Tragedia smoleńska, powódź i wybory - wydarzeń ważnych i absorbujących uwagę społeczeństwa było ostatnio tak dużo, że całkowicie wyparły z naszej świadomości fakt, że życie państwowe toczy się dalej, urzędnicy pracują, premier podejmuje decyzje, a zebrania różnych mniejszych i większych gremiów w łonie rządu Platformy Obywatelskiej nie zajmowały bynajmniej się w ostatnich tygodniach jedynie czczeniem ofiar Smoleńska, organizowaniem akcji przeciwpowodziowej i wspieraniem kampanii hrabiego Bronisława. W ostanich dniach ukazała się w mediach informacja, która wobec finiszu kampanii wyborczej przeszła niemal niezauważona. Rzecz tymczasem jest bardzo ważna, a dowiedzenie się o niej szczególnie istotne dla wyznawców premiera Tuska i jego kolegów z PO. Otóż okazuje się, ze IV RP - mimo deklaratywnej niechęci - wcale nie jest Platformie tak niemiła.
Platforma zabrała się na serio do zmian w ustawie o CBA.
Wszyscy widzieliśmy akcję "odzyskiwania" przez PO Centralnego Biura Antykorupcyjnego po aferze hazardowej. Padło wtedy (i wcześniej, gdy Biurem zarządzał Mariusz Kamiński) wiele słów o bezprawnych działaniach, naginaniu prawa, nadużywaniu uprawnień, łamaniu konstytucji i tym podobnych schorzeniach Biura, na które Platforma miała dwa lekarstwa: odwołanie Kamińskiego i zapowiedź reformy samej instytucji. Kamiński został odwołany z pominięciem części procedur (nie zaczekano na opinię prezydenta - a podobno to PiS specjalizuje się w naginaniu przepisów w tym kraju), na poczet reformy dokonano zaś wstępnej kontroli, która wykazała liczne uchybienia, przerost zatrudnienia, niskie kompetencje i brak doświadczenia funkcjonariuszy i tak dalej. Ruszyły przygotowania do reformy, której projekt zalecał ograniczenie zakresu działań CBA. Zapowiadano, że Biuro bedzie się zajmowało "tylko poważnymi sprawami".
Wszystko to działo się pod koniec ubiegłego i na poczatku tego roku. Tymczasem już pół roku wcześniej Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepisy dające Biuru rozległe uprawnienia w sferze gromadzenia i przechowywania danych oraz metod prowadzenia śledztwa, jak również zakres definiowania przez tę instytucję korupcji, wykraczają poza ramy konstytucji RP i powinny być zmienione. Politycy koalicji rządzącej zaczęli już wtedy mówić o reformie Biura i zawężeniu zakresu jego kompetencji. Poseł Rakoczy z PSL proponował przeniesienie CBA ze sfery służb specjalnych do policji, poseł Miodowicz z PO zwracał ,uwagę, że definicja korupcji w ustawie o CBA "nie może być definicją etymologiczną, która wywodzi zainteresowania policyjne z etymologii słowa <<korupcja>>, a więc sugeruje, że (...) CBA może zajmować się wszystkim, co wiąże się z psuciem państwa". Przypominano przy okazji, że CBA jest dzieckiem niechcianej IV RP i miało służyc walce z przeciwnikami plitycznymi PiS-u. Premier zapewniał, że zreformuje Biuro w taki sposób, żeby praktyki takie nigdy sie juz nie powtórzyły. "Nie mogę i nie dopuszczę do tego, aby w moim rządzie CBA było narzędziem w walce politycznej w rękach jednej z partii politycznych" - stwierdził Tusk w październiku zeszłego roku.
Można więc było mieć nadzieję, że liberalni demokraci z PO zrobia wszystko, aby Biuro nie miało pokusy śledzenia i oskarżania każdego, kto się nawinie, że nie dopuszczą do sytuacji, w której ta instytucja, z pewnością państwu potrzebna, będzie mogła być dowolnie wykorzystywana przez ten czy inny rząd. I nie pozwolą służbom specjalnym działać w sposób niekonstytucyjny, łamiący prawa wolnych obywateli Rzeczypospolitej.
