że p. Kaczyński święcie wierzył, że stanie się nowym Kazimierzem Odnowicielem - zresztą Kazimierza nomen omen Marcinkiewicza uczynił początkowo premierem. Polityka jednak ocenia się nie tylko po intencjach, ale i po owocach, owoce zaś były zgniłe. Poszukiwania słynnego układu zakończyły się niczym - oprócz może znajdowania jego macek w szeregach koalicjantów. Lustracja, przeprowadzana pospiesznie, bez zachowania odpowiedniej ostrożności, przy pełnej dowolności działania IPN, stała się polowaniem na tych, których wygodnie było w danym momencie zniszczyć. Dekomunizacja obejmowała wszystkich, z wyłączeniem "swoich" - w rządzie IV RP wicepremierem był przecież Andrzej Lepper a ministrem skarbu Wojciech Jasiński, byli członkowie PZPR.
Działania organów ścigania zamieniono w polityczne show. Organizowano konferencje prasowe z udziałem prokuratorów i szefów służb, minister Ziobro przed zakończeniem postępowania (nie mówiąc już o procesie) wyrokował publicznie, że pewien podejrzany "już więcej zabijać nie będzie". Wyprowadzanie podejrzanych w kajdankach przed kamerami telewizyjnymi stało się normalnym sposobem działania policji. Cała zabawa zakończyła się samobójstwem Barbary Blidy. Rewolucja moralna dorob iła się ofiary śmiertelnej.
Prawdziwą rewolucję moralną przeżyliśmy w szkołach. Maturzystom pozwolono iść na studia bez matury, niszcząc resztki autorytetu polskiej szkoły, które próbowano ratować... zakładaniem uczniowi mundurka. Z mediów publicznych wyrzucano zasłużonych dziennikarzy, nazywając ich (a byli to w większości dziennikarze niepolityczni!) "złogami jaruzelskimi". Atakowano niezależność władzy sądowniczej, Obrażano kolejne środowiska i grupy obywateli, inteligencję upokorzono obowiązkową lustracją. Partnerów zagranicznych zrażano nieufnością - wyrosłą być może ze słusznego dążenia do umocnienia pozycji Polski w świecie, ale okazywaną tak demonstracyjnie i niedyplomatycznie, że niemożliwe stało sie poważniejsze relacje z innymi krajami.
Rewolucja moralna stała sie własnym przeciwieństwem, własną karykaturą. Twórcy IV RP obiecywali władzę służebną wobec obywateli i ukrócenie patologii, w rzeczywistości stworzyli władzę, której obywatele się bali, a do starych patologii dodali nowe. Jarosław Kaczyński nie wyprze się więc odpowiedzialności za to, co wtedy robił, za klęskę własnego projektu, za zawiedzenie nadziei tych, którzy wówczas na niego głosowali. Nie wyprze się też wielkiego błędu, jakim było zaniechanie rozwiązania parlamentu w lutym 2006 roku. Nie wykorzystano wówczas szansy na poprawienie stanu posiadania i - być może - samodzielne rządy bez konieczności zawierania koalicji z "ludźmi marnej reputacji".
Rzecz cała musiała się skończyć porażką. Jesteśmy narodem ludzi dumnych i wolnych - Polak nie znosi połajanek ze strony władzy, określania go mianem "złoga" czy "wykształciucha", ustawiania go tam gdzie stało ZOMO. Większość społeczeństwa odrzuciła PiS, bo sama poczuła się odrzucona, wykluczona z rewolucji moralnej, która miała być przeprowadzona w interesie tej większości, a stała się rewolucją przeciw niej. Do tego rewolucją jałową, bo im bardziej szukano spisków, układu i wroga, tym bardziej go nie znajdowano. Ta większość nie głosowała na Platformę dlatego, że od samego początku była przeciw idei naprawy państwa - oni tak głosowali, bo nie chcieli byc rządzeni przez ludzi coraz bardziej ogarnietych podejrzliwością i strachem przed własnym społeczeństwem, łamiących demokratyczne standardy i procedury. To nie Platforma wygrała w roku 2007 - to PiS przegrał, a wraz z nim nadzieje tych, którzy naprawdę wierzyli w przebudowę Polsk
3
Wiedząc więc, jak wyglądała Polska pod rządami PiS-u, nie mogę się nie zastanawiać, czy można dziś zaufać Jarosławowi Kaczyńskiemu, czy zasłużył on na druga szansę.
Jako wyborca chciałbym w końcu ze strony kandydata PiS-u usłyszeć coś konkretnego - coś więcej, niż tylko ogólniki na temat pojednania, miłości do Rosjan i solidarności powodziowej. Chciałbym wiedzieć, co zamierza i planuje prezes i jego partia na okoliczność przejęcia najpierw połowy, a potem być może całej władzy w kraju. Na razie mogę się tylko domyślać, że po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości możemy oczekiwać dokończenia owej niedokończonej rewolucji moralnej. Mogę oddać prezesowi swój głos, tak jak pięć lat temu oddałem go jego śp. Bratu, mogę dać jego obozowi politycznemu drugą szansę. Wciąż jednak mam wątpliwości, czy to zrobić.
Dlatego chciałbym wiedzieć, czy PiS i sam Pan Prezes akceptuje porządek demokratyczny, w szczególności zasadę trójpodziału i wzajemnej autonomii władz państwowych. Nie chciałbym bowiem powrotu do planów ograniczających niezależność polskich sądów i trybunałów pod pretekstem likwidacji "imposybilizmu prawnego".
Chciałbym znać odpowiedź na pytanie, czy PiS podejmie działania naprawcze w polskiej szkole? Czy podniesione zostaną wymagania zezwalające na przechodzenie z niższego na wyższy stopień edukacji, czy zahamowana zostanie masowa produkcja magistrów bez kompetencji, matura i dyplom odzyskają należną im wartość? Wychowanie patriotyczne i podniesienie dyscypliny, które próbowano uzyskać za rządów Kaczyńskiego są ze wszech miar pożyteczne, jednak nie mogą byc to jedyne działania mające na celu naprawę polskiego szkolnictwa. chciałbym również miec nadzieję, że po ewentualnym przejęciu władzy PiS powstrzyma się przed ręcznym sterowaniem listą lektur polonistycznych i urzędowym pieczętowaniem "właściwej" i "niewłasciwej" narodowej pamięci i modelu patriotyzmu.
Chciałbym wiedzieć, czy PiS i Pan Prezes nadal optuje za pełna lustracją i czy jest gotowa ją przeprowadzić tylko i wyłącznie środkami przewidzianymi przez prawo, z zachowaniem gwarancji praw obywatelskich i konstytucyjnych oraz równości wobec prawa każdego obywatela, a także przy zachowaniu poufności danych do momentu ogłoszenia ewentualnego wyroku sądowego. Nie może być bowiem mowy o powrocie do dzikiej lustracji z lat IV RP, ani też do sytuacji, gdy każdego można było oskarżyć o współpracę z SB lub pracę w tej instytucji, oskarżonemu zaś odbierano dostęp do własnych akt, co utrudniało mu obronę tak przed sądem, jak i w oczach opinii publicznej.
Chciałbym wiedzieć, czy PiS nadal planuje zdekomunizowanie kraju, a jeżeli, to w jaki sposób chce przeprowadzić dekomunizację zgodnie z konstytucją i ustawami, i nie naruszając niczyich praw obywatelskich - i na czym owa dekomunizacja miałaby wtedy polegać. Spodziewam się też, że dekomunizację obóz p. Kaczyńskiego zacznie od siebie, i w ewentualnym PiS-owskim rządzie nie będzie już byłych członków PZPR.
