Obserwator Lubelski Obserwator Lubelski
66
BLOG

Społeczeństwo im już niepotrzebne?

Obserwator Lubelski Obserwator Lubelski Polityka Obserwuj notkę 5

Awantura o tzw. krzyż smoleński spod Pałacu Prezydenckiego, która przez kilka dni mobilizowała zwolenników PiS i PO do uczestnictwa w kolejnej bitwie na słowa, na szczęscie nieco ucichła. Niemała w tym zasługa tych, którzy krzyż postawili, czyli harcerzy, którzy uznali w końcu (moim zdaniem stanowczo za późno) za stosowne na ten temat się wypowiedzieć. Krzyż najprawdopodobniej znajdzie swoje miejsce w którymś z warszawskich kościołów, a przed Pałacem ma się pojawić pomnik lub tablica pamiątkowa. Oby tylko nowy prezydent nie próbował inicjatywy postawienia takiego pominika blokować pod jakimiś pretekstami formalnymi, co w Polsce, z uwagi na pokręcone prawo budowlane, jest bardzo łatwe. Dla Bronisława Komorowskiego sprawa pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej będzie swego rodzaju testem na to, czy hasło "zgoda buduje" było rzeczywista zapowiedzią politycznej drogi prezydenta przez najbliższe lata, czy też jedynie pustym sloganem.

Prezydent-elekt jest człowiekiem skłonnym do popełniania nietaktów, dlatego nie zdziwiło mnie, że dał się podpuścić dziennikarzom i od razu po wyborze postanowił rozwijać temat, o którym było wiadomo, że wywoła społeczne emocje i raczej podgrzeje atmosferę, niż ją uspokoi, zamiast poczekać z tym przynajmniej do pierwszej rocznicy katastrofy. Nie pierwsze to i pewnie nie ostatnie wdepnięcie na minę w wykonaniu pana hrabiego - zwolennicy PO, którzy wielokrotnie z satysfakcją wypominali każde faux pasprezydentowi Kaczyńskiemu, muszą się przyzwyczaić, że Komorowski będzie w tym względzie równie wdzięcznym obiektem krytyki. Tyle, że tym razem złosliwi będą stronnicy PiS-u. Błędy czy pomyłki zdarzają się każdemu, są ludzie mniej lub bardziej do nich zdolni, nam akurat trafiło się dwóch kolejnych prezydentów szczególnie "lubiących" popełniać niezręczności. Trudno, stało się, przeżyjemy.

W zachowaniu Komorowskiego niepokoi zaś dużo bardziej inna sprawa. Otóż w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" elekt stwierdził, że krzyż przeniesie kancelaria w porozumieniu z warszwską kurią metropolitarną. Tylko te dwie instytucje uznał nowo wybrany prezydent Rzeczypospolitej za godne współdecydowania o krzyżu. Ani słowem nie zająknął się zaś o tym, że żadna z nich owego krzyża nie ustawiała i nie jest on własnością żadnej z nich. Nie ustawiał go przecież ani arcybiskup Nycz, ani żaden z pozostałych przy życiu wyższych urzędników Kancelarii Prezydenta, ani księża diecezjalni, ani żaden pałacowe służby. Krzyż postawiło społeczeństwo, konkretnie trzy organizacje społeczne skupione w ruchu harcerskim, których gest wyrażał jednak nastroje i potrzeby większości. Ludzie chcieli mieć przed Pałacem jakiś doraźny, tymczasowy choćby znak, jakieś miejsce centralne żałoby, jednocześnie będące zapoczątkowaniem wyboru trwałej formy upamietnięnia zarówno samej katastrofy, jak i społecznej na nią reakcji. Chcieli i postawili. A dlaczego krzyż? A dlatego, ze w Polsce w takich sytuacjach zawsze spontanicznie stawiało się i stawia krzyże. Mogą się na to zżymać niewierzący (czy nawet wierzący zwolennicy ścisłego oddzielenia państwa od religii), ale w polskiej kulturze i tradycji krzyż jest czymś więcej, niż tylko znakiem religii chrześcijańskiej. Jest jednym z symboli narodowych, jednym ze znaków ogólnospołecznego kodu kulturowego, w pewnych sytuacjach akceptowanym również przez większość niechrześcijan. Taką sytuacją jest śmierć człowieka, a tym bardziej nagła śmierć wielu ludzi w tym samym czasie, taką sytuacją jest również manifestacja patriotyczna. W kwietniu mieliśmy do czynienia z jednym i drugim, nic więc dziwnego, że postawienie krzyża w miejscu największych żałobnych zgromadzeń było jedynie kwestią czasu.

Krzyż spod Pałacu postawiony więc został przez społeczeństwo i to ono powinno być przez nowego elekta zaproszone do dyskusji na temat jego przyszłości. Wydawałoby się, że najprostszym rozwiązaniem było zaproszenie do takich rozmów przedstawicieli ZHP, ZHR i Zawiszaków, czyli tych organizacji, które w imieniu społeczeństwa krzyż postawiły. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś się temu sprzeciwił, a jeśli nawet, z pewnością nie byłby to sprzeciw tak gwałtowny, jak to miało miejsce faktycznie. Harcerze krzyż postawili, z harcerzami przede wszystkim należało rozmawiać na temat jego przesuwania czy przenoszenia, nikt przecież nie neguje prawa urzędu prezydenckiego do zajmowania stanowiska wobec tego, co stoi na terenie pałacowych posiadłości. Wystarczyłoby trochę taktu i zrozumienia społecznych odczuć.

Niestety, nowy prezydent wybrał inną drogę - drogę sojuszu tronu i ołtarza ponad głowami narodu. Ogłosił, że decydował będzie on i arcybiskup Nycz. A potem zaczęło się przerzucanie gorącego kartofelka z rąk do rąk: Pałac zwrócił się do Kurii, bo przecież to księża są od krzyży w tym kraju, Kuria zaś odbiła piłeczkę z powrotem, bo przecież krzyż stoi na terenie prezydeckim i księżom nic do tego. Społeczeństwo - w szczególności jego pisowska połówka - zaczęło bowiem wydawać pomruki niezadowolenia i nikt nie chciał narazić się na jego gwałtowną reakcję. Symptomatyczne jest jednak to, ze ani świecka, ani duchowna władza nie zaproponowała włączenia do dyskusji o krzyżu "czynnika społecznego". Zarówno biskupi, jak i politycy uznali za rzecz zupełnie normalną, że mogą w tej sprawie decydować sami. Mimo rozbudzonych obywatelskich emocji, mimo świadomości, jakie znaczenie symboliczne ma ten krzyż przynajmniej dla części Polaków, jaki ładunek emocjonalny jest do tego krzyża przywiązany. Zreszta równiez politycy PiS-u, kompletnie zapominając o harcerzach, próbowali występować w charakterze "gąb za lud krzyczących". Niektórzy - jak choćby posłanka szczypińska - zapowiedzieli, ze krzyża przed przesunięciem choćby o milimetr będą bronić własną piersią.

Dobrze, ze harcerze w końcu się odezwali i przypomnieli i o tym, kto krzyż stawiał, i o tym, z jakimi zamiarami. O tym, że krzyż nie musi konieczne stać pod Pałacem do końca świata, że był od początku instalacją tymczasową, najważniejsze zaś jest to, aby w jego miejscu stanął pomnik, i tego przede wszystkim, a nie fizycznej obecności na Krakowskim Przedmieściu konkretnego krzyża, powinniśmy jako społeczeństwo pilnować. Przypomnieli też, że krzyż był ustawiony pod Pałacem również jako symbol narodowego pojednania w obliczu wspólnej tragedii ludzi wywodzących się z różnych obozów politycznych i społecznych i nie godzi się, aby był teraz narzędziem walki w "zimnej wojnie domowej".

I tylko szkoda, że przedstawiciele władz i Kościoła po raz kolejny pokazali, że my, obywatele tego kraju, w większości wierni tego Kościoła, jesteśmy im potrzebni jedynie w chwilach wyjątkowych. Politykom - gdy trzeba oddać głos w wyborach, żeby za granicą broń Boże nie mówili, że w Polsce  źle dziala demokracja. Duchownym - gdy trzeba zapełnić jakiś wielki plac podczas uroczystego nabożeństwa, żeby komuś nie przyszło do głowy, że w Polsce słabnie religijność. A gdy mijają wybory i uroczystości, władza i Kosciół bez skrępowania zastanawiają się bez naszego udziału, co zrobić z krzyżem, który my postawiliśmy. Jedni i drudzy oczywiście będą nam wmawiać, ze robią to w naszym imieniu. Jedni i drudzy używają bowiem języka, który utwierdza ich w przekonaniu, ze mają rację. Władza w demokracji mówi przecież zawsze "w imieniu większości głosujących  obywateli", Kościół w Polsce zawsze wypowiada się "w imieniu katolickiej większosci narodu".

Obywatele wybrali prezydenta - gdy przyszło go pochować, politycy i biskupi zadecydowali o miejscu pochówku ponad ich głowami. Obywatele postawili krzyż - gdy żałoba się skończyła, politycy i biskupi próbowali ponad ich głowami decydować o krzyżu.

Czyżby społeczeństwo było im niepotrzebne?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka