119
BLOG
Ludwik Dorn nazwał fotoreporterów "ścierwojadami". Mam do niego żal, ponieważ dziś brakuje mi odpowiedniego słowa na określenie postawy pana Romana Giertycha. Z reguły jestem spokojny, czasem trochę porywczy, ale szybko wracam do równowagi po krótkim okresie zdenerwowania. Czasem jednak niektórym udaje się mnie wytrącić z równowagi na dłuższą chwilę i właśnie dzisiaj udało sie to byłemu, miejmy nadzieję nigdy więcej, wicepremierowi Romanowi Giertychowi. Zobaczyłem go, jak w jakimś wywiadzie nawoływał do wycofania naszych wojsk z Iraku, używając do tego tak patetycznego języka, że gdybym go nie znał, a poziom mojego testorsteronu spadłby poniżej normy u mężczyzny w średnim wieku, to płakałbym jak 27 lat temu, kiedy zdechł mój ulubiony chomik, Kubuś. Dzisiaj jednak moje emocje były niewiele mniejsze, niż wtedy, kiedy musiałem pożegnać swojego małego przyjaciela, ponieważ cynizm i bezczelność pana Giertycha przekroczyły wszelkie dopuszczalne normy, niczym stężenie siarki i tlenku węgla w Chorzowie w okolicach huty "Batory". Dzisiaj zobaczyłem, że nie cofnie się on przed niczym, żeby podnieść swoje wyborcze notowania choćby o maleńki punkt procentowy. Pan ex-i oby już nigdy więcej-wicepremier, nie jest głupi i pamięta, jak 11 marca 2004 na trzy dni przed wyborami w Hiszpanii terroryści zorganizowali "darmową kampanię wyborczą" partii Zapatero, dzięki której mógł on objąć władzę w kraju. Pewnie pan RG byłby wniebowzięty, gdyby to samo stało się w Polsce. Gdyby kosztem kilkunastu, kilkudziesięciu istnieniom ludzkim, udało mu się rzutem na taśmę przekroczyć magiczne 5%. Mam nadzieję, że tak się nie stanie, nie tylko ze względu na to, że mam nadzieję nie widzieć już nigdy pana Giertycha w ławach poselskich... Jak już wspomniałem na początku, mam żal do Ludwika Dorna, że zabrał epitetowi, którego mógłbym użyć w stosunku do mojego dzisiejszego antybohatera, jego semantyczną siłę. Ale może to i dobrze. Lepiej go olać niż obrażać.




Komentarze
Pokaż komentarze