A więc jesteśmy po pierwszej turze "smoleńskich" wyborów. Gdy wczoraj TVN podał pierwsze sondaże, wydawało się, że tym razem niespodzianki nie będzie - sondażownie wynajete przez TVN i Polsat dawały Komorowskiemu solidną, dziesięcio-dwunastoprocentową przewagę, jedynie specjaliści z TNS OBOP informowali w "odzyskanej" telewizji publicznej, że ta przewaga jest dużo mniejsza, ale im wielu nie dowierzało, właśnie dlatego, że TVP od początku opowiadała się po stronie Kaczyńskiego. Co uważniejsi widzowie mogli co najwyżej zauważyć, że w sztabie hrabiego-marszałka miny były raczej nietęgie, podczas gdy u prezesa głośno klaskano. Wiadomo, że sztaby wyborcze - w przewciwieństwie do prywatnych telewizji - pieniędzy na badania nie żałują, prawdopodobnie więc i jedni, i drudzy znali wyniki znacznie bliższe prawdzie i doskonale wiedzieli, że to exit poll OBOP-u i TVP najpełniej odzwierciedla to, co się stało przy urnach. Telefoniczne sondaże TVN i Polsatu okazały się spóźnioną propagandą "przyjaciół z telewizji prywatnej", jak ich raczył zgrabnie swego czasu określić Komitet Honorowy Wesołych Staruszków.
Tymczasem o północy wielu znających jedynie sondaże TVN-u wyborców (szczególnie tych "komorowskich") przeżyło szok. PKW nieoczekiwanie zaczęła bowiem odpalać prawdziwe ładunki wybuchowe, podając kolejne porcje wyników prawdziwego głosowania. Najpierw różnica wynosiła tylko dwa procent, później nawet jeden, ostatecznie wzrosła nad ranem do czterech i pół, na co miało wpływ doliczenie niektórych większych miast. Marszałkowi niektórzy (np. piątkowa "Gazeta Wyborcza") prorokowali nawet ostateczne zwycięstwo w pierwszej turze, tymczasem nie tylko, że wyborów nie rozstrzygnął w jeden dzień, to jeszcze do tego wygrał z Kaczyńskim zaledwie o włos. No, może o kilka włosów. Jeszcze raz potwierdziła się tradycja sondażowego niedoszacowania PiS-u i przeszacowania Platformy oraz lenistwa lub skąpstwa zleceniodawców i autorów sondaży. Zresztą nie tylko w ich przypadku większość przewidywań okazała się funta kłaków niewarta - taki Grzegorz Napieralski zgarnął 13 procent głosów, chociaż niektóre sondażownie dawały mu w trakcie kampanii nie więcej niż pięć - sześć! Napieralski, przedstawiciel opcji, która, jak twierdzono, została starta na proch przez dwóch walczących o Pałac gigantów!
Okazało się, że przeciętny obywatel, który w deklaracjach wciąż sugeruje się opiniami mniej lub bardziej zasłużonych autorytetów (i wobec tego nie przyznaje się do głosowania na "komuchów" czy "pisiorów"), za kotarą, sam na sam z kartką wyborczą i własnym sumieniem, najwyraźniej nie ma ochoty słuchac dyktatu "oświeconych". Ta sama erozja autorytetów i wzorców, która w wielu sferach życia niesie skutki jak najgorsze, przy urnie akurat świetnie się sprawdza. Oto bowiem Polak głosuje jak chce, niejako obok sugestii owych autorytetów, albo nawet z typowo nadwiślańską przekorą przeciwko nim. Może sobie ten czy ów liberalny profesor czy minister mówić, że kaczyzm to obciach, mogą z kolei prominentni zwolennicy tegoż kaczyzmu krzyczeć, że postkomunizm wraz z była agenturą należy wreszcie do końca wytępić, mogą różne gazety zamawiać sondaże, których wyniki będa potwierdzały ich tezy i zachcianki - a ludzie i tak zagłosują po swojemu. Na "obciachowego" Kaczora. Na "czerwonego" Napieralskiego. Tak jak chce on sam - a nie weseli czy smutni staruszkowie z tego czy innego komitetu.