I oto po miesiącach ciszy (fakt, były ważniejsze sprawy w Polsce w tym czasie) liberalni demokraci z PO, w czasach rządów Marcinkiewicza i Kaczyńskiego tak uwrażliwieni na każde, choćby minimalne naruszenie praw obywatelskich i konstytucji przez działania instytucji państwowych czy projekty ustaw, zapowiedzieli... rozszerzenie uprawnień CBA! Czyli do tego, czego według Trybunału Konstytucyjnego i tak było za dużo, dodadzą jeszcze trochę! Trybunał zabronił gromadzenia i archiwizacji danych o chorobach, poglądach politycznych, wyznaniu i orientacji seksualnej obserwowanych osób - to my to wszystko zapiszemy w ustawie, zniesiemy kontrolę sądowa nad tymi działaniami i wszystko jeszcze bardziej utajnimy, żeby się nie mieszali w nie swoje sprawy wścibscy obywatele. Trybunał zalecił zawężenie zakresu przestepstw określanych jako korupcyjne i wprowadzenie ich wykazu do ustawy? Ok, w ogóle wyrzućmy definicję korupcji, ale w zamian za to zamiast szczegółowego wykazu przestępstw napiszmy o "przestępstwach związanych z korupcją i godzących w interesy ekonomiczne państwa"! De facto oznacza to niemal wszystkie przestępstwa gospodarcze i finansowe. Do tej pory CBA zajmowało się tylko urzędnikami - a po co tak się ograniczać, niech się zajmie wszystkimi obywatelami! Pani Jadzia z zieleniaka nie wbiła na kasę fiskalną ogórków kiszonych za 2 złote, czyli nie zapłaciła 44 groszy należnego VAT-u? Mamy przestępstwo godzące w interesy gospodarcze państwa! Co robimy? Jak to co, wysyłamy do pani Jadzi kilku agentów, ogłuszamy jej Bogu ducha winnego psa granatem hukowym, rzucamy ją na podłogę i wyprowadzamy w kajdankach na oczach sąsiadów. W imię Europy, nowoczesności, wolności i demokracji oczywiście. Tylko do łazienki jej nie puścimy, bo jeszcze się tam zastrzeli i kłopot gotowy.
Na temat projektu od razu wypowiedziały się krytycznie wszystkie instytucje i organizacje stojące w Polsce na straży praw obywatelskich i przestrzegania prawa w ogólności, również te skupione w Koalicji Antykorupcyjnej. Przy okazji przypomniano, że rząd poddał konsultacjom społecznym jedna wersję projektu, po czym... wyrzucił ja do kosza i wysmażył drugą, z nikim już jej nie konsultując! Nie oddano też CBA pod nadzór Sejmu, mimo że PO zapowiadała to w kampanii wyborczej. Odpowiedzią rządu był... brak odpowiedzi, tzn. informacja, że gabinet nie komentuje projektów w fazie prac legislacyjnych.
Wydawałoby się, że od kogo jak od kogo, ale od Donalda Tuska, zaciętego wroga IV RP, można było oczekiwać pewnej dbałości o prawa obywatelskie i przestrzeganie konstytucji - w końcu o brak takiej dbałości oskarżał obecny premier rząd PiS-u i "przystawek". Gdy sie jednak spojrzy na to, co mowil i robil premier przez cale lata swojej politycznej dzialalnosci, jego ped do nadprogramowego rozszerzania uprawnien sluzb specjalnych az tak nie dziwi. Tusk nigdy bowiem nie byl az takim demokrata, za jakiego sklonni sa go uwazac przeciwnicy IV RP. Mało kto dziś to pamięta (wspominali o tym zwolennicy śp. Lecha Kaczyńskiego w czasie kampanii w 2005 roku), ale obecny premier w 1992 roku twierdził, że wolny rynek jest ważniejszy od demokracji i wygadywał niestworzone rzeczy o czołgach, którymi być może trzeba będzie tego rynku bronić. "Zadaniem elit jest zmana systemu gospodarczego, a to wymaga siły, bo ta przemiana godzi w interesy większości społeczeństwa" - mówił wówczas Tusk (szczegółowa relacja została opublikowana w "Życiu Gospodarczym", nr 23 z 1992 roku). Rok później, gdy policja rozpędziła pod pretekstem nielegalnej zmiany trasy przemarszu demonstrację antyprezydencką z braćmi Kaczyńskimi na czele (zrywając wczesniej informujące o niej plakaty i nie podając do publicznej informacji zmiany tresci zezwolenia na nią), a UOP inwigilował opozycję, p. Tusk nie uznał za stosowne publicznie odciąć się do niedemokratycznych działań wspieranego przez siebie i swoją partię rządu Hanny Suchockiej. Nie komentował również wyskoków ministra Milczanowskiego, który publicznie pochwalał i usprawiedliwiał łamanie prawa i demokracji przez podległe mu służby. Wielkim obrońcą demokracji okazał sie za to w latach 2005-07, ale łatwo bronić demokracji, gdy się jest w opozycji, jest to w końcu jeden z sensów jej istnienia w demokratycznym systemie politycznym.