Chciałbym też dowiedzieć się, czy PiS uznał swoje błędy w zakresie działania prokuratury, policji i innych służb śledczych, jawnych i tajnych. Policja platformerska nie jest święta, czego dowiodła choćby słynna akcja "Widelec", która odbyła się z rażącym naruszeniem praw obywatelskich poddanych jej osób. Nie wyobrażam sobie jednak powrotu do "kajdankowych" przedstawień w telewizji, "aresztów wydobywczych", sugerowania przez przedstawicieli władz państwowych czy wręcz stwierdzania przed procesem, kto jest winny i jakie przestępstwa popełnił.
Chciałbym wiedzieć, czy zostaną wcielone w życie deklaracje p. Kaczyńskiego o poparciu dla odpolitycznienia mediów publicznych, i czy PiS zgodzi się zrezygnować ze swoich wpływów w nich dla naszego wspólnego dobra. Podobna wątpliwośc dotyczy zreszta wszystkich innych instytucji: pytam, czy możemy mieć nadzieję, ze stanowiska w nich będą obsadzane na podstawie kompetencji i nieposzlakowanej opinii (co było sensem rewolucji moralnej), nie zaś na podstawie partyjnych legitymacji.
Chciałbym też wiedzieć, jaki stosunek ma dziś prezes Kaczyński do wszelkich mniejszości: politycznych, etnicznych, religijnych czy seksualnych, czy godzi się na ich prawo do manifestowania na ulicach swoich przekonań. Rozpędzanie jakichkolwiek demonstracji czy robienie trudności przy wydawaniu zezwolenia na nie jest dla mnie nie do zaakceptowania, podobnie jak donoszenie na artystów do prokuratury z powodu kontrowersyjnych rzeźb czy innych dzieł sztuki.
Chciałbym wreszcie wiedzieć, co zamierza zrobić obóz pana prezesa z naszą polityką zagraniczną. Wiadomo bowiem, że świat się zmienia, traca na znaczeniu jedne mocarstwa, zyskują inne, niekonieczne przyjazne demokratycznemu światu. W takiej sytuacji należy w stosunkach międzynarodowych zachowywać szczególnie dużo taktu i dyplomacji. Nie chciałbym powrotu do polityki naburmuszenia i złości. Można bowiem zachować godność i jednocześnie nie odstraszać partnerów zagranicznych od wspólpracy.
To tylko kilka z wielu pytań, na które prezes Kaczyński powinien dziś odpowiedzieć. Wiem, że pytania te pasują bardziej do wyborów parlamentarnych, niż prezydenckich. Muszą być jednak zadane teraz - zanim pomożemy Jarosławowi Kaczyńskiemu postawić pierwszy krok do restauracji IV RP.
4
Każdy uczciwy obywatel przyzna, że przed rokiem 2005 wiele rzeczy w Polsce nie funkcjonowało tak, jak powinno, a liberalne i postkomunistyczne elity popadły w letarg i samozadowolenie, coraz bardziej lekceważąc głosy spoza swoich środowisk. Nie była więc zła idea moralnej rewolucji i naprawy państwa, nie była zła idea walki z korupcją i poszerzenie ideologicznego spektrum debaty publicznej. Złe i niegodne demokratycznego państwa były jednak sposoby realizacji tych postulatów, naginanie prawa, czynienie z polityki spektaklu dla spragnionej spadających głów gawiedzi. Słusznie powiedział prezes Kaczyński, ze polityka nie może być zabawą, że musi być naprawdę - ale nie może tez być pretekstem do czynienia ludziom krzywdy, do chodzenia na skróty, choćby w najszlachetniejszych intencjach.
Mogę więc zaakceptować powrót do podstawowych haseł tamtego czasu, ale pod warunkiem, że tym razem normy demokracji i dobre obyczaje nie zostaną naruszone. Mogę dać Jarosławowi Kaczyńskiemu drugą szansę - ale pod warunkiem, że dopilnuje swoich zwolenników, aby wprowadzając nieodzowne zmiany nie przekształcili Polski w poligon dla policji, prokuratury i służb specjalnych. Tych gwarancji żądam przed oddaniem swojego głosu.
Pytam - bo ten głos jest wciąż jeszcze do wzięcia.


Komentarze
Pokaż komentarze (34)