Trzeba przyznać marszałkowi, że miał i ma w tym roku trudne zadanie, juz chocby z tego powodu, że jest kandydatem opcji rządzącej. Żyjemy zaś w kraju, w którym od pokoleń wypadało być po stronie tych, którzy są w opozycji, bo opozycja z reguły reprezentowała Nas, a władza - jakichś Onych. Odruch ten jest na tyle silny, że po 1989 roku żadna ekipa nie utrzymała się u władzy dłużej, niż jedną kadencję. Fantastycznie wykorzystała te naturalną opozycyjność Polaków Platforma podczas wyborów roku 2007, wtedy rzeczywiście łatwo było namówić obywateli, żeby "zmienili kraj i poszli do wyborów". Dziś, po dwóch i pół roku urzędowania Donalda Tuska przy Alejach Ujazdowskich, doskonale widać, że nie zbudowalismy drugiej Irlandii, wyciągany zaś co i rusz przez platformersów straszak kaczyzmu przynajmniej częściowo przestał działać. Upływający czas łagodzi obraz poprzedniej kadencji, zza pleców Jarosława Kaczyńskiego nie wyglądają już niesympatyczne twarze Leppera i Giertycha, a katastrofa smoleńska uwzniośliła w oczach części wyborców całą rodzinę Kaczyńskich. I nawet informacje o domniemanych postkomunistyczno-agenturalnych zaszłościach zięcia zmarłego prezydenta tego nowego obrazu PiS-u i jego prezesa nie skalały, podobnie jak jawna współpraca pisowskich dekomunizatorów (?) z postkomunistami w mediach publicznych. Hiobowi się przecież błędów nie wypomina, w obliczu osobistej tragedii nie wypada się czepiać - być może zresztą wie on, co czyni, tak, jak ponoć wiedział, gdy brał do koalicji Samoobronę.
Komorowski nie za bardzo mógł więc przeciwnika gryźć, a gdy próbował, choćby przy pomocy wesołych staruszków, był upominany przez spora część opinii publicznej, nie tylko tej propisowskiej. Nie mógł też liczyć na przychylność publicznych mediów ani szeregowego duchowieństwa, czyli tych sił, które najbardziej ułatwiają dotarcie do wyborców na wsi, szczególnie tej bardziej zapadłej - księża sprzyjali Kaczyńskiemu, telewizja dodatkowo także Napieralskiemu. Hrabiemu pozostały wspomniane przeze mnie autorytety, media komercyjne i kampania pozytywna. Problem w tym, że w owej kampanii pozytywnej marszałek wypadał nijako - okazało się, że nawet w tym elemencie wyborczej gry Jarosław Kaczyński okazał się bardziej autentyczny, mimo, że to podobno on grał, a Komorowski "nie musiał się zmieniać"! Jak zresztą biedny Komorowski miał prowadzić kampanię pozytywną, skoro w Lublinie co i rusz uaktywniał sie Palikot i od razu niszczył to, co jego przyjaciel(?) zdołał zbudować?
Do tego doszedł jeszcze nadprogramowo skuteczny Napieralski, który uszczknął sporo wyborców z lewego skrzydła elektoratu PO i nadprogramowo skuteczny Korwin-Mikke, który z kolei - minimalnie, ale jednak - nadgryzł ten elektorat z prawego boku. W efekcie hrabia-marszałek ledwie przekroczył 40 procent i... wcale nie może być pewny zwycięstwa za dwa tygodnie. Tym bardziej, że będzie to już okres wakacyjny, czyli czas, gdy wielu dobrze sytuowanych wyborców Platformy wyjeżdża z kraju. Wątpię, żeby masowo zgłaszali się do urzędów po stosowne zaświadczenia, a później na plaży pod palmą zastanawiali się, gdzie też może być najbliższa polska ambasada lub punkt wyborczy, o wstaniu z tej plaży i podróży do takiego punktu nie wspominając.
Emeryci, mohery, biedacy, drobni i średni rolnicy - cały ten potencjalny elektorat Jarosława zostaje w kraju, i o ile wczoraj jego część nie poszła do urn z powodu brzydkiej pogody w propisowskich regionach,o tyle za dwa tygodnie, w obliczu decydującej rozgrywki, mobilizacja z pewnością będzie większa i zwolennicy Kaczyńskiego do lokali wyborczych przyjdąniemal w komplecie, choćby nawet nieoczekiwanie spadł tego lata w Polsce śnieg. Powtórka z 2005 roku jest więc całkiem możliwa. Wtedy Donald Tusk wygrał pierwsza turę różnicą trzech procent, aby decydujące starcie przegrać różnica dziewięciu. Wczoraj Komorowski dostał o cztery procent więcej, niż główny rywal - czyżby 4 lipca przegrał ośmioma punktami?
Jedno jest pewne - będzie ciekawie!


Komentarze
Pokaż komentarze (10)