Główni kandydaci na urząd prezydenta nie przepuszczają żadnej okazji, aby pokazać wyborcom, że są dobrymi Polakami i katolikami, i to z dziada pradziada. Bronisław Komorowski na przykład w każdej chwili może pomachać nam przed oczami patentem szlacheckim. Jarosław Kaczyński odpowiada, że przy sobie go nie ma, bo rodzinne dobra trochę poszarpali bolszewicy, ale jak trzeba będzie, to poszuka, w końcu jest po matce potomkiem Olszowskich, Biskupskich i Kurozwęckich, co odnotowała nawet Wikipedia. Związek Szlachty Polskiej przyszedł mu zresztą w sukurs i ogłosił po katastrofie smoleńskiej, że Prezes jest szlachcicem także w linii męskiej. Swoją drogą ciekawe, czy Olszowscy z genealogii Prezesa to ci sami Olszowscy, którzy wydali Stefana Olszowskiego, w czasach jaruzelszczyzny przywódcę "twardogłowej" frakcji w PZPR, dla której nawet stan wojenny to było za mało. Tak czy inaczej mamy kandydatów herbowych, zresztą nie tylko ci dwaj moga się wykazać pochodzeniem szlacheckim, jest przecież jeszcze Janusz Korwin-Mikke. Pomieszanie Pierwszej i Trzeciej RP zaszło już tak daleko, że na internetowych portalach ściągawkowych pojawiła się informacja, jakoby przywódcą powstania chłopów małopolskich w XVII wieku był niejaki Kostka-Napieralski!
Ale indygenaty dziś nie wystarczą - trzeba też pokazać, że się czci Maryję Królową Polski i Jej Syna - tejże Polski niedoszłego Króla. Kampania wypadła w czasie sprzyjającym: maj to miesiąc maryjny, czerwiec - eucharystyczny, po drodze Boże Ciało i beatyfikacja księdza Popiełuszki, czyli okazji aż za dużo. Kandydaci najwyraźniej jednak uznali, że na tego, kto jeszcze przed końcem maja nie wybierze się na jakąś pielgrzymkę, Pan Bóg się obrazi i nie pozwoli wygrać wyborów. I tak oto wczoraj mieliśmy jednocześnie hrabiego Komorowskiego w Licheniu i "urodzonego" Kaczyńskiego w Piekarach Śląskich.
Media życzliwie odnotowały, że odprawiający obydwa nabożeństwa księża nie wspominali podczas kazań, na kogo głosować. Rzecz niby normalna, która w większości krajów świata zapewne nawet nie zostałaby zauważona, u nas jednak przejawy sojuszu ołtarza i tronu są tak jawne i częste, że newsem staje się informacja, że gdzieś aż tak jawne nie były. Bo żyjemy niestety w kraju, w którym jedna z głownych katolickich radiostacji przez całą dobę zagrzewa do głosowania na jednego kandydata i nikomu to nie wadzi. Nasz nowy prymas niby potępia chowanie sie polityków w cieniu dzwonnicy, ale trudno mu uwierzyć, jeżeli za słowami nie idą decyzje. Akurat Kościół od dawna wykazuje doskonałą sprawnośc w naginaniu nieposłusznych księży do posłuszeństwa i jeśli czyjeś wypowiedzi lub działania naprawdę się biskupom czy Watykanowi nie podobają, instytucje kościelne potrafią skutecznie zmusić taka osobę do milczenia (lub do opuszczenia stanu duchownego, jak to się stało w przypadku byłych księży Bartosia i Obirka, którzy milczeć nie chcieli). Jeśli więc nie ma komu zmusić do milczenia ojca Rydzyka, znaczy to tyle, że tak naprawdę nikomu jego działanie nie przeszkadza - nawet jeżeli polityczne zaangażowanie jego mediów narusza przepisy Soboru Watykańskiego II, a obraźliwe dla politycznych rywali słowa sa jak najdalsze od chrześcijańskiego ideału miłości bliźniego. Jeśli nie ma komu zakazać organizowania w kościołach akcji zbierania podpisów przed wyborami - to widać nikt nie traktuje tego jako naruszenia misji czy praw Kościoła, jesli nawet prymas Kowalczyk twierdzi, że jest inaczej.
Oczywiście, każdemu wolno się modlić i jeździć na pielgrzymki kiedy mu się podoba, można od biedy nawet uznać, że pielgrzymowanie obu panów braci tego samego dnia to zwykły zbieg okoliczności. Tylko czy w takim razie Marszałek nie powinien się powstrzymać od wygłaszania w Licheniu mowy do zebranych tam sołtysów (bo była to ich "branżowa" pielgrzymka)? Jeśli bowiem kandydat na trzy tygodnie przed wyborami jedzie do kościoła i przed tym kościołem wygłasza publiczne przemówienie, to choćby się zarzekał, że przyjechał w celu religijnym, nikt mu nie uwierzy. Tym bardziej, że Komorowski mówił sołtysom, jak to na wsi jest dobrze. Po co ktoś nie będący sołtysem jedzie na pielgrzymkę sołecką? Po co człowiek z miasta tłumaczy chłopom, jak im sie żyje na wsi? Żadne inne wytłumaczenie tych faktów, oprócz prowadzenia agitacji wyborczej, nie przychodzi mi do głowy.
Prezes Kaczyński zachował sie nieco lepiej i przynajmniej nie wygłaszał żadnych przemówień. O to, żeby go zauważono, zadbały czynniki kościelne, które, ustami jednego z celebransów, poinformowały wiernych o obecności "pana premiera Jarosława Kaczyńskiego", co, jak zgodnie podają wszystkie media, wywołało długą owację. Otoczenie Kaczyńskiego twierdzi uparcie, ze był on w Piekarach prywatnie. W sumie pielgrzymka piekarska jakby specjalnie dla niego została stworzona, bo to pielgrzymka tylko dla mężczyzn - ktoś taki, jak Kaczyński przynajmniej nie martwi się, że nie może zabrać do Piekar żony czy córki, bo ich po prostu nie ma. Mógłby zaś zabrać swoje "zwierzę futerkowe", bo Alik, sądząc po imieniu, jest niewątpliwie kotem rodzaju męskiego. Gdyby jednak sztabowi lub samemu kandydatowi zależało na rzeczywistym prywatnym charakterze pielgrzymki, ktoś zapewne poszedłby wcześniej do zakrystii i poprosił o niewymienianie Kaczyńskiego wsród oficjalnych gości.
Modlić się - gdy się wyznaje jakąkolwiek religię - oczywiście trzeba. IMGW ostrzega o możliwości powtórki z katastrofalnych deszczów, na Islandii straszy wulkan Katla, dziesięć razy silniejszy od Eyjafjallajokulla, który sparaliżował na miesiąc europejskie lotnictwo, Korea Północna prowokuje sąsiadów do wojny, chwieje się strefa euro - generalnie mamy więc rok dość nieciekawy i strach pomyśleć, co będzie dalej, więc wsparcie sił wyższych nie zawadzi. Ale wszyscy, a już szczególnie politycy w czasie kampanii wyborczej, powinni trzymać sie starej ewangelicznej zasady: "gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie" Inaczej - niezależnie od intencji - zawsze będzie istniało podejrzenie, że jest to modlitwa połączona z dyskretnym zezowaniem w stronę wyborców.
Mamy kampanię dziwaczną - z pewnością jedyną taką po 1989 roku. I, mimo że to już początek drugiej dekady XXI wieku, jest to kampania potwornie anachroniczna. W XXI wieku na ekranach telewizorów pokazuje nam się dwójka panów braci klęczących u stóp Maryi. W kraju, który wciąż nie sprostał niektórym cywilizacyjnym wymaganiom świata zachodniego (gdzie są te obiecywane od lat autostrady, gdzie powszechny szerokopasmowy internet?), do oddawania głosów wyborczych zachęca nas szlachta klęcząca w kościele i grupa medialnych księży-rębajłów. Timothy Garton Ash napisał w 1980 roku, ze Polska to taki dziwny kraj, w którym jednocześnie trwa wiek dwudziesty i wiek siedemnasty. Minęło 30 lat, zmienił się system polityczny, wiek dwudziesty ustapił miejsca kolejnemu, a my nadal żyjemy mentalnie w dwóch różnych stuleciach. Może taka nasza uroda, może w Polsce inaczej się nie da - oby tylko już po wyborach nasi politycy od czasu do czasu umieli wyjść z wieku siedemnastego, zdjąć kontusze, odłożyć karabele i załatwić parę aktualnych, nie cierpiących zwłoki spraw...


Komentarze
Pokaż komentarze (4)