Wystarczyło jednak dojście do władzy, a ciągotki autorytarne wróciły. We wrześniu 2008 roku dowiedzieliśmy się od pana premiera,. że pedofil nie jest człowiekiem. "Powiem rzecz radykalną, ale nie sądzę, żeby wobec takich indywiduów, takich kreatur, jak te przypadki, można zastosować termin człowiek. W związku z tym, nie sądzę, żeby obrona praw człowieka dotyczyła tego rodzaju zdarzeń" - rzekł Donald Tusk w związku z aresztowaniem pedofila-kazirodcy z Podlasia. "Prawa człowieka to prawa wszystkich ludzi, w tym pedofilów i nikt nie ma władzy, by tych praw pozbawiać" - ripostował Komitet Helsiński. W obronie pedofilów stanęła nawet sprzyjająca Platformie "Gazeta Wyborcza". Jednocześnie jednak ta sama "Gazeta" pochwaliła brutalną akcję policji wobec pseudokibiców Legii w Warszawie, podczas której doszło do naruszeń praw obywatelskich, nadużycia siły i znęcania się nad zatrzymanymi. Aresztowanych miano m. in. sadzać odbytem na nodze od krzesła. Premier do oskarżeń wobec policjantów w ogóle się nie odniósł, "Gazeta" zaś potępiła... rzecznika praw obywatelskich, śp. Janusza Kochanowskiego, za to, że podjął się wyjaśnienia sprawy. Czyli za to, że poważnie potraktował swoje obowiązki.
Premierowi Tuskowi i Platformie nie wystarczyło maltretowanie kiboli i odczłowieczanie pedofilów. Oto bowiem późną jesienią 2009 roku Rada Ministrów, nie informując o tym ogółu obywateli, rozpoczęła pracę nad projektem ustawy umożliwiającej automatyczne blokowanie stron internetowych na polecenie policji, a także np. śledzenie drogi przemieszczania się obywatela rozmawiającego przez telefon komórkowy. Przy okazji pan Donald, jak na premiera katolickiego kraju przystało, twórczo wykorzystał tradycję rodem z Watykanu i zdecydował się wprowadzić, uwaga... indeks zakazanych stron internetowych! Oczywiście wpisu na indeks dokonywać miały organy policyjne według własnego widzimisię, a operator sieci byłby zmuszony wyłączyć taka strone w ciągu sześciu godzin. Wątpliwości co do konstytucyjności projektu były powszechne, zgłaszało je nawet MSWiA - rzecz raczej rzadka, bo w końcu żadna policja na świecie nie jest chętna do samoograniczania swoich uprawnień.
A co zrobili w obliczu protestów odpowiedzialni za projekt urzędnicy? Otóż urzędnicy owi nie tylko, że uwag nie uwzględnili, to jeszcze rozszerzyli katalog uprawnień władzy. Dodano policji prawo do pobierania bez zgody sądu - w celu, jak uzasadniał rząd, "ochrony społeczeństwa przed skutkami niektórych negatywnych zjawisk" - od operatora nie tylko peselu czy nazwiska, ale nawet tresci prywatnych listów elektronicznych! Wszystko to można było robić już wcześniej, ale potrzebna była - i jest, bo projekt na szczęście nie wszedł w życie - zgoda sądu, co najwyraźniej przeszkadza "liberałom" i "demokratom" w ekipie obecnego premiera. Przy okazji próbowano - co zresztą w Polsce zawsze było normą - obciążyć kosztami swojego pomysłu operatorów (czyli pośrednio użytkowników internetu). Przecież Rzeczpospolita jest biedna jak mysz kościelna, do tego mamy kryzys, więc państwo za swoje fanaberie płacić nie miało ochoty. I, jak przystało na obecne czasy, cały projekt uzasadniło między innymi dostosowaniem prawa do wymogów Unii Europejskiej! Tak przy okazji, tylko czekać, aż w następnym przypływie tęsknoty za cenzurą Platforma wymyśli sobie, że policja zacznie czytać naszą korespondencję papierową - jestem przekonany, że prędzej czy później ktoś spróbuje coś takiego wpisać do prawa i uzasadni to oczywiście dostosowaniem go do zaleceń Unii. A sfinansujemy to my, w podwyższonej cenie znaczka pocztowego.
Jeśli więc Donald Tusk i PO mówią o wolności i demokracji, jeśli oskarżaja PiS o budowę państwa autorytarnego, to bynajmniej nie dlatego, ze sami są zwolennikami nieopanowanej swobody. IV RP uwierała Tuska, bo nie była jego projektem i ewentualne zagrożenia demokracji uderzały bezpośrednio w niego, w opozycję. Pamiętajmy, że w tamtym czasie straszliwymi demokratami stali się byli członkowie PZPR, byli esbecy i tym podobne osoby, które na co dzień przekonanymi zwolennikami wolności i praw obywatelskich racej nie są. Sami zaś nie budują takiego państwa głównie w trosce o elektorat, który w przeciwnym razie mógłby się od nich odwrócić. Prezesowi KLD Tuskowi w latach dziewięćdziesiątych nie przeszkadzały dyktatorskie zapędy prezydenta Wałęsy i ewidentne łamanie prawa przez zaprzyjaźnionych z nim ministrów, premier Tusk obecnie nie ma oporów przed wyłączaniem pewnych grup osób z grona jednostek ludzkich, nie przeszkadzają mu przypadki nadużywania siły przez policję, gdyby nie reakcja społeczensatwa, zapewne pozwoliłby doproweadzić do końca i zaakceptował przepisy dopuszczające cenzurę internetu, kontrolę korespondencji i przywrócenie, a nawet rozszerzenie wszechwładzy CBA. Bo Tuska tez dusi zawsze niewygodny dla rządzących gorset demokracji, jej procedury, ograniczenia, powolność i to, co Kaczyński nazwał "imposybilizmem prawnym". Różnica jest tylko taka, że "rewolucyjny" PiS próbował jawnie i demonstracyjnie chodzić na skróty, zaś "ewolucyjna" Platforma próbuje to robić po cichu - i tylko uważna kontrola i szybkie reakcje wolnego społeczeństwa jej to uniemożliwiają.
Donald Tusk donosnym głosem zapewnia, że odrzuca IV RP. Gdy jednak zajrzy się do wspomnianych powyżej projektów legislacyjnych, gdy się poczyta wspomniane wyżej wypowiedzi, przypomni rózne zdarzenia, widac wyraźnie, że w głębi duszy obecny premier też by tak chciał. Kontrolować, sprawdzać, decydować bez sądu, kto dobry, a kto zły, czytać e-maile, zamknąć pod jakimś pretekstem niewygodną strone internetową , czasem rozpędzić niesfornych obywateli pałkami, czasami wyprowadzić w kajdankach o świcie. W imię Europy, nowoczesności i demokracji. W imię drugiej Irlandii. "W celu ochrony społeczeństwa przed skutkami niektórych negatywnych zjawisk".
Donald Tusk tęskni do IV RP. Tylko wprowadzić jej biedak nie może, bo jak by wtedy mobilizował antykaczych wyborców?


Komentarze
Pokaż komentarze