Dłuższa nieobecność w domu zmusiła mnie do chwilowej przerwy w blogowaniu. Przedziwny rok 2010 trwa nadal i przynosi kolejne nieprawdopodobne wydarzenia. Jednodniowa powódź wystarczyła, by zniszczeniu uległa Bogatynia, jedno z ładniejszych miasteczek na terenach przyłączonych po wojnie do Polski. Malownicze położenie nad podgórską rzeczką okazało się wyrokiem - po takich opadach, w takim terenie po prostu musiała stać się tragedia.
Ze zdumieniem przeczytałem pewnego dnia w "Gazecie Wyborczej", że Rosjanie źle prowadzą śledztwo smoleńskie i utrudniają polskim funkcjonariuszom dotarcie do wszystkich materiałów, z jeszcze więkeszym usłyszałem podobne skargi ze strony przedstawicieli rządu. I nie dlatego, żebym uważał Rosję i tamtejsze służby za nieskazitelne i profesjonalne. Zdumienie moje wynikło z tego, że jeszcze dzień wcześniej w liberalnej połówce naszych mediów obowiązywała jedynie słuszna wykładnia, tzn. taka, że Rosjanie prowadzą śledztwo najlepiej, jak się da i współpracuje się z nimi wzorowo. W podobnym tonie utrzymane były także enuncjacje urzędowe. I nagle klops: dowiadujemy się o przetrzymywanych dokumentach, dziwnych niezgodnościach w protokołach przesłuchań świadków, dziurach w zapisie danych z czarnych skrzynek, barierach stawianych przez rosyjskie urzędy w dostępie do dokumentów i tak dalej. Zastanawiam się, co się stało, że świeży duch przyjaźni z Rosjanami uleciał w przestworza tak samo szybko, jak duch narodowej zgody wewnątrz kraju. Czyżby wyznawcy spiskowych teorii mieli jednak trochę racji - a przynajmniej nieco więcej, niż to się początkowo wydawało ludziom trzeźwiej myślącym?
Póki co wśród tzw. prostego ludu kiełkują ziarna nienawiści zasiane przez radykałów z prawej strony. W upalny dzień pod koniec lipca kupuję w kiosku w centrum Lublina zimny napój. "Upał nie do wytrzymania - mówię do kioskarki. - Ale i tak lepiej, niż w Rosji, bo tam 40 stopni i pożary". "Wiadomo, ruskie lasy nie na taki klimat, sosna to się pali jak zapałka" - odpowiada kobieta za ladą. "A wie pani, że to już pod Moskwę dochodzi?" - pytam. Kioskarka, która wydaje mi właśnie 8 złotych, nagle przerywa liczenie pieniędzy. Widzę złowrogi błysk w oku, po chwili na twarzy pojawia się uśmiech dzikiej satysfakcji, kciuk wędruje do góry, w miłej pani budzi się dzikie zwierzę. "I dobrzee!!! Niech dochodzi, niech dojdzie! Dobrze im tak wszystkim i temu ich Putinowi, przypiecze sobie dupy swołocz jedna!" - krzyczy, a minę ma taką, że gdyby był rok 1920, to chyba w sukience popędziłaby na front gonić bolszewika, nawet bez szabli i lancy.
***
Pod krzyżem w Warszawie trwa polityczny karnawał ze śmiercią w tle, jakiś taki polski dance macabre. Najpierw próba oficjalnego przeniesienia krzyża doprowadziła do zamieszek. Później przeciwnicy krzyża zorganizowali protest na wesoło, w formie dla wielu - nie tylko twardych radykałów - nie do przyjęcia, bo ten krzyż jednak upamiętnia niedawną tragedię i żałobę. Na szczęście sprowadzenie dużych sił policyjnych zapobiegło większej awanturze. Manifestantów było góra dwa tysiące, część mediów stwierdziła, że to dużo. Tyle samo osób uczestniczyło w zadymie we wtorek - wtedy te same media twierdziły, że to mało. Inne media dokonywały identycznych ocen, tyle że na odwrót. Obiektywne dziennikarstwo umiera na świecie od dawna. W Polsce chyba już umarło, teraz tylko trzeba je włożyc do trumny i postawić nagrobek.
Na dużą manifestację przeciwników krzyża odpowiedziano dużą manifestacją zwolenników krzyża. Wczoraj wieczorem przez Krakowskie Przedmieście przeszedł tłum z flagami i pochodniami, z transparentem "Grupy Oporu Solidarni". Byli powstańcy warszawscy z opaskami AK. Śpiewano pieśni kościelne, "Rotę" i hymn narodowy. Po drugiej stronie ulicy, za policyjnymi barierkami, demonstrowali przewciwnicy krzyża - tym razem to oni byli w mniejszości. Krakowskie oczywiście po raz kolejny zamknieto dla ruchu na długie godziny, autobusy zapewne tkwiły w tym czasie w korkach na trasach objazdowych, mogę sobie wyobrazić, jak to wyglądało, bo przez długie lata mieszkałem w stolicy i niejedna demonstracja blokowała w tym czasie ulice w centrum. A przecież wtedy nie odbywały się one codziennie.
Politycy i Kościół - dwie grupy, na które powinniśmy chyba liczyć, że będą się starały działać dla dobra publicznego i raczej spór łagodzić, niż go podgrzewać, zawodzą na całej linii. PO i PiS tolerują całą sytuację, bo dla jednych i drugich "wojna krzyżowa" to po pierwsze test siły i zwartości własnych wyborców, po drugie - sposób na zagłuszenie spraw niewygodnych. Dla SLD sprawa krzyża to pretekst do rozpoczęcia walki o świeckośc państwa, zawłaszczanego zdaniem tej partii przez księży i religijnych fanatyków. Od czasu do czasu z kręgów władzy bądź opozycji tryska strumyk oliwy, żeby ogień nie wygasł. Zaczął prezydent (wtedy jeszcze elekt) Komorowski swoim niefortunnym wywiadem, później mieliśmy ostre słowa i demonstracyjne gesty ze strony prezesa Kaczyńskiego. Później demonstracje, starcia z policją, kłótnie i happeningi. Gdzieś po drodze premier Tusk straszył "akcją porządkową". Dobrze, że przynajmniej nie odwoływał się już do czołgów. Wczoraj już nie straszył, bo tym razem ulicę opanowali zwolennicy jego opcji, a swoich przecież się pałowaniem nie straszy.
A dziś? Dziś w internecie można przeczytać zapowiedź... kolejnej próby usunięcia krzyża, tym razem planowanej na koniec sierpnia. Nieoficjalnie i anonimowo zapowiada to ktoś z warszawskiej Platformy. Prowokacja? Bardzo możliwe, bo przecież nikt chyba nie wyobraża sobie, że obrońcy krzyża odpuszczą. Koniec sierpnia to czas rocznicy 30-lecia "Solidarności". Związek stoi zdecydowanie po stronie opozycji, przede wszystkim PiS-u, rocznica to oczywista reklama dla pp. Śniadka i Kaczyńskiego, nic dziwnego, że władze państwowe tym razem zachowują się tak, jakby rocznicy nie było, a one same nie wywodziły się z solidarnościowego pnia. Gdyby akcja przenoszenia krzyża znów doprowadziła do zamieszek, trochę by to przykryło medialnie obchody w Gdańsku. A że rów pomiędzy liberałami i konserwatystami jeszcze bardziej by się pogłębił? A kogo to obchodzi???
Spokój społeczny niewiele obchodzi nie tylko "krzyżaków" z PiS i "antykrzyżaków" z PO. Warszawski oddział SLD straszy, że "krzyżacy" się radykalizują i "pod Pałacem może dojść do rozlewu krwi nawet," wobec czego władze miejske powinny "przywrócić tam porządek". Jednocześnie ta sama organizacja zarzeka się, że "nigdy nie pozwoli na pomnik Lecha Kaczyńskiego w stolicy" i "nie da ani grosza na taki cel". Czyli z jednej strony warszawscy postkomuniści martwią się o spokój i pokój pod krzyżem, z drugiej zaś - robią wszystko, aby zradykalizować jego obrońców i "rozlew krwi nawet" raczej przybliżyć, niż oddalić. Podobnie jak poseł Palikot, który publicznie nazwał matkę prezesa Kaczyńskiego "żywym (?) szańcem na przedzie frontu walki o pomnik". No cóż, jeszcze pare takich wypowiedzi, a prezes osobiście uda się do Lublina i, jakby to ujął nieoceniony mistrz mowy polskiej, Andrzej Lepper, "Palikot bedzie się cieszył, jesli nie dostanie w papę".
***
Postawa Kościoła to sprawa osobna. Sprawa krzyża smoleńskiego pokazała, jak bezradny jest wobec spraw bieżących nasz Kościół. Instytucja, która uzurpuje sobie prawo do wpływu na państwo niemal równego wpływowi partii politycznych, do tego bedąca ponoć depozytariuszem czci i świętości znaku krzyża świętego, nie potrafi sobie poradzić z rzeczą najprostszą, czyli ustaleniem własnego stanowiska w kwestii "wojny krzyżowej". Od jednych biskupów słyszymy, że obrońcy krzyża nie maja racji, od innych - że jest wręcz przeciwnie, Konferencja Episkopatu chowa głowy w piasek i zapowiada, ze tematu nie poruszy i żadnego stanowiska nie zajmie. Szeregowi księża, w większości spraw dyscyplinowani ostro batem kościelnej dsyscypliny, w wypadku konfliktu o krzyż korzystają z wyjątkowej swobody i mówią, co chcą. Jedni są za, inni przeciw, jeszcze inni wyrokują, czy w Polsce jest demokracja, czy jej nie ma. Zdezorientowani wierni są pozostawieni sami sobie, choć akurat o wypowiadanie się w sprawie krzyża nikt nie miałby do Episkopatu pretensji. Najwyraźniej jednak Kościół stara się nie robić nic, co naraziłoby go na konflikt z jedną ze stron sporu. Bez Jana Pawła II, z prymasem-seniorem Glempem na emeryturze, bez wyrazistych przywódców i z corac mniejszym poparciem społecznym, Kościół polski nie potrafi już, jak kiedyś, tupać noga na państwo. Woli stać z boku, aby w razie czego nie mieć kłopotu z zachowaniem tej pozycji, którą udało mu się w Polsce przez ostatnie 20 lat osiągnąć.
Demonstracja "antykrzyżacka" pokazała zresztą, jak bardzo obniżył się ostatnio - nie tylko zresztą u nas - autorytet Kościoła katolickiego, w tym autorytet papiestwa. Na balkonie Hotelu Europejskiego stał przez pewien czas mężczyzna przebrany za Benedykta XVI i "błogosławił" tłum. Demonstranci klaskali i wiwatowali. Dziesięć lat temu coś takiego byłoby nie do pomyślenia - nawet podczas demonstracji antyklerykalnej. To znak czasów i Kościół musi na taki znak odpowiedzieć. Póki co wybiera najgorszy z możliwych sposób odpowiedzi - pokrzykuje i poucza tam, gdzie powinien spokojnie rozmawiać, zaś tam, gdzie powinien wyjasnić dopbitnie swoje stanowisko, po prostu milczy.
***
Dziwny mamy rok. Happeningi pod krzyżem i dookoła krzyża mają za tło polskie powodzie, rosyjskie pożary, wspomnienie Smoleńska, narodowych pogrzebów i islandzkiej wulkanicznej mgły oraz... nagle wrzucone w przestrzeń publiczną informacje o fatalnej kondycji finansów państwa, konieczności podwyższenia podatków, prawdopodobnym nieurodzaju i podwyżkach cen żywności. Skoro jest tak źle i same plagi przetaczają się przez kraj, to zupełnie nie dziwi fakt, że występ polskich drużyn w europejskich pucharach piłkarskich był - po raz kolejny - najgorszy w historii. A skoro na świecie też nie jest najlepiej, to nie dziwią doniesienia o wysłaniu trenera reprezentacji Korei Północnej do obozu koncentracyjnego i skażonym radioaktywnie dymie nad Rosją. Taki mamy rok, a jeśli ktoś wierzy w astrologiczne przepowiednie, to już się boi, bo następne lata według wielu z nich mają być nie lepsze, a może i gorsze. Trzeźwi naukowcy w gwiazdy nie patrzą, ale i oni się boją - prof. Norman Davies stwierdził, że po raz pierwszy od dwudziestu lat martwi się wydarzeniami w Polsce...
Tańczymy pod krzyżem, tańczymy pod nim ze śmiercią i kryzysem w tle. Tak też można, w końcu to Polska, tu wszędzie pełno krzyży, tu się wszystko robi pod jakimś krzyżem. Oby tylko się za jakiś czas nie okazało, że to był taniec na Titanicu. Mam bowiem wrażenie, że trochę gór lodowych wokół naszedgo statku pływa, załoga tymczasem porzuciła stery i pląsa razem z nami.
A statek płynie sam...


Komentarze
Pokaż komentarze (12)