Obserwator Lubelski Obserwator Lubelski
62
BLOG

Wybory bez zwycięzców

Obserwator Lubelski Obserwator Lubelski Polityka Obserwuj notkę 1

Mamy prezydenta!

Jedni są zadowoleni, że "zwyciężył Europejczyk", drudzy rozdzierają szaty nad zwycięstwem "ruskiego agenta", nikt jednak nie jest w stanie zaprzeczyć, że myśl o tym, iż Pałac niedługo przestanie być pusty, powoduje uczucie ulgi. Bezkrólewie jest stanem wpisanym w monarchiczny ustrój państwa (choć i tam zdarza się rzadko) republiki znosza je bardzo źle. W systemie, w którym z zasady jedna głowa państwa płynnie zastępuje drugą, obywatele nie mają możliwości przyzwyczajenia się do sytuacji, w której najwyższy urząd jest opróżniony - szczególnie jesli następuje to w tak tragiczny sposób, jak ostatnio u nas. 

Bronisław Komorowski wygrał te wybory o włos (czy może raczej należałoby powiedzieć "o wąs"), na co zapewne wpłynęły ostatnie godziny kampanii.  Jarosław Kaczyński, twardy antykomunista, który jeszcze niedawno chciał delegalizować SLD i szukać agentów nawet tam, gdzie ich nie ma, który swoich przeciwników politycznych udstawiał tam, gdzie stało ZOMO - ten Jarosław Kaczyński stwierdził w piatek, że Gierek był "komunistycznym, ale jednak patriotą", który chciał "budować mocarstwowośc Polski", a "opozycja była za jego czasów jakoś tam tolerowana". I podobno Gierek przeciwników do więzień nie wsadzał. Szkoda, że Kaczyński powiedział to w Sosnowcu, a nie na przykład w Radomiu, prosto w twarz robotnikom, aresztowanym i maltretowanym 34 lata temu przez gierkowskie siły policyjne. Może ktoś odświeżyłby kandydatowi pamięć i przypomniał na przykład, że w roku 1976 dobry pan Edward osobiście kazał "pokazać tym warchołom, jak bardzo ich nienawidzimy". Choć fakt: i on, i nawet generał Jaruzelski, woleli ludzi bić, niż do nich strzelać. Jesli to, że dyktatura była u nas łagodniejsza, niż w tym samym czasie w Chlie czy Argentynie, jest jakąś zasługą, to owszem, komuniści jakieś zasługi dla Polski rzeczywiście mieli. W końcu oni też mogli zrzucać niepokornych obywateli z samolotów do morza, a jednak poprzestawali na "zwykłym" trzymaniu ich w więzieniu.

Wyborcy w Sosnowcu pokazali prezesowi PiS, że nie lubią fałszywych umizgów i zagłosowali na Komorowskiego. W kontekście wypowiedzi na temat Gierka dziwić może za to historyczna amnezja wyborców radomskich, którzy najwyraźniej uwierzyli w słowa o dobroci i łagodności pierwszego sekretarza (a może po prostu puścili je litościwie mimo uszu) i zagłosowali na Kaczyńskiego. A może w Radomiu głosowali na Prezesa nie ci, którzy wtedy byli bici, ale ci, którzy wtedy bili? W końcu wielu z tych ludzi żyje tam do dziś obok siebie.

Niestety, narzucanie się wyborcom SLD przez prezesa PiS-u odniosło skutek odwrotny od zamierzonego. Mimo eksponowania etatystycznych i socjalnych (liberałowie powiedzieliby nawet: socjalistycznych) poglądów gospodarczych Kaczyńskiego, większość zwolenników Grzegorza Napieralskiego oddała głosy na Hrabiego-Marszałka. Najwyraźniej przekonały ich głosy części lewicowych i liberalnych publicystów, że co prawda obaj panowie są z punktu widzenia lewicy fatalnymi kandydatami, ale Komorowskiemu mimo wszystko ciutkę bliżej do centrum. W paradach gejów może chodził nie będzie, ale nie będzie też wzywał do ich zakazania, zapłodnienie in vitro nie jest mu może przesadnie miłe, ale raczej nie podpisałby ustawy wprowadzającej za jego stosowanie sankcje karne. Do tego jeszcze obiecał, że nie sprzeciwi się parytetowi i wykłócał swego czasu z PiS-em o unijną Kartę Praw Podstawowych. Obóz PiS-owski zapewne liczył na to, że "napieralscy" albo poprą Jarosława, albo pojadą na wczasy i w ogóle nie pójdą głosować, po cichu liczono tez pewnie na absencję zamożniejszej części elektoratu PO (który też już częściwo jest na wczasach). Nieoczekiwanie liberalni wyborcy zmobilizowali się bardziej, niż przewidywano - nawet na festiwalu Open'er do urn ustawiały się długie kolejki "młodych wykształconych z wielkich miast". Zawód zrobiły tez prezesowi PiS małe miasta. Nawet tam wygrał Komorowski.

A jednak daleki byłbym na miejscu nowego elekta i jego partii od tryumfalizmu i jakiejś nieokiełznanej radości. Trudno jest bowiem być prezydentem wybranym przewagą dwóch procent głosów, trudno jest też być prezydentem desygnowanym wcześniej do kandydowania przez urzędującego premiera, a już najtrudniej jest w Polsce utrzymać się dłużej na obu fotelach - premierowskim i prezydenckim. Prędzej czy później spada się z hukiem przynajmniej z jednego. PO może dziś mieć złudne wrażenie bycia u szczytu potegi, ale pamiętajmy, że taka sytuacja miała miejsce już trzy razy po 1989 roku i nigdy dobrze rządzącym nie wróżyła. Prowałęsowska część obozu "Solidarności", która przejęła pełnię władzy w wyniku "nocy teczek" w roku 1992, cieszyła się nią tylko półtora roku, po czym najpierw (1993) oddała parlament i rząd, a później (1995) także Pałac. Cała władza przeszła wtedy w ręce postkomunistów, którzy jednak już po dwóch latach stracili fotel premiera na rzecz AWS, co poprzedzone było okupacjami urzędów centralnych, próba podpalenia siedziby partii przez opozycyjnych demonstrantów i starciami z policją. Drugi raz lewica przejęła obha ośrodki władzy w roku 2001. Rok później musieli się mierzyć z aferą Rywina, przez nastepne miesiące sondaże leciały im na  łeb na szyję, a do roku 2005 dotrwali przy władzy tylko dzięki uporczywemu przedłużaniu swojej agonii przy pomocy rządu Marka Belki. Aż w końcu rewolucja moralna i podwójne wybory niemal zmiotły ich z powierzchni polityki. Te dwa przypadki to poważne ostrzeżenie dla Platfomy. Teraz już nikt jej nie daruje, jesli w Polsce za rok nie będzie drugiej Irlandii, sieci autostrad i ulg dla studentów. Nie ma już blokującego ponoć wszystkie reformy prezydenta z PiS-u. "Dosyć! Koniec teatru politycznego! Do roboty!" - jak mówił niegdyś premier Belka. Wczoraj wielu z niesmakiem, ale jednak,  postawiło krzyżyk przy Komorowskim, za rok, jesli obietnice Komorowskiego pozostaną jedynie hasłami wyborczymi, wielu innych może z niesmakiem, ale jednak, postawić krzyżyk przy Prawie i Sprawiedliwości. Lub przy Sojuszu Lewicy, kierowanym przez Napieralskiego, owo cudowne dziecko polskiej polityki.

Jednak na miejscu prezesa PiS tez nie byłbym wolny od obaw. Po pierwsze: partia ta przegrała czwarte wybory z rzędu, co nie wystawia jej najlepszego świadectwa jeśli chodzi o skuteczność. Po drugie: ogromne nadzieje, jakie niektórzy wiążą z powstaniem wokół Kaczyńskiego czegoś w rodzaju nowego ruchu społecznego, nie powinny przesłaniać zwolennikom Prezesa faktu, że obecne poruszenie społeczne, mimo że głębokie i zapewne w jakiś sposób trwałe, nie ma zasięgu tak wielkiego, jak "wzmożenie moralne" sprzed kilku lat. Zapał i chęć do działania moga szybko wygasnąć, szczególnie jeśli ruch oddolny nie będzie wykorzystywany przez aparat partyjny w codziennej działalności, czego nasze partie najczęściej robić nie umieją, skupiając się na politycznych układankach w samorządach i parlamencie. Albo PiS wciągnie ruch obywatelski do kontrolowania władzy (i to zarówno na szczeblu centralnym, jak i lokalnym), albo ruch ten powoli się rozpłynie. Problem w tym, że jeśli propisowscy obywatele zaczną nękać platformiane samorządy i rząd, pisać petycje, organizować manifestacje i happeningi, wytykac błędy urzędnikom, przychylne Platformie media natychmiast zaczną budować na ich działaniach wizerunek PiS-u jako partii agresywnej i jątrzącej, a przecież tak nie wolno, bo "zgoda buduje".

Po trzecie: media. Śmieszy mnie, gdy w obecnej sytuacji wyborcy PiS-u jęczą i płaczą, że wszystkie media są przeciwko nim. Owszem, TVN, Posat i "Gazeta Wyborcza" plus tygodniki opinii to spora siła. PiS ma jednak przecież przychylna sobie telewizję publiczną i publiczne radio, ma po swojej stronie "Rzeczpospolitą", "Polskę" ze wszystkimi mutacjami regionalnymi, "Gazetę Polską", wreszcie "Nasz Dziennik" i Radio Maryja. To także siła nie do pogardzenia. W przeciwieństwie do tego, co się działo jeszcze sześć-siedem lat temu, pewna równowaga ideologiczna w mediach jest dziś zachowana. Problemem dla PiS-u może byc to, że PO ma teraz wszystkie atuty w ręku i w każdej chwili może "odzyskać" media publiczne, co poważnie osłabiłoby partię Kaczyńskiego w następnych kampaniach. Bez "Solidarnych 2010", bez Pospieszalskiego i jego kolegów, z telewizją publiczną przeciwko sobie, trudno byłoby myśleć o wyrównaniu przewagi Platformy, mającej przecież w ręku dodatkowy instrument medialny w postaci orędzia prezydenckiego. Nawet obecna TVP musiałaby je zgodnie z prawem nadać, kompletnie nie mając wpływu na to, co Komorowski w nim powie (czy, jak chcieliby złośliwi, co Tusk każe mu powiedzieć). 

Oczywiście wzamian za to PiS zyskuje teraz komfort bycia w pełnej opozycji, wolność totalnej krytyki wszystkich organów władzy, rozliczania najdrobniejszych błędów i potknięć. To jest rzeczywista szansa dla tego ugrupowania. Społeczeństwo jest bowiem nieco zmęczone marazmem obecnych rządów i lekką plastikowością wielu polityków PO. W zamian za niedostatek wrażeń estetycznych oczekuje ono od Platformy widocznej poprawy warunków życia większości obywateli i spełnienia wyborczych obietnic, z tym zaś premier Tusk, nawet z pomocą nowego prezydenta, będa mieli kłopoty. 

Trudno więc w tych wyborach mówić o prawdziwych zwycięzcach i pokonanych. Kaczyński zdobył nieoczekiwanie duże poparcie, dające mu fundament do wzmocnienia jego obozu politycznego, ale wybory przegrał, trudno więc, żeby jego zwolennicy otwierali szampana. Komorowski zaś co prawda został prezydentem, jednak jego wygrana jest minimalna, co bedzie dawało przeciwnikom asumpt do podważania siły jego mandatu, a premierowi - do prób ręcznego sterowania Pałacem. Z ostatecznym podsumowaniem politycznej rozgrywki o władzę w Polsce posmoleńskiej musimy się więc wstrzymać do września 2011 roku. Dopiero bowiem wybory do parlamentu pokażą, kto tak naprawdę zyskał, a kto stracił na ostatnich wydarzeniach, i kto jak wykorzystał szanse, które dał poszczególnym obozom wynik wczorajszego starcia.